poniedziałek, 2 listopada 2009

Uczę się ostrości

I przy okazji daję upust moim estetycznym tęsknotom zdobiąc kuchnię nową roślinką i robiąc zdjęcia. Roślinka trafiła na mój boski ceramiczny zlew (tak duży i głęboki, że jak to powiedział dr Cin, mogę w nim hodować karpie). Wydaje mi się, że jej kolor idealnie odbija się od jasnych kafelków, białego zlewu i gipsowej doniczki. Poza tym ma po prostu idealny kształt, zalotnie wyłania się z doniczki i daje wrażenie niesforności. Przy okazji jej kupna uczyłam się ręcznej nastawy ostrości na nowym aparacie. Umiejętność w sam raz na podróż poślubną, która rozpocznie się już za mniej więcej 12 godzin.

Podpowiem, że na tym zdjęciu ostrość miała iść na małą łodyżkę. Nie jestem pewna, czy wyszło, bo za każdym razem jak to zdjęcie widzę, to chwilę mi zajmuje znalezienie właściwej łodyżki. Co to za roślinka? Nie wiem, ale wiem kto może wiedzieć ;) Lecę kończyć pakowanie i usuwam ze świadomości słowo "przymrozek"! :D Przynajmniej na na 2 tygodnie.

niedziela, 25 października 2009

To już pewnie ostatni ładny weekend przed wieczną zmarzliną i chyba wykorzystaliśmy go idealnie. A mianowicie nareszcie przyjechała do mnie moja bratnia dusza czasu studiów - Calineczka ze swoim księciem i ich małym potomkiem. Pobuszowałyśmy trochę w raju wszystkich kobiet (taki tam sklepik na literę "I" z krainy trolli), pospacerowaliśmy też po parku. Ale następnym razem, kiedy przyjadę do Zielonki, to zostawimy Caliniątko tatusiowi, a same wyskakujemy na wino!


Za szczególnie udany uznaję wieczór sobotni, który mógł się zakończyć śmiercią z przejedzenia, gdyż moje cudowne raclette jest naprawdę zdradliwe (ja się pytam na łamach tego bloga, kiedy darczyńcy raclette w końcu zjawią się u nas na kolacji?!). Niby tylko kawałek rybki, niby krążek cukinii, a człowiek ledwo od stołu wstaje. Ale lepsze od grillowanego bakłażana (jeszcze trochę w lodówce zostało dla dr. Cina ;) było cudowne towarzystwo. Dzię - ku -je -my kochani, już dawno się tak nie śmiałam!


A to już niedzielny spacer.




Tego Nierozpoznanego poznałam! I od razu zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Pasujemy do siebie, przybrałam nawet idealną pozycję do tańca z panem tajemniczym - stanęłam mu na stopach.




Caliniątko bardzo polubiło ciocię Olę, szczególnie było uśmiechnięte w dzień przyjazdu (ale że aż tak się chłopak interesuje wystrojem wnętrz? Wyraźnie fascynowała go kwestia wyboru płytek do łazienki - mój chłopak! Śmiał się od ucha do ucha) i jak widziało ciocię w poranniku przypominającym misia polarnego (kolejny cudowny ślubny prezent).




A tutaj szykujemy się ze Skoczkiem do porwania. Niestety czujność fotografa nie została uśpiona ani na chwilę i akcja "Przysposobienie" nie zakończyła się sukcesem.




Taaaa, wygodny włochaty dywan u cioci Oli, wygodny :)
Buźka i do zobaczenia przy okazji kolejnej próby przejęcia małego, być może wiosną.

poniedziałek, 19 października 2009

A testowałam nowy aparat fotograficzny i nowe preparaty do scrapbookingu. I jedno i drugie bardzo mi się podoba. A chodziło przede wszystkim o urodziny mamy, dla której tę kartkę zrobiłam :) Wszystkiego naj, naj naj!


wtorek, 13 października 2009

Rewanż

Tym razem ja i Skoczek mogliśmy się odwdzięczyć za gościnę w sierpniu w Gdańsku. Swoją obecnością zaszczyciła nas nasza ulubiona Parka Roku. Jod zafundowaliśmy im w dużej ilości soli (z tego jestem znana), a zamknięte do renowacji Westerplatte zastąpiliśmy gościom Pałacem w Rogalinie zamkniętym na czas remontu. Więc moim zdaniem wyszło sprawiedliwie :] Malowaną Fakturkę znalazłam w piątek rano kiedy czytała gazetkę w swoim ulubionym miejscu. Więc co miałam zrobić - wzięłam czytelniczkę do domu zaniepokojona mocno stanem jej nerek (koziołek nie miał temperatury pokojowej).


A Kaszuba z Cypru spotkaliśmy jak podglądał jakieś laski w kawiarni.

A po zebraniu całej drużyny trochę pozwiedzaliśmy, trochę połaziliśmy, a wieczorami starałyśmy się z Malowaną Fakturką udowodnić wyższość kobiet nad mężczyznami grając w Tabu. Byłyśmy blisko, ale nie byłyśmy w stanie wygrać ze zgarniętym przez facetów 3x pod rząd podwójnym czasem.

Ale najbardziej zadowolona jestem z tego, że udało mi się zakrzewić w Malowanej Fakturce ideę decoupage'u. Oczywiście celowałam w nią niebezpodstawnie. Ta dziewczyna ma dar w rękach! Kto jak kto, ale ona jest do tego stworzona. Mam nadzieję, że nie spocznie na laurach i nie poprzestanie na tym, co zrobiłyśmy we dwójkę na domowych warsztatach. Bo nam się talent zmarnuje...


Do następnego razu, moi drodzy! :)

czwartek, 8 października 2009

Brązowy

Tak go nazwała Złotowłosa Migawka, która przypomniała mi o nim kilka dni temu prosząc o przepis. Sama myśl o nim sprawiła, że poczułam się świadoma własnych ślinianek. No i musiałam go upiec. Uwielbiam ten placek... W oryginale nazywa się oczywiście Brownie i zawsze się udaje. Bo nawet jak się nie uda, bo nie urośnie(a generalnie nie rośnie, taka jego uroda), to i tak jest udany. A piekę go dokładnie według tego przepisu.
Pierwszego dnia zjedliśmy brązowego z sosem malinowym (mrożone maliny podsmażone z brązowym cukrem) i jogurtem (wersja dla tych, którzy nie jedzą na co dzień pączków powinna przewidywać lody waniliowe zamiast jogurtu). A drugiego dnia przestałam oszukiwać własną naturę i zrobiłam idealnie czekoladowy sos z gorzkiej czekolady i polałam nim brązowego :) Oszukuję się, że chodzi głównie o magnez zawarty w czekoladzie.