środa, 30 grudnia 2009

Jak opakować brzydala

Takim brzydalem był bilet wdrukowany z internetu, prezent gwiazdkowy dla Mamusi Akacji i Tatusia Akacji (ale głównie dla mamuśki, bo wielka fanka ;) ). Nie było za dużo czasu na wymyślanie i nie było za dużo czasu na produkowanie, ale najgorsze, że stół kuchenny był wyłączony z użytku już jakieś 7 dni i trzeba było działać szybko, bo Skoczek zaczynał już tracić anielską cierpliwość. To zupełnie nowa kolorystyka dla mnie i pewnie raczej tylko eksperyment.Mam nadzieję, że prezent przebije swoje opakowanie tysiąc razy!





A to już coś, co zrobiłam dla siebie. Rzeczy których nie wydaję w świat to prawdziwa rzadkość. Praktycznie wszystko co robię, robię dla kogoś w prezencie. Tym razem naszyjnik dla mnie :) Przeszedł chrzest bojowy na "wigilii" firmowej - nie zerwał się w tańcu mimo, że kilka razy się w niego zaplątałam w pląsach.



ps. właśnie wróciłam z kina. Avatar ujął mnie za serce i zaspokoił na długą chwilę mój niekończący się głód piękna. Estetyczno - baśniowe cudo... Pójdę jeszcze raz (tym bardziej, że Skoczek wciąż wisi Mamusi Akacji bilet, bo przegrał kolejny zakład :) A przecież wiadomo, że kobiety zawsze mają rację).

piątek, 25 grudnia 2009

Wesołych Świąt


... i oby Boże Narodzenie było dla każdego pięknym prezentem.

wtorek, 15 grudnia 2009

Garncarstwo, czyli jedno z marzeń spełnione

Odkąd pamiętam snuję przed Niebiańskim Skoczkiem wizję naszego sielskiego życia w domu na wsi, w którym będę miała pracownię garncarską w starym pomieszczeniu gospodarczym. Co zabawne, nigdy nie miałam do czynienia z kołem garncarskim, ale jednak zawsze się za nim widziałam. Myślę, że ma to związek z moim magicznym miejscem - Grodziskiem - położonym tylko na glinie. Już jako dziecko uwielbiałam się w tej glinie babrać. Babcia uwielbiała glinę jakby mniej, tym bardziej, że gumiaki potrafiły się w niej zapaść do połowy...
Wracając do tematu. Kiedy Zwariowana Wiewiórka oświadczyła mi, że jeżeli nie spędzimy miło jakiegoś weekendu zajmując nasze magiczne dłonie i głowy jakimś twórczym zajęciem, to ona zwariuje, byłam gotowa podpisać się pod wszystkim. I ze wszystkich zajęć na świecie moja Wiewiórka wymyśliła garncarstwo. Nie no, serio - garncarstwo! Chyba nawet ona sama się nie podejrzewała o takie artystyczne zacięcie. Warsztaty  szybko znalazła, potem długo mnie przekonywała, że musimy spróbować (jakieś 0,5 sek się wahałam). I dzięki temu spędziłyśmy cudownie twórczą sobotę tarzając się w kleistym błotku.

Na zdjęciu niżej przygotowuję się do boju. Najtrudniejsze przede mną - rozkręcanie koła. Zakwasy miałam następne 2 dni po tej czynności. Potem przygotowujemy bryłę do toczenia. To czynność dla silnych mężczyzn. Nic dziwnego, że oni najczęściej zostają mistrzami garncarstwa.


Byłam tak skupiona, że nawet nie wiem o czym dziewczyny rozmawiały, kiedy ja próbowałam ciągnąć glinę w górę. Skoczek ma zakaz mówienia do mnie zawsze, kiedy coś tworzę. Biedak :)

 
Pierwsza gliniana miseczka. Jak na mój gust - arcydzieło współczesnego garncarstwa :D


Zwariowanej Wiewiórce zdecydowanie lepiej niż mnie szło rozkręcanie koła. Szczególnie kiedy koło zwalniało w trakcie toczenia  i należało drągiem trafić w jedną z 3 dziurek, aby rozkręcić na nowo... Ja dostawałam prawdziwego zawrotu głowy. Co gorsza - Justyna nie narzekała następnego dnia na zakwasy. Moja kondycja jest dramatyczna O_o



To wszystko co robiłyśmy, to nie była tylko zabawa. To było prawie jak magia, wszystkie czynności miały znaczenie, technika była tradycyjna. Czułam się tak, jakbyśmy się cofnęły w czasie... A do tego instruktorzy byli naprawdę wspaniali! Snując opowieści o tradycyjnych garncarzach na Litwie rękoma tworzyli prawdziwe cuda.
Myślę, że udało nam się naprawdę zapomnieć o całym zewnętrznym świecie na te 4 godziny. A więc warsztaty spełniły swoją rolę.

(piękne zdjęcia zawdzięczamy Wiewiórce!)

Wiadomość dla męża: Kochanie, plan aktualny - nadal chcę mieć dom na wsi i własną pracownię garncarską! Glinę będę wozić w bagażniku prosto z pola prababci :)

sobota, 12 grudnia 2009

Dekoracje bożonarodzeniowe

"Czy zrobiłaś już dekoracje gwiazdkowe(/wielkanocne/wiosenne/jesienne)?" - cha, cha, na Mamę zawsze można liczyć :] O każdej porze roku, przy każdej dobrej okazji przyjmuję to pytanie na klatę. Jeszcze nigdy nie udało mi się Mamy ubiec z dekoracjami. Więc z reguły staram się jakoś sprytnie wymigać od tego pytania. Ale w tym roku kilka przemyślanych manewrów w Starym Browarze pozwoliło nam zgubić chłopaków gdzieś w okolicach sklepu RTV i dzięki temu mogłyśmy się udać na estetyczną ucztę do Almi Decor. Muszę przyznać, że mogłabym tam pół dnia siedzieć na kanapie i podziwiać, nic więcej... Oczywiście nic nie kupiłam, bo ceny tam obrażają moją naturę chomika. Ale wyszłam upojona inspiracją i dzisiaj przystąpiłam do dzieła komponując świąteczne dekoracje z kilku zakupionych w Auchan przedmiotów. Dużo taniej, dużo bardziej satysfakcjonująco. Kilka niedrogich ozdób i drucik do robinia kolczyków pozwalają stworzyć coś, dzięki czemu zimowe ciemności są dużo bardziej znośne.


Dzięki świątecznemu łańcuchowi mikołajkowa laleczka od Szydełkowej Czarodziejski znalazła godne miejsce:


Święta Bożego Narodzenia są naprawdę cudowne i magiczne :)

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Półka kuchenna II

To mój ostatni zakup kuchenny z kategorii "poważnych". Nie żebym przestała pałać miłością do wiejskich drewnianych mebli, nie... Po prostu miejsce się skończyło. Ta jest ostatnia :( Kupiłam ją oczywiście na Allegro i wiem, że pochodzi z wiejskiej chaty. Sprzedający wyprzedawał wszystko co w niej znalazł. Może to czyjeś bezcenne pamiątki po dziadkach. Bezcenne dla mnie. W każdym razie miejsca w moim sercu jest dosyć dla wielu babci i dziadków, nawet nie moich własnych. Dzięki Bogu półka trafiła w moje ręce i nie opali żadnego pieca, ani nie zgnije w walącej się chałupie. Będę o nią dbać. Kołatka już wytępiłam ( = mój drugi w karierze neutralny komentarz za brak informacji w opisie o aktywnym szkodniku... na szczęście jestem już zaprawiona w bojach).

W odróżnieniu od poprzedniej, która pełni funkcję praktyczną, ta ma dużo wdzięczniejszą funkcję - głównie dekoracyjną. Niechaj ładnie wisi :)


niedziela, 29 listopada 2009

Tajska zupa kokosowa

Pierwszy tydzień po przyjeździe z wakacji jest dość przyjemny. Spędza się go na wspominaniu wakacji, dzieleniu się wrażeniami, oglądaniu zdjęć i rozdawaniu upominków. Potem jest coraz gorzej. Dociera do nas, że kolejne wakacje są tak abstrakcyjne, jak to, że można wyjść z domu w samym krótkim rękawku. Poza tym jest koniec listopada, czyli najgorsze przed nami - marznięcie na przystanku autobusowym, skrobanie samochodu po ciemku nad ranem, wychodzenie z pracy po ciemku, oblodzone drogi, stanie w kolejce do totalizatora i marzenie o domu w Paproci, w którym będzie kominek i jedyną pracą jaką się będzie wykonywać jest toczenie garnków z gliny, w przerwach między planowaniem ogródka na wiosnę i sposobu na zainwestowanie grubych milionów (a dzisiaj mi się śniło, że mieliśmy ze Skoczkiem restaurację w Nowym Tomyślu zbudowaną z bali, a w niej wielki grill @_@).

Dobra, do sedna. Żeby nie oszaleć postanowiłam przywołać kawałek wakacji. Czy macie takie miejsca, do których pojechalibyście tylko po to, aby zjeść coś cudownie pysznego, co tam podają? Jak spróbowałam w restauracji tajskiej Coriander na Bali zupy nazwanej po prostu "tajska zupa z makaronem" to oszalałam. Jadałam ją na wakacjach 2 razy, potem tydzień szukałam suszonych liści limonki, które są koniecznym składnikiem zupy, a potem starałam się zapamiętać skład. Liści limonki nie znalazłam, ale i tak nie wróciłam z podróży z pustymi rękoma (w mojej walizce pokaźne miejsce zajmował m.in. szafran, trawa cytrynowa, mleczko kokosowe, puder waniliowy, naturalna wanilia, kawa luwak, hibiskus, zielona herbata). I dopiero w Polsce udało mi się kupić liście limonki, które okazały się być liśćmi kafiru (zużyłam około 5 szt.).



Oprócz tych liści w skład zupy weszły:
mleczko kokosowe, bulion drobiowy (oba płyny w proporcji 1:1, ale nie pomnę dokładnych ilości, bo dolewałam w miarę potrzeby jednego i drugiego, wyszło pewnie około 700 ml z każdego), trawa cytrynowa (suszona i w zalewie, ze słoiczka - po lewej na zdjęciu wyżej), sos rybny (2 łyżki), pierś z kurczaka pokrojona w paseczki, kiełki soi, sok z 1 limonki, kurkuma, kolendra suszona (niestety, lepsza byłaby świeża), ząbek czosnku, świeży imbir pokrojony w paseczki (niedużo, kilka plasterków), pół papryczki chili (może być mniej, jeżeli nie lubicie pikantnych elementów), sól. Najpierw zagotowałam mleczko z bulionem i składnikami "stałymi". Gotowałam 5 min, następnie dodałam kurczaka i przyprawy i gotowałam około 15 min. A potem jeszcze z 10 min zmieniałam proporcje składników, aby uzyskać pożądany efekt. Na sam koniec wrzuciłam chiński makaron. Zupa powinna być kwaskowa, o silnym aromacie limonki, a kwaśny smak powinien być zrównoważony solą i słonym smakiem sosu rybnego.
W każdym razie nie wyszła idealnie taka sama. Może zabrakło jakiegoś składnika, o jakim nie wspomniano w menu. A może po prostu problemem jest to, że na dworze temp. wynosi 5 stopni, a nie 31 ;) W każdym razie była pyyyyszna. Jak spróbowałam pierwszej łyżki, to miałam wrażenie, że zamieniłam się w Sponge Boba, który odlatuje w krainę kulinarnego szczęścia wbijając zęby w swojego krabby patty with jellyfish jelly. YUMMMM!

piątek, 20 listopada 2009

Podróż poślubna, podróż marzeń

Wróciliśmy. Trochę szkoda, trochę dobrze, trochę się jeszcze nie oswoiliśmy z rzeczywistością. Jeszcze 5 dni temu budził mnie śpiew ptaków, odsłaniałam drewniane rolety i wracałam do łóżka, z którego podziwiałam tropikalny ogród. Naprawdę, w takim miejscu jak Bali można uwierzyć w moc feng shui! Nasza podróż poślubna była wyczekana, wytęskniona i wymarzona! Były romantyczne wieczory z wiatrem od morza, były pocałunki w rajskim ogrodzie, były też moje spalone stopy, Karola spalony nos, flora i fauna niekoniecznie pożądana, było spławikowanie w morzu, leniuchowanie i rejs na rafy. Jednym słowem - chcemy wracać natychmiast!


Pura Luhur Uluwatu w czasie zachodu słońca.


Tarasy ryżowe stykające się z lasami przy górach wulkanicznych.

W ogrodzie orchidei.


Nasza plaża hotelowa.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Uczę się ostrości

I przy okazji daję upust moim estetycznym tęsknotom zdobiąc kuchnię nową roślinką i robiąc zdjęcia. Roślinka trafiła na mój boski ceramiczny zlew (tak duży i głęboki, że jak to powiedział dr Cin, mogę w nim hodować karpie). Wydaje mi się, że jej kolor idealnie odbija się od jasnych kafelków, białego zlewu i gipsowej doniczki. Poza tym ma po prostu idealny kształt, zalotnie wyłania się z doniczki i daje wrażenie niesforności. Przy okazji jej kupna uczyłam się ręcznej nastawy ostrości na nowym aparacie. Umiejętność w sam raz na podróż poślubną, która rozpocznie się już za mniej więcej 12 godzin.

Podpowiem, że na tym zdjęciu ostrość miała iść na małą łodyżkę. Nie jestem pewna, czy wyszło, bo za każdym razem jak to zdjęcie widzę, to chwilę mi zajmuje znalezienie właściwej łodyżki. Co to za roślinka? Nie wiem, ale wiem kto może wiedzieć ;) Lecę kończyć pakowanie i usuwam ze świadomości słowo "przymrozek"! :D Przynajmniej na na 2 tygodnie.

niedziela, 25 października 2009

Calineczka i jej caliniątko!

To już pewnie ostatni ładny weekend przed wieczną zmarzliną i chyba wykorzystaliśmy go idealnie. A mianowicie nareszcie przyjechała do mnie moja bratnia dusza czasu studiów - Calineczka ze swoim księciem i ich małym potomkiem. Pobuszowałyśmy trochę w raju wszystkich kobiet (taki tam sklepik na literę "I" z krainy trolli), pospacerowaliśmy też po parku. Ale następnym razem, kiedy przyjadę do Zielonki, to zostawimy Caliniątko tatusiowi, a same wyskakujemy na wino!


Za szczególnie udany uznaję wieczór sobotni, który mógł się zakończyć śmiercią z przejedzenia, gdyż moje cudowne raclette jest naprawdę zdradliwe (ja się pytam na łamach tego bloga, kiedy darczyńcy raclette w końcu zjawią się u nas na kolacji?!). Niby tylko kawałek rybki, niby krążek cukinii, a człowiek ledwo od stołu wstaje. Ale lepsze od grillowanego bakłażana (jeszcze trochę w lodówce zostało dla dr. Cina ;) było cudowne towarzystwo. Dzię - ku -je -my kochani, już dawno się tak nie śmiałam!


A to już niedzielny spacer.




Tego Nierozpoznanego poznałam! I od razu zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Pasujemy do siebie, przybrałam nawet idealną pozycję do tańca z panem tajemniczym - stanęłam mu na stopach.




Caliniątko bardzo polubiło ciocię Olę, szczególnie było uśmiechnięte w dzień przyjazdu (ale że aż tak się chłopak interesuje wystrojem wnętrz? Wyraźnie fascynowała go kwestia wyboru płytek do łazienki - mój chłopak! Śmiał się od ucha do ucha) i jak widziało ciocię w poranniku przypominającym misia polarnego (kolejny cudowny ślubny prezent).

A tutaj szykujemy się ze Skoczkiem do porwania. Niestety czujność fotografa nie została uśpiona ani na chwilę i akcja "Przysposobienie" nie zakończyła się sukcesem.

Taaaa, wygodny włochaty dywan u cioci Oli, wygodny :)
Buźka i do zobaczenia przy okazji kolejnej próby przejęcia małego, być może wiosną.

poniedziałek, 19 października 2009

Dwa testy i urodziny mamy

A testowałam nowy aparat fotograficzny i nowe preparaty do scrapbookingu. I jedno i drugie bardzo mi się podoba. A chodziło przede wszystkim o urodziny mamy, dla której tę kartkę zrobiłam :) Wszystkiego naj, naj naj!


wtorek, 13 października 2009

Rewanż

Tym razem ja i Skoczek mogliśmy się odwdzięczyć za gościnę w sierpniu w Gdańsku. Swoją obecnością zaszczyciła nas nasza ulubiona Parka Roku. Jod zafundowaliśmy im w dużej ilości soli (z tego jestem znana), a zamknięte do renowacji Westerplatte zastąpiliśmy gościom Pałacem w Rogalinie zamkniętym na czas remontu. Więc moim zdaniem wyszło sprawiedliwie :] Malowaną Fakturkę znalazłam w piątek rano kiedy czytała gazetkę w swoim ulubionym miejscu. Więc co miałam zrobić - wzięłam czytelniczkę do domu zaniepokojona mocno stanem jej nerek (koziołek nie miał temperatury pokojowej).


A Kaszuba z Cypru spotkaliśmy jak podglądał jakieś laski w kawiarni.

A po zebraniu całej drużyny trochę pozwiedzaliśmy, trochę połaziliśmy, a wieczorami starałyśmy się z Malowaną Fakturką udowodnić wyższość kobiet nad mężczyznami grając w Tabu. Byłyśmy blisko, ale nie byłyśmy w stanie wygrać ze zgarniętym przez facetów 3x pod rząd podwójnym czasem.

Ale najbardziej zadowolona jestem z tego, że udało mi się zakrzewić w Malowanej Fakturce ideę decoupage'u. Oczywiście celowałam w nią niebezpodstawnie. Ta dziewczyna ma dar w rękach! Kto jak kto, ale ona jest do tego stworzona. Mam nadzieję, że nie spocznie na laurach i nie poprzestanie na tym, co zrobiłyśmy we dwójkę na domowych warsztatach. Bo nam się talent zmarnuje...


Do następnego razu, moi drodzy! :)

czwartek, 8 października 2009

Brązowy

Tak go nazwała Złotowłosa Migawka, która przypomniała mi o nim kilka dni temu prosząc o przepis. Sama myśl o nim sprawiła, że poczułam się świadoma własnych ślinianek. No i musiałam go upiec. Uwielbiam ten placek... W oryginale nazywa się oczywiście Brownie i zawsze się udaje. Bo nawet jak się nie uda, bo nie urośnie(a generalnie nie rośnie, taka jego uroda), to i tak jest udany. A piekę go dokładnie według tego przepisu.
Pierwszego dnia zjedliśmy brązowego z sosem malinowym (mrożone maliny podsmażone z brązowym cukrem) i jogurtem (wersja dla tych, którzy nie jedzą na co dzień pączków powinna przewidywać lody waniliowe zamiast jogurtu). A drugiego dnia przestałam oszukiwać własną naturę i zrobiłam idealnie czekoladowy sos z gorzkiej czekolady i polałam nim brązowego :) Oszukuję się, że chodzi głównie o magnez zawarty w czekoladzie.





poniedziałek, 5 października 2009

Półka kuchenna Pierwsza

Mogłam się spodziewać, że jeżeli duża wiejska stara jak świat półka kosztuje 45 zł to coś z nią musi być nie tak. Sprzedający lakonicznie wspomniał w opisie aukcji o "nieaktywnym kołatku" i przezornie nie zamieszczał zdjęć z bliska. Ale kiedy ją zobaczyłam na tej aukcji Allegro... ehhh, to już mi było wszystko obojętne. Była moja i tyle, wystarczyło tylko wygrać aukcję. Ku mojemu zdziwieniu nikt mnie nie przelicytował i tydzień później już byłyśmy razem. Ja i moja wiejska półka z litego antycznego drewna dębowego. Uściskom i łzom nie było końca. A jak już osuszyłam wzruszone oczęta to można powiedzieć, że nagle na nie przejrzałam. No cóż, powiedzieć o niej że ma pewne ubytki po nieaktywnym kołatku to jak powiedzieć o pogodzie w lipcu, że istnieje pewne niewielkie ryzyko, że może popadać nad polskim morzem... Powiedzmy sobie wprost - półka się ledwo trzymała kupy. Szczególnie przednia ozdobna listwa i ostatnia pozioma deska były okrutnie naruszone przez drewnojada. Miejscami drewno było po prostu próchnem, które mogłabym rozdrapać paznokciem.


Ale nic to, zakasałam rękawy, przeniosłam zdobycz do pracowni zwanej również "pokojem kawalerskim", a szerszym kręgom znanej jako klunkiernia. Najsampierw władowałam w dębinę prawie całą puszkę środka owadobójczego, danie główne dla kołatka podano! Na 90% już tam nie mieszkał(bo już powoli kończyło mu się jedzenie), ale jak wiadomo profilaktyka lepsza niż leczenie. Potem wszystkie ubytki uzupełniałam szpachlą drewnianą. Zużyłam 2 opakowania.


Gorzej, że korzystałam ze szpachli białej. Nauczka na całe życie: białej szpachli nie da się zabarwić bejcą (jak ja mogłam w ogóle pomyśleć, że się da!)! A więc co się okazało - półka nie może pozostać w surowym drewnie, bo jest wysmarowna białą szpachlą. A więc musi być na biało. No ale front nie może być biały! I to był pierwszy kryzys , w wyniku którego ciągnęłam półkę w stronę drzwi, aby wyrzucić ją na śmietnik. Przy drzwiach się załamałam, tym że się załamałam. Cofnęłam półkę do klunkierni, postanowiłam walczyć dalej. Zeskrobałam białą szpachlę z frontowej deski, szlifowałam, czyściłam, wydziubywałam z dziurek. Na to miejsce zastosowałam szpachlę w kolorze dębu. Kolor nie chciał się wyrównać i przyszedł krzyzys nr 2. Półka była kolejny raz na wylocie. Ale kiedy po raz drugi ciągnęłam ją w stronę śmietnika, to pomyślałam sobie, że tyle się już napracowałam, że teraz nie mogę jej wyrzucić. Wróciłam, poeksperymentowałam z bejcą, następnie z woskiem. Poziome i boczne deski przemalowałam na biało, a Niebiański dokonał uroczystego zawieszenia. Dzisiaj nie wyobrażam sobie mojej kuchni bez niej. Idealnie nie jest, ale z daleka nie widać :)


Całości dopełniła zrobiona własnoręcznie przez Babunię koronka przetkana różową wstążką.

wtorek, 29 września 2009

Sałatka z fasolki szparagowej

Jak można wykorzystać ostatki fasolki szparagowej? Na przykład tak. To jedna z moich ulubionych sałatek. Stopień trudności: 2/10, a sałatka pyszna i zdrowa. Polecam przyszłym mamusiom ;)
Sałatka składa się z zielonej fasolki, sera feta, oliwy z octem balsamicznym (czasami dodaję też czosnek) oraz prażonych (smażonych na patelni bez dodatku tłuszczu, bo pestki są tłuste same w sobie) pestek dyni i słonecznika.

piątek, 18 września 2009

Wrzos

W tym roku wrzosowiska były wyjątkowo urodziwe. W naszym lesie wrzos kładł się na ściółce jak cudowny fioletowy dywan. Już dawno nie było go tak wiele i tak pięknego. A ja kilka lat temu zrobiłam dla mamy wrzos, który nie wymaga podlewania i nie trzeba go suszyć. Wrzos z koralików. Koszmarnie pracochłonny! Polecam studentkom z 3-miesięcznymi wakacjami, emerytom, rencistom i matkom na macierzyńskim ;)


A to już tegoroczny piękny biały wrzos w ślicznym wiklinowym koszyczku od nowotomyskiego plecionkarza. Nigdzie nie ma takiej wikliny jak w Nowym Tomyślu!

poniedziałek, 14 września 2009

Makaron z pieczonymi pomidorami i cukinią

Niedawno pojawiła się w sprzedaży późna odmiana pomidorów. Są podłużne, niezbyt ładne i znacznie tańsze niż inne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ponieważ są dużo lepsze niż wiele innych odmian! A nadają się do wszystkiego, nawet do suszenia.
Pomidorki te sponsorowały jeden z naszych obiadków. Danie wymyśliłam zainspirowana śliczną cukinią, którą znalazłam w lodówce i tymi właśnie pysznymi pomidorkami, których nazwy nie pomnę :)
Bazą był makaron typu fettucine z czosnkiem i oliwą (my personal favourite, wiele moich obiadów, szczególnie kiedy jestem sama, na tym się kończy). W czasie kiedy robiłam makaron, na folię aluminiową skroiłam cukinię i pomidorki w ćwiartki, polałam oliwą, posoliłam, posypałam ziołami i wstawiłam do piekarnika na najwyższy poziom. Piekły się na funkcji grilla ... nie wiem ile minut :) Aż były miękkie i lekko przypieczone.
Potem makron ułożyłam na talerzach, nałożyłam na górę warzywa i posypałam wszystko parmezanem. Ze zdjęć wynika, że posypałam również pietruszką. No proszę ;)

środa, 9 września 2009

Solniczka

Do mojej ulubionej kuchni dołączyła nowa mieszkanka. Aż dziw, że nie było jej tu wcześniej... Sól uwielbiam, to wiadomo. Niebiański Skoczek czasem marudzi jak 4 raz sięgam po nią w czasie obiadu. Ale nie przekona mnie, żebym soliła mniej, w ogóle nie ma mowy. A teraz dodatkowo znalazłam dla niej godny pojemnik. Na Allegro oczywiście, bo gdzieżby indziej :)
Solniczka jest z wiejskiej chałupy na 100%. Po czym poznałam? Po tym, że sprzedający miał n innych aukcjach: stary cep, zardzewiały sierp, dziabkę (zwaną podobnież motyką w większej części kraju), maselnicę i obraz Matki Boskiej w zeżartej przez kołatka domowego (moje ulubione zwierzątko, już oswojone, niedługo będzie umiało aportować) ramie. Zasadniczo rozważałam wykupienie wszystkich aukcji, ale potem oczyma duszy wyobraziłam sobie jak pani na poczcie wręcza Niebiańskiemu 50-letni cep mówiąc: "To chyba pańskiej małżonki. A może pana?". Hmmm, no i się jakoś powstrzymałam. Na razie oczywiście ;)

Ogólnie solniczka wyglądała nieźle, chociaż wg opisu aukcji miała drewniane wieczko, czego nijak nie można się było dopatrzeć. Wydawało mi się, że wieko jest zwęglone. Ale nie żebym rozpaczała z tego powodu, byłam gotowa ją zaakceptować ze wszystkimi wadami :)


A jednak niespodzianka! Przetarłam wieko papierem ściernym, papier od razu czarny. Werdykt? To tylko sadza! Papier ścierny rzuciłam za siebie, chwyciłam w dłoń nożyk i jechane ze zdrapywaniem!


Za każdą minutą moja radość wzrastała, kiedy oczom moim ukazywać zaczęło się to piękne szlachetne drewno...


Solniczkę wyszorowałam do połysku i wysuszyłam. Na koniec przetarłam wełną stalową wieczko i pomalowałam lakierem ochronnym, a następnie nawoskowałam szlachetnym woskiem do antków. W środku już jest sól. No i to by było na tyle jeżeli chodzi o ograniczanie spożycia soli w moim domu ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails