środa, 24 czerwca 2009

Q52

W kwestii genialnej inicjatywy jaką jest Challenge Emily Q52 wykazałam się refleksem konika morskiego... Przystąpiłam do niej w połowie! A już w styczniu Szydełkowa Czarodziejka mówiła: "Róbmy mini-pamiętniki, jest taki świetny >czalendż<". No był świetny, a co ;) Tylko, że ja miałam ten ślub i w ogóle... Wiadomo, wszystko zostało odłożone na "po ślubie". No to jest już po ślubie i muszę zacząć coś robić, żeby móc sobie spojrzeć w oczy. Wiadomo, że w głębi serca jestem po prostu strasznym leniem :) No ale motywuje mnie to, że jeżeli solidnie wykonam wszystkie pamiętnikowe tagi, to będę miała uroczą pamiątkę w postaci mini-pamiętnika na koniec roku. Emily co tydzień publikuje pytanie, na które należy sobie szczerze odpowiedzieć, a następnie uwiecznić na papierze. Zaczęłam od środka, więc na pierwszy ogień poszły:
25 - Have you had a hug today?
oraz 21: If you had a free day with no restrictions what would you do?


Muszę się zabrać szybko za nr 1: what do i wish for this year to bring? bo zaraz mi się rok skończy i niczego sobie nie zażyczę ;)

niedziela, 21 czerwca 2009

Album wakacyjny

Chyba nic nigdy nie odcisnęło się takim piętnem chaosu na moim stole kuchennym jak mój drugi w życiu świadomie tworzony album scrapbookowy. Szczęśliwą - mam nadzieję - posiadaczką została Księżycowa Rysowniczka, a album wypełniony został zdjęciami z jej wakacji w USA. Strona pierwsza powstała jako ostatnia i była tą, przy której skubałam sobie brwi jak osierocona papużka, bo już naprawdę nie miałam na nią żadnego pomysłu. Ale jakoś w końcu się udało:Na czas tworzenia albumu stałam się rasową kolekcjonerką śmieci. Kolorowe papierki, stare gazety i wstążki wydzierałam z rąk właścicieli jakbym była co najmniej niespełna rozumu lub też po prostu szalona. Już ja się nie pozwolę nacieszyć nikomu papierkiem po cukierku, co to to nie!

A niżej moja ulubiona strona. Bohaterów znalazłam w internecie, ale wiedziałam, że Księżycowa Rysowniczka ma z nimi jakąś tajemną więź, w którą wolę nie wnikać. Widziałam prototypy tych brzydali u niej w domu. Cały czas twierdzę, że jeżeli mój mąż się nie będzie uczył i nie obroni pracy na podyplomówce to będzie wyglądał jak ten fioletowawy z prawej. Ogólnie to stworki posiadają imiona, ale ja ich nie znam, a poza tym nie przykładałam wagi do ich kolorów, jak je "szyłam", więc nie będę się teraz przejmować imionami ;)

A to ostatnia strona:
Oczywiście stron było dużo więcej, ale niechże ich wygląd pozostanie słodką tajemnicą moją i właścicielki. Jak tylko dojdę do siebie po tej pracy to myślę, że zacznę jakiś nowy większy srcapkowy projekt. Już nawet mam pomysł na jedną pracę i weszłam w fazę "śmieciobrania".

wtorek, 16 czerwca 2009

Idealny wieczór panieński

Jeżeli jakiekolwiek wydarzenie zasługuje na wyczerpujące opisanie w blogowym pamiętniku, to na pewno właśnie to, kiedy Panna Kasandra żegnała się ze stanem panieńskim. Wieczór sponsorowały: literka P jak piknik i jak placuszki z cukinii Słonecznikowej Fantazji W jak wino w rodowej zastawie Szydełkowej Czarodziejki, A jak aparat fotograficzny Złotej Migawki, O jak wyrafinowana opaska na oczy Księżycowej Rysowniczki i U jak promienny uśmiech Czekoladowej Prawniczki. Swój udział w imprezie miały również komary, ale kto by się przejmował takimi drobnymi niedogodnościami :)
Niespodzianka była niesamowita, dziewczyny porwały mnie z domu i woziły po okolicznych wertepach. Kiedy już całkowiecie straciłam poczucie kierunku doprowadziły mnie przez chaszcze na miejsce tajemnego spotkania. Do końca wierzyłam, że będzie to remiza strażacka w pobliskiej wsi :D Okazało się jednak, że to łąka koło mojego osiedla... Sprytnie ;) Tam zostałam obrzucona gradobiciem pytań i musiałam się wykazać znajomością przyszłego męża. Co prawda okazało się, że lepiej niż ja zna go moja świadkowa, czyli Księżycowa Rysowniczka, ale wychodząc z założenia, że co w rodzinie to nie zginie - bardzo się nie przejęłam. Oczywiście wyszło na jaw, że nie wiem czym się myje okna, oraz że sernik uważam za potrawę z jajek... Ale zostało mi wybaczone, ponieważ byłam regularnie pojona czerwonym winem.
A potem nastąpiła magiczna część zabawy. Dziewczyny napisały dla mnie piękne życzenia, które zostały przywiązane do lampionów i wieczorną porą puszczone w świat. Wylądowały w niebie lub u kogoś na ogrodzie.. w każdym razie prezentowały się na tle zachodzącego słońca magicznie. Kiedy już temperatura spadła niebezpiecznie nisko oraz ilość bzyczącej fauny zaczęła się powiększać udałyśmy się na część drugą imprezy do domu Słonecznikowej Fantazji, gdzie oddałyśmy się dalszej kulinarnej rozpuście. Była również dalsza część testu i cudowne prezenty! Cały czas czekałyśmy na przybycie ostatniej kandydatki do tytułu Miss Rozpusty - Zwariowanej Wiewiórki, która krążyła po bezdrożach polskiej wsi wiedziona swoim wewnętrzym GPSem. Nie było łatwo, ale dotarła :)

Było cudownie, magicznie i niezwykle. Dziękuję Wam dziewczyny!!!
ps. Największą pamiątką z wieczoru są zdjęcia i uroczy scrapbookowy album, który skompilowały dziewczyny. Jeżeli główna twórczyni się zgodzi, to może również go tu pokażę :)

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Pocałuj żabcię w łapcię

Pierwsze moje kroki w koralikowym świecie poczyniłam we Francji. Wtedy to pewna Francuzka pokazała mi coś co było dla mnie całkowitym odlotem - sklepy z koralikami. Był rok (chyba) 2004 i pierwszy raz zobaczyłam tak zwane szkło weneckie i wydaje mi się, że w Polsce jeszcze wtedy tego nie było (a przynajmniej nie było to popularne). Na cały wyjazd miałam 80 euro kieszonkowego, a za 15 euro w sklepie Matiere Premiere w Paryżu kupiłam małą garstkę koralików. Majątek! Zrobiłam wówczas swoje pierwsze kolczyki i zwariowałam z dumy :) Każdy drucik był na wagę złota, bo stać mnie było tylko na 6 szpilek. Gdybym jakąś ucięła nie w tym miejscu co trzeba... A potem ta sama Francuzka zabrała mnie do sklepu, w którym Azjaci sprzedawali koraliki hurtowo. Wtedy za 5 euro kupiłam pudełeczko drobnych kolorowych koralików, takich jakie zapamiętałam z dzieciństwa I zaczęłam tworzyć. Nauczyłam się jednego wzoru, a potem lekko go modyfikowałam. I tak narodził się Marian, moja pierworodna żabka:

Na początku Marian był po prostu moją maskotką, ale potem pomyślałam sobie, że gdyby go tak rozmnożyć to może nawet miałaby żaba jakieś praktyczne zastosowanie. I tak po kolei rodziły się broszki i kolczyki:


Jedna z moich żabek została pewnego dnia mamą:

A Coco nie mogła żyć bez swojej siostry bliźniaczki Chanele:
To były naprawdę szczęśliwe żaby i wszystkie poszły na wydanie. Mam nadzieję że do dzisiaj cieszą czyjeś oczy. Niestety z tego twórczego okresu nie ostało mi się więcej zdjęć, tym bardziej lepszej jakości. Ale dobre i to co mam :)

piątek, 12 czerwca 2009

Pierwsze koty za płoty

Być może ten blog wcale by nie zaistniał, gdyby nie pewna Szydełkowa Czarodziejka, która od pewnego czasu usilnie namawiała mnie na jego założenie. Właściwie to jęczała od czasu do czasu "załóż bloga, no załóż..". Sama jest już doświadczoną blogerką, co mnie i onieśmiela i cieszy jednocześnie, bo jest do czego równać. Mam nadzieję, że będziemy się nawzajem inspirować w dalszym ciągu. I mam też nadzieję, że moja Szydełkowa Czarodziejka nie będzie żałowac, że mnie namawiała ;)

Niniejszym otwieram chyba nowy etap w życiu. Wyszłam zamąż, jestem już dużą dziewczynką. Więc już nie Samena, nie Kasandra, nie syrenka, ale od teraz Srebrna Akacja. Może jestem nią dla mojego męża i mógłby mi ten szczególny wiersz zadedykować. No cóż, myślę, że poziom romantyzmu podnósł się niebezpiecznie. Kolejny post będzie zawierał więcej konkretów ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails