wtorek, 28 lipca 2009

Piękno w zenicie

Przedwczoraj dokonując swoich rutynowych życiowych czynności, czyli zajmując się tym czym zazwyczaj - szukaniem czegoś - znalazłam mały albumik z kilkoma zdjęciami, które zrobiłam kilka lat temu za pomocą naszego starego Zenita (mała adnotacja, żeby nie było wątpliwości - nie tego szukałam). Wpadłam w zachwyt i bardzo chciałabym się przeprosić z Zenitem. Ta życiowa prawda, że kiedyś wszystko było lepsze, chociaż niby gorsze, uderzyła mnie z całą mocą. Na zdjęciach w rolach głównych: prawdziwki z nowotomyskich lasów, babcia Zdzisia i Wiśniowa Calineczka - moja podpora z lat studiów, która pewnej jesieni przyjechała mnie odwiedzić w domu.


Jeżeli Zenit się znajdzie, a rodzice się przy okazji nie rozwiodą przeszukując szafy i kłócąc się jednocześnie, to może wezmę go ze sobą na wakacje na wsi :)

ps. W rzeczywistości zdjęcia są ostrzejsze, ale i tak nie idealnie ostre. Cud, że wyszły.. w domu, bez lampy. Ostatecznie uważam, że ostrość lub jej brak nie jest ich najistotniejszą cechą.

niedziela, 26 lipca 2009

Ekstremalne urodziny

W tydzień po ślubie postanowiłam wypchnąć męża z samolotu. W najgorszym razie zostałabym wesołą wdówką. Ale tej opcji pod uwagę nie brałam, bo to podobno bezpieczniejsze niż jazda samochodem. Niż jazda samochodem z moim batem na pewno...
W każdym razie Niebiański Skoczek najpierw został zwabiony na swoje własne urodziny myśląc, że jedzie na urodziny Szydełkowej Czarodziejki (co też było prawdą), a potem dostał do łapek prezent:
Myśląc naiwnie, że żonka ma tylko tyle fantazji, aby mu sprezentować album ze zdjęciami z dzieciństwa... Phi :P No więc staliśmy nad nim wszyscy, radośnie oczekując pierwszej reakcji. Jak można się było spodziewać mąż mój zawiódł absolutnie całą widownię (a dodajmy, że prezent sponsorowany był przez wiele osób) i postanowił nie dać nam tej satysfakcji i nie skakał z radości, mimo, że spełnialiśmy wtedy jego marzenie. No cóż, tłumaczę sobie to tym, że był w szoku. Co innego wzdychać: "Tak bym chciał skoczyć ze spadochronem" leżąc owinięty kocykiem, wśród podusi własnej kanapy, popijając herbatkę, a co innego dowiedzieć się, że będzie się skakać... następnego dnia :D Czyli dokładnie w 30 urodziny. Aby jakoś wręczyć prezent sporządziłam mały album, nic skomplikowanego, bo przecież musiałam go zrobić szybko i po kryjomu. Ale funkcję spełnił idealnie, a dzisiaj jest niezłą pamiątką po skoku.


ps. Mąż skoczył, wylądował i przeżył, na co są dowody, a żonie jego proszę kategorycznie nie robić takich szalonych prezentów! Żona jest normalna! ;)

ps. 2 Według Niebiańskiego Skoczka, który zawdzięcza swój pseudonim temu wydarzeniu, post powinien zostać zatytułowany: "Jak próbowałam pozbyć się zgreda z domu i dlaczego nie udało się tym razem" :]

wtorek, 21 lipca 2009

Kuchnia odc. 1

Niewątpliwie urządzanie mieszkania było czymś niesamowitym. Mój Niebiański skoczek zostawił wszystko w moich rękach i pozwalał podejmować wszystkie dekoratorskie decyzje. Prosiłam go o opinię tylko wtedy, kiedy naprawdę nie mogłam się zdecydować ("Króliku, bateria czarna, czy taka srebrna duża? Ta jest retro, a ta jest praktyczna. No zadecyduj..." ; "Nie wiem słońce, może ta srebrna"; "Ale srebrna jest brzydka i za duża. Biorę czarną"). Chciałabym mieć na moim blogu pamiątkę tego okresu, więc opiszę jak się to wszystko odbywało i jak się zmieniało mieszkanie. Co prawda zamiar był taki, aby częściej prezentować na blogu małe artystyczne formy, które uprawiam po godzinach, ale blog żyje chyba własnym życiem. Poza tym kuchnia to moje największe dzieło, jak do tej pory.
Bo kuchnia była najważniejsza. Strasznie wiele warunków musiała spełnić, żeby zasłużyć na moje uczucia. Start miała niezły, bo była otwarta na salon. Bardzo taką chciałam mieć, bo dużo czasu w niej spędzam i nie chciałam gadać do ścian. A tak gadam sobie z mężem kiedy coś w niej robię. No i nie spędzam czasu na jej sprzątaniu, bo mężuś ma mniejszą tolerancję na bałagan i nie potrafi spokojnie usiedzieć jeśli widzi burdel ;)
Wyposażenie musiało być bardzo dobre, oszczędne, ale nie przesadnie drogie. Może gdyby budżet był nieograniczony, to bym się tak tym nie przejmowała. Ale ja się po prostu wewnętrznie nie godzę na to, aby wydać na meble kilkanaście tyś zł wiedząc, że kuchnia nie jest tego warta, a marża zakładu wyniosła 100%. No więc polowałam na tańsze, ale jednocześnie piękne i szlachetne. Dzisiaj pieszczotliwie głaszczę moje dębowe fronty (w duszy przepraszając te biedne dęby, odwdzięczę się jakoś. W przyszłości obiecuję kilka posadzić!), które nie kosztowały fortuny. Wszystkie sprzęty kupiłam wyszukując na Ceneo, dzięki czemu byłam do przodu ok 2500 zł na lodówce, piekarniku, płycie i zmywarce. To się nazywa oszczędność :) A jak mi się coś zepsuje, to będę oddawać do reklamacji tak samo, jak ci którzy przepłacili w MM. I tak z grubsza wyglądała historia tych mniej "duchowych" elementów kuchni.
Ale najważniejszy był wystrój, klimat, spełnienie moich wyobrażeń o kuchni... Kuchnia musiała się składać ze starych mebli z duszą i dodatków, które pamiętałam z dzieciństwa na wsi u babci. Musiał być stary stół jak u babci, stare półki, przedmioty, które mnie przenoszą w czasie wstecz. Wszystko to się udało, ale kuchnia jeszcze nie jest skończona. Została mi jedna ściana do wykończenia, potem spocznę na laurach. Uwielbiam moją kuchnię. Nie jest jeszcze szczytem moich marzeń, bo jest w mieszkaniu w bloku. Na kuchnię z moich snów poczekam jeszcze trochę do momentu spełnienia największego marzenia - przeprowadzki do pięknego starego gospodarstwa koło Nowego Tomyśla. Już sobie jedno upatrzyłam, teraz tylko muszę wygrać w totka :]

Do rzeczy. Najpierw kazałam płytkarzowi zrobić kwadrat w karo z mozaikową obwódką, w miejscu piekarnika, a potem zastanawiałam się jak to zrobić, żeby właśnie w tym miejscu wypadł piekarnik.. Bo kuchnia jeszcze nie była zamówiona. Rozsądny harmonogram prac to podstawa :] Drugim ważnym elementem kuchni był wielki zlew ceramiczny, w którym się zakochałam. Pod niego były prowadzone przyłącza od wody.Wszystko było w kuchni podporządkowane płytkom w karo i zlewowi. I jakoś się udało. Po prostu panu, który wymierzał kuchnię powiedziałam wprost: "Proszę pana, musi się udać. Nie ma innej opcji".

Jak widać niżej: nie m półek, nie ma okapu, ale za to świeczki już stoją ;) Widać na tym zdjęciu jedną z moich mieszkaniowych miłości: piękny stary ludowy, ciężki jak jasna cholera stół z litego dębu (Znowu te biedne dęby...). Wynalazłam go na Allegro i kiedy zobaczyłam go na aukcji to serce mi mocniej zabiło. To, ile czasu spędziłam impregnując, woskując, lakierując i pielęgnując w tradycyjny sposób jego blat wiemy tylko ja i ten stół. I niech to będzie dowód moich uczuć do niego.

Śliczne krzesełka też upolowałam na Allegro i przemalowałam na biało. Ściany pomalowaliśmy na blady róż - jeden z moich ulubionych kolorów. Okap oczywiście znaleziony na Ceneo. Porcelanowe uchwyty w szafkach miały przywodzić na myśl kuchnię w Serbinowie. Czyli jak w starym dworku :)


Ściana okazała się nie do końca satysfakcjonować mnie swoją różowością. Zdecydowanie czułam niedosyt. A to jakie kroki podjęłam, aby odnaleźć różowy eden napiszę następnym razem :)

piątek, 17 lipca 2009

Za co kochamy lato...

... czyli znowu o jedzeniu. Jedzenie odgrywa ogromną rolę w naszym życiu i nie ukrywam, że lubię o nim gadać. Przejście na dietę przed ślubem było traumatycznym przeżyciem i tylko koledzy z pracy wiedzą ile kosztowało mnie odstawienie pączków. Do dzisiaj kiedy słyszę w pracy "Ponczkibułki!" to - jak w kreskówce - wszyscy na około zamieniają się w cudowne pączusie z czekoladą lub ajerkoniakiem. Tak więc, aby przy tym wszystkim wyglądać jak człowiek zaczęłam się jakiś czas temu interesować zdrowym jedzeniem. I od tamtej pory lekko ześwirowałam na tym punkcie, dlatego pączek dla równowagi nie zaszkodzi od czasu do czasu :) A niżej chłodnik mojej roboty, czyli najzdrowsza na świecie zupa, cudownie smakująca i jak to mówił Basil w "Hotelu Zacisze" - It's delicious and nutritious! Zrobiłam ją kilka dni temu i zjedliśmy ją na balkonie. I za to między innymi kocham lato. I za urodziny. I za wakacje na wsi u babci. I za zapach zboża w słońcu. I za możliwość noszenia sandałków. Nawet komary mi nie przeszkadzają :)

środa, 8 lipca 2009

Pomidorowe szaleństwo!

Przez większość życia byłam osobą, przy której wszystkie roślinki popełniały samobójstwo. Sad but true, jak mówił mój ulubiony poeta czasów liceum James Hetfield :] Ale odkąd mam swoje mieszkanie postanowiłam próbować do upadłego. No i faktycznie kilka roślin już padło... ale ja się nie poddaję.
Jednym z moich ambitniejszych przedsięwzięć jest hodowla pomidorków koktajlowych, które uwielbiam. Pomidorki są obecnie wszędzie, ale jakie to są pocieszne roślinki. Hodowałam je od nasionka, a teraz to już takie dojrzałe pomidory [chlip]. Pierwsze zbiory już za mną, werdykt: są dobre! Pewnie powinnam je przycinać, kiedy były małe to by mi nie wyrosły takie krzaczory. Hmmm, ale i tak jestem zadowolona :) Zainteresowanych zapraszam na degustację.

piątek, 3 lipca 2009

Surprise party american way

- Słońce, sprawa wygląda tak: ty pojedziesz sobie sama do domu, autobusem, albo czym tam chcesz, a ja po ciebie przyjadę wieczorem.
- Heee? A nie możemy po prostu jechać razem do domu? - wymiauczała dość żałośnie Ola unosząc jednocześnie brwi w geście mimicznym pt. "czyż mój plan nie jest lepszy"?
- Nie, bo ja coś muszę załatwić w mieście w związku z twoimi urodzinami. To ma być niespodzianka - powiedział Karol lekko zniecierpliwionym głosem.
- Nooo dooobra...
- I masz się ładnie ubrać.
- O boże! Ale jak ładnie? Tak na letnio ładnie, czy na elegancko ładnie? - zapytała już lekko przestraszona.
- No tak elegancko ładnie. Albo może być letn
ia sukienka, ale ładna.
(To ja mam jakieś nieładne??? O_o )

Dzień później, 1 lipca, w pracy.


- Kochanie, to może jednak pojedziesz ze mną do domu i ja się przebiorę i wtedy pojedziemy do miasta razem? - Ola podjęła jeszcze jedną próbę.
- Nie, bo ja muszę najpierw coś załatwić. Pojedziesz do domu sama i będziesz miała czas się przygotować.
- No dobra! Ale może mogłabym się nie przygotowywać... W dżinsach mnie nie wpuszczą?
- Może cię wpuszczą, ale byłoby niezręcznie.
(Cholera jasna, teatr, a ja nie mam butów! Nie, gorzej.. opera! Na operę to już w ogóle nie mam butów. No dobra, tylko bez paniki. Sukienka jakaś się znjdzie, ale gdzie jest czarne bolerko. Cholera, czy czarne bolerko się nadaje do teatru? Nie bardzo.. A do opery?! O mój boże, nie mam w co się ubrać do opery! Hmmm.. dobra, wracam do pracy. Muszę przeczytać ten projekt do zaopiniowania. Termin mija niedługo, a ja nie mam żadnych... butów. Cholera!).

I tak właśnie radośnie minęła pierwsza połowa dnia. A potem udałam się do domu razem ze Słonecznikową Fantazją, która kolejny raz wymigała się od wejścia na kawę. Wchodzę do domu.. dziwne, temperatura sięga tu chyba 60 stopni. Ściągam buty, patrzę - zamknięte drzwi od sypialni. Na pewno rano nie zamknęłam. Rzucam torebkę i widzę zamknięte drzwi od małego pokoju. Jeszcze dziwniejsze, na pewno nie zamknęłam ich rano. Chyba ktoś tu był. Albo mój Niebiański Skoczek albo jakiś wyjątkowo porządny złodziej.Wychylam się i widzę 3 balony. Aha! Karol tutaj jest, a nie był! I wtedy nastąpiła najlepsza część całego dnia. Zza winkla wyskoczyli wszyscy najwspanialsi na świecie przyjaciele, uśmiechnięci od ucha do ucha krzycząc.. nie wiem co krzyczeli, byłam w najfajniejszym i najśmieszniejszym szoku w życiu. Pewnie krzyczeli "niespodzianka". A mój mężuś stał z tortem!!!


A jak myślałam, że to już koniec niespodzianek, to dojechał pan inżynier z uroczą żoną i dostałam mnóstwo cudownych prezentów.


Piękną torebkę, perfekcyjnego kwia
tka do włosów i śliczną sukienkę, boski balsam do ciała i coś ekstra kuszącego do tego, skrzynkę na kwiatki, którą podziwiałam niejednokrotnie u Czekoladowej Prawniczki, pudło ślubnych zdjęć (ahhh, to to muszę jeszcze ze spokojem obejrzeć, bo w tym szoku nie byłam w stanie poświęcić im odpowiednio dużo uwagi, ale dech zapierało!). A w ogromnym kartonie coraz mniejszy i mniejszy pakuneczek.. Sam karton był przerażający, ale a samym końcu została sama koperta!

A w niej coś dzięki czemu możliwe będzie osiągnięcie artystycznej ekstazy! Nieprzyzwoicie wysoki bon na zakupy w sklepie scrapbookowym!!! Chyba wykupię połowę asortymentu, po moich zakupach zwiną interes jak nic! No i już nigdy nikomu oczu nie zamydlę prezentem Made in China. Teraz już wszyscy wiedzą, jaki będzie mój potencjalny arsenał prezentowy...


Kochana Agnieszko, Damianie, Judyto, Justyno, Karolku, Kasiu, Krzysiu, Łukaszu, Misiu, Zbigu (kolejność alfabetyczna :) ) BARDZO WAM DZIĘKUJĘ, TO BYŁY MOJE NAJFAJNIEJSZE URODZINKI. Specjalne całuski oczywiście dla mojego mężusia za pomysł, realizację i ugoszczenie naszych przyjaciół.

ps. całuski również dla Księżycowej Rysowniczki, która zawsze pamięta i która by na pewno była, gdyby mogła być; dla Martusi, która zadzwoniła, ale nie było nam dane spokojnie pogadać; dla Marcinka, który też pamiętał i dla którego była cała ta cola w lodówce (a myślałam, że mój mąż zwariował kupując tyle coli) i dla rodziców, którzy też na imprezkę wpadli!

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails