piątek, 28 sierpnia 2009

Lampion czyli światło naszych wieczorów

Trafiła w moje ręce wprost z klamociarni w Czaczu, a jej połowa została mi dana w prezencie od Miszeliny, która była w Czaczu żywym dowodem na istnienie tego złudnego i nieuchwytnego czegoś, co nazywamy szczęściem początkującego. Słonecznikowa Fantazja, która po 4 godzinach buszowania miała 2 kieliszki potwierdzi. Ja też nie miałam oszałamiającego szczęścia tym razem, ale jako matka chrzestna kredensu Szydełkowej Czarodziejki też nie narzekam. A więc lampiony wytargowałyśmy, wręczyłyśmy chłopakom do taszczenia i w takim opłakanym stanie dowiozłam swój do domu:
Ale potem było tylko lepiej:


A teraz siadamy w naszych wiklinowych fotelach wieczorami, szczęśliwi, że jest tak ciepło i przyjemnie. Rozmawiamy i obserwujemy niebo, i światło naszych balkonowych latarni, nie tylko tej jednej. Wykorzystujemy każdy wieczór, bo już za chwilę wieczna zmarzlina i trzeba będzie się pożegnać z zapachem lawendy na balkonie i ciepłymi wieczorami...

(...)wy, które nic nie niepokoi,
wieczne i kształtne jak sonety,
co przebaczacie światłem swoim
ludziom i miastu, jak kobiety —
ŻEGNAJCIE, KOCHANE LATARNIE

A póki co, jedząc obiad na balkonie widok mam taki oto uroczy. W przyszłym roku mój balkon utonie we fiolecie, to takie pierwsze postanowienie na przyszły rok...



poniedziałek, 24 sierpnia 2009

3 z 1 czyli znowu o jedzeniu - pizza i nie tylko

Weekendy uwielbiam między innymi za to, że mam więcej czasu na gotowanie. A że swoją kuchnię kocham, o czym pisałam już wcześniej (i o czym na pewno jeszcze będę piać,) to spokojnie mogę się w niej starzeć przy przysłowiowych garach. Ostatni weekend był czasem całkowitej rozpusty. Zrobiłam pizzę z mąki ekologicznej (z młyna wodnego) z wyjątkowo "niepostnym" nadzieniem. Pizza zawierała to wszystko co tygryski lubią najbardziej. Jeden klin był z serem Lazur, gruszką i orzechami, połowa z jajkiem, szynką i boczkiem, a ostatni klin z szynką i gruszką. Wszystko pod mozzarellą wędzoną i białą z ziołami. O Jezu, jaka była dobra... połykając kolejne kęsy po prostu wizualizowałam jej odkładanie się w moich baczkach. Było warto, a co, raz się żyje :) Jak zacznę tyć, to się będę przejmować. Dietę Niebiańskiego Skoczka też szlag trafił, ale nie płakał z tego powodu ;)

Jak to mówią: tajemnicą każdej gospodyni rozsądne gospodarowanie resztkami. W więc żeby nie schudnąć po pizzy następnego dnia na śniadanie upiekłam bułeczki z reszty ciasta. Zjedliśmy je z oliwą i pomidorami.



A z reszty sosu pomidorowego, który został po pizzy i reszty wędzonej mozzarelli zmajstrowałam na obiad pstrąga w sosie pomidorowym zapiekanego z mozzarellą na jaśminowym ryżu prosto z Tajlandii. Przy okazji odkryłam nowe hobby: fotografowanie jedzenia! To jest to, doznania wizualne pomnożone x2! Niedługo dieta odchudzająca Niebiańskiego polegać będzie na wydłużającym się czasie oczekiwania na posiłek ;)

niedziela, 23 sierpnia 2009

Q52

Ciąg dalszy mini - pamiętnikowania, a więc trzy kolejne tagi w ramach Q52 - wyzwania Emily. Jestem jakieś 25 tagów do tyłu :D No, ale za to jakie dobre jedzonko ostatnio przyrządzałam. Niebiański skoczek z całą pewnością nie żałuje ożenku, przynajmniej na razie ;) Ale o jedzeniu następnym razem. Oto najnowsze tagi mojego mini-pamiętniczka:

What are you crossing your fingers for?
(Za co trzymasz kciuki?)


What is my latest obession?

(Co jest moją najnowszą obsesją?)


Which direction am I going?

(W jakim kierunku zmierzam?)

środa, 19 sierpnia 2009

Letni obiad

Dla leniwych, zapracowanych, ale też tych wszystkich, którzy uwielbiają prawdziwe letnie pomidory (a nie zimowe kamienie w kolorze pomarańczowym), oliwę, czosnek, sól i bazylię. Proste jak zalanie vifonka wodą, a zdrowe i pyszne jak truskawki prosto z krzaczka.

Spaghetti ze świeżymi pomidorami
- m
akaron typu spaghetti
- czosnek świeży (jak dla mnie min. 3 ząbki)

- czosnek granulowany

- oliw
a z oliwek, z pestek winogron, rzepaku (do wyboru)
- świeże pomidory (na pół opakowania makaronu ok. 3 pomidorów)
- ocet balsamiczny

Pomidorki przekroiłam na pół i wyrzuciłam gniazda, następnie pokroiłam w kostkę to co z nich zostało i zostawiłam na sicie, aby ociekło. Następnie posoliłam, wymieszałam ze świeżą bazylią i pieprzem. Ugotowane spaghetti odcedziłam, a do garnka po makaronie wrzuciłam trochę masła i oliwy, wycisnęłam czosnek i podsmażyłam. Wrzuciłam makaron i wymieszałam, posypałam jeszcze czosnkiem granulowanym. Spaghetti przełożyłam do miseczek, na wierzch nałożyłam pomidorki, polałam wszystko oliwą i cudownym octem balsamicznym gęstym jak syrop (Montosco, Salsa Balsamica con fragola, czyli z dodatkiem soku z truskawek). Jakbym miała parmezan to bym jeszcze posypała parmezanem ;)

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Rzecz o pięknych miejscach, poezji i przyjaźni

Kto miał przyjemność poznać Malowaną Fakturkę wie, że jest postacią dużo barwniejszą niż Madonna, a spotkania z nią powinny być biletowane i wyceniane dużo wyżej niż bilety na wspomnianą piosenkarkę. Niewiele więc myśląc spakowaliśmy manatki i popędziliśmy w stronę Gdańska, aby w końcu móc się zobaczyć z naszą ulubioną Parką Roku: Malowaną Fakturką i Kaszubem z Cypru i spędzić razem cudowny weekend. Sam Gdańsk powalił nas na kolana! Piękne kamienice, jachty, kawiarenki, muzea... zawrót głowy. Wszystko to, co zobaczyliśmy było dla nas estetyczno - kulturalną ucztą. Wyższości Gdańska nad Poznaniem nie będziemy roztrząsać, tym bardziej, że gościć chcemy również Parkę Roku u nas, więc odstraszanie gości jest niemile widziane. Poprzeczkę mamy wysoko postawioną w każdym razie, ale sprostamy, choćbyśmy mieli własnymi rękoma wybudować kilka muzeów. Ja już hoduję na balkonie największego ziemniaka na świecie, jako atrakcję regionu.

Spotkanie dwóch dusz targanych tęsknotą za pięknymi słowami o głębokim znaczeniu i uczuciami, które warto przeżywać kończy się klasycznie (przynajmniej w naszym przypadku), a więc śpiewaniem piosenek Heya i cytowaniem ukochanych wierszy. Nie w centrum miasta oczywiście, bez obaw. Chociaż... hmm, "Dosyć poważnie" śpiewałyśmy w restauracji. Ale nie jest to jeszcze pełnia naszych możliwości :]

Stara prawda, że co 3 polonistów to nie jeden, miała zastosowanie również na tej wycieczce. Niebiański Skoczek w lekkim stresie formułował wypowiedzi i udało mu się nie powiedzieć do mnie "wchódź" ani razu. I tak go zdemaskowałam z tym wchódzeniem ;) Biedak pozostawił za sobą tyle atrakcji jakby dla niego stworzonych. Westerplatte (może to i dobrze że było w remoncie, bo istnieje obawa, że próbowałby je zdobyć szturmem formułując okrzyki po niemiecku...) i Muzeum Marynarki Wojennej póki co go ominęło. A jeżeli przy okazji kolejnej wizyty będzie zachowywał się zbyt podejrzanie w okolicach Westerplatte, to weźmiemy saperkę, okopiemy go na plaży i zostawimy w piachu z misją wypatrywania wroga. Ale to oczywiście następnym razem.


Ku chwale ojczyzny!
Plaża była niespokojna, a słońce już chyba za horyzontem, kiedy robiliśmy to wspólne zdjęcie. Weekend zapamiętamy jako ogrom pozytywnych przeżyć, niesamowitych rozmów, które przetoczyły się przez wszystkie istotne dziedziny życia, przemierzyły drogę od brudnych podwórzy do bezmiaru kosmosu i wcale nie chciały się skończyć. Weekend będzie miał smak piwa wiśniowego prosto z Belgii, kolor słońca odbijającego się w 300-stu letniej kamienicy, zapach wiatru znad morza i jakość bursztynu wyszlifowanego w kształt żagla prosto z niesamowitego muzeum. Strasznie dużo nam jeszcze zostało do zobaczenia i niemożliwie dużo do obgadania. Jak to powiedział Niebiański Skoczek w drodze do domku: niesamowite masz szczęście do przyjaciół. Amen!


czwartek, 13 sierpnia 2009

Oczko wodne

Jako zodiakalny Rak odczuwam nieustającą, nie pozwalającą o sobie zapomnieć, bezkresną tęsknotę za wodą. Tęsknię za oceanami, za morzami, za jeziorami, rzekami, strumieniami, strumykami górskimi, kałużami, beczkami z deszczówką, letnim deszczem itd. A do tego kiedy szemra, albo szumi... a jeszcze jeżeli jest czysta! Wtedy osuwam się w radosny wodny niebyt, moje źrenice zalewa błękit, czuję się jak Ania z Zielonego Wzgórza popychana przez wiatr na pustym jeziorze (ale jeszcze przed podtopieniem). I tęsknię za tym wiatrem wiejącym nad Atlantykiem, za chłodem kamieni omywanych przez wodę, za małymi knajpami z kotwicą i latarnią w szyldzie. Za tymi niepokojąco pochmurnymi zachodami słońca nad oceanem, kiedy wszyscy wróżą: "jutro nie będzie pogody". A jednak następnego dnia też świeci słońce i ogrzewa małe stare domki budowane w pruski mur, z małymi białymi okienkami zamykanymi na małe białe haczyki. Jak to latem w pięknej Bretanii...
Ale wracając do tematu: tata już ze mną nad moje ulubione jezioro jeździć nie chce, mąż się jezior brzydzi, nikt mnie nie wspiera w tym temacie. Chociaż łapki bym zamoczyła w jakiejś lodowatej wodzie! No i niestety mam tego pecha, że nad żadnym akwenem nie mieszkam... Więc postanowiłam zrobić sobie w domu małe oczko wodne do podziwiania. Sprawa wygląda niemożliwie prosto. Najpierw gdzieś okazyjnie nabyłam śliczną miseczkę w kształcie muszli:

Następnie na dno nasypałam małych białych muszelek, uzupełniłam miseczkę wodą i położyłam na wierzch małe piscje. Od razu mi się humor poprawił :)


A może jeszcze pojedziemy z Niebiańskim Skoczkiem wspólnie do pachnącej oceanem Bretanii, gdzie można się pochylić nad celtyckim krzyżem i pomyśleć sobie, że czasami miejsca potrafią być tak piękne, że aż nierealne.

sobota, 8 sierpnia 2009

Idealne wakacje...

Od tygodnia jestem w raju. To moje idealne wakacje, nie ma się co rozpisywać. Pachnie zbożem, ptaki śpiewają, koty się kocą, stragany na odpuście były jak trzeba, zabawa była jeszcze lepsza (Cygańska Różniczka potwierdzi ;) ), są nawet i krowy (chociaż zobaczyć ostatnio krowę na wsi, to jak spotkać UFO). Jest nowy pomnik u dziadka, kamienie przy nim podlewamy (dlaczego należy podlewać kamienie przy nowym pomniku pozostanie tajemnicą, której rozwiązanie zna tylko babcia. Nie pytamy, bo jest obawa, że magia tej czynności zostanie zabita kiedy się dowiemy). Jest cudownie.. przedwczoraj pędząc na babcinym rumaku, mając las po jednej stronie, łąkę po drugiej, a koło siebie Mruczącą Fotografkę odczuwałam szczęście w czystej postaci.
Tak z grubsza wyglądają idealne wakacje u babci na wsi. Gdzieś między Kolonią Jarantów a Piskorami:
I z Mruczącą Fotografką, idealną kompanką do poszukiwań:


A tutaj w drodze do boskiego odkrycia Mruczącej, chaty brata naszego pradziadka. Droga wiodła zapomnianą ścieżką wzdłuż lasu i wyglądała jak magiczna aleja prosto z Ani z Zielonego Wzgórza:


Chata i jej otoczenie są tak piękne i magiczne, że brak słów. Tutaj położyłam się przed wejściem na ławeczce, na której na pewno siadał Władek, właściciel domku. Przyjdzie też czas na opisanie całej tej wyprawy. Nie da się tak w jednym poście napisać tego co w środku, tego co na zewnątrz, tego co dookoła i tego wszystkiego co się tam zmarnowało i o czym wszyscy zapomnieli.


A to zdjęcie z serii Mistrzowie Drugiego Planu :D


Synusiów też nie może zabraknąć:

Wakacje się kończą, będę ryczeć i tyle.

sobota, 1 sierpnia 2009

Porządek w kolczykach

Każda kobieta ma jakiś swój tajemny "burdelik", którego nie chce jej się sprzątać, albo boi się zacząć, bo słabo jej na samą myśl, że musi to zrobić. Ja mam na to prostą radę - upycham ten bałagan gdzieś poza zasięgiem wzroku co mi daje kilka miesięcy zwłoki. Czasami jednak nawet ja mam dość. Postanowiłam więc jedną taką kupkę doprowadzić do porządku. Była to kolczykowa kupka, która przeprowadziła się za nami i jakoś nie zgubiła po drodze. Ta konkretna kupka to kula splątanych, zakurzonych, poczerniałych kolczyków, które zrobiłam, a które nie miały szczęścia do przechowywania w czasie przeprowadzki i po niej. Kupka wyglądała ni mniej ni więcej, a tak:


Kilka par dało się wyplątać, a po wymianie bigli prezentowały się jak nowe. Dotyczyło to przede wszystkim kolczyków składających się z moich ulubionych koralików porcelanowych przywiezionych kilka lat temu ze sklepu Matiere Premiere z Paryża:


Niektóre kolczyki wymagały całkowitego liftingu. Te kwadratowe kolczyki były całkiem poczerniałe, brudne i ogólnie wyglądały dość upiornie.


Reanimacja trwała jakąś godzinę, ale pacjentki przeżyły i dostały nową szansę.


Oczywiście akcja "kolczyki-reaktywacja" została przerwana nagle i niespodziewanie przez nadchodzącą noc. O godzinie 22 jak zwykle straciłam kontakt z rzeczywistością, a sytuacja stała się dość tragiczna (w porównaniu do wyjściowej). Zanim się zabrałam za porządek w kolczykach to co prawda nie mogłam z nich korzystać, ale przynajmniej miałam jej upchnięte poza widokiem i mnie nie denerwowały. A teraz mam 5 par z odzysku, rozgrzebaną kupkę, przybornik do biżu w dużym pokoju obok kanapy, a Niebiańskiemu Skoczkowi wbił się w pupę drucik jak usiadł na kanapie. Myślę, że rodzice wydali mnie za mąż i pozbyli się mnie z chaty właśnie przez te druciki... :]

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails