wtorek, 29 września 2009

Sałatka z fasolki szparagowej

Jak można wykorzystać ostatki fasolki szparagowej? Na przykład tak. To jedna z moich ulubionych sałatek. Stopień trudności: 2/10, a sałatka pyszna i zdrowa. Polecam przyszłym mamusiom ;)
Sałatka składa się z zielonej fasolki, sera feta, oliwy z octem balsamicznym (czasami dodaję też czosnek) oraz prażonych (smażonych na patelni bez dodatku tłuszczu, bo pestki są tłuste same w sobie) pestek dyni i słonecznika.

piątek, 18 września 2009

Wrzos

W tym roku wrzosowiska były wyjątkowo urodziwe. W naszym lesie wrzos kładł się na ściółce jak cudowny fioletowy dywan. Już dawno nie było go tak wiele i tak pięknego. A ja kilka lat temu zrobiłam dla mamy wrzos, który nie wymaga podlewania i nie trzeba go suszyć. Wrzos z koralików. Koszmarnie pracochłonny! Polecam studentkom z 3-miesięcznymi wakacjami, emerytom, rencistom i matkom na macierzyńskim ;)


A to już tegoroczny piękny biały wrzos w ślicznym wiklinowym koszyczku od nowotomyskiego plecionkarza. Nigdzie nie ma takiej wikliny jak w Nowym Tomyślu!

poniedziałek, 14 września 2009

Makaron z pieczonymi pomidorami i cukinią

Niedawno pojawiła się w sprzedaży późna odmiana pomidorów. Są podłużne, niezbyt ładne i znacznie tańsze niż inne. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, ponieważ są dużo lepsze niż wiele innych odmian! A nadają się do wszystkiego, nawet do suszenia.
Pomidorki te sponsorowały jeden z naszych obiadków. Danie wymyśliłam zainspirowana śliczną cukinią, którą znalazłam w lodówce i tymi właśnie pysznymi pomidorkami, których nazwy nie pomnę :)
Bazą był makaron typu fettucine z czosnkiem i oliwą (my personal favourite, wiele moich obiadów, szczególnie kiedy jestem sama, na tym się kończy). W czasie kiedy robiłam makaron, na folię aluminiową skroiłam cukinię i pomidorki w ćwiartki, polałam oliwą, posoliłam, posypałam ziołami i wstawiłam do piekarnika na najwyższy poziom. Piekły się na funkcji grilla ... nie wiem ile minut :) Aż były miękkie i lekko przypieczone.
Potem makron ułożyłam na talerzach, nałożyłam na górę warzywa i posypałam wszystko parmezanem. Ze zdjęć wynika, że posypałam również pietruszką. No proszę ;)

środa, 9 września 2009

Solniczka

Do mojej ulubionej kuchni dołączyła nowa mieszkanka. Aż dziw, że nie było jej tu wcześniej... Sól uwielbiam, to wiadomo. Niebiański Skoczek czasem marudzi jak 4 raz sięgam po nią w czasie obiadu. Ale nie przekona mnie, żebym soliła mniej, w ogóle nie ma mowy. A teraz dodatkowo znalazłam dla niej godny pojemnik. Na Allegro oczywiście, bo gdzieżby indziej :)
Solniczka jest z wiejskiej chałupy na 100%. Po czym poznałam? Po tym, że sprzedający miał n innych aukcjach: stary cep, zardzewiały sierp, dziabkę (zwaną podobnież motyką w większej części kraju), maselnicę i obraz Matki Boskiej w zeżartej przez kołatka domowego (moje ulubione zwierzątko, już oswojone, niedługo będzie umiało aportować) ramie. Zasadniczo rozważałam wykupienie wszystkich aukcji, ale potem oczyma duszy wyobraziłam sobie jak pani na poczcie wręcza Niebiańskiemu 50-letni cep mówiąc: "To chyba pańskiej małżonki. A może pana?". Hmmm, no i się jakoś powstrzymałam. Na razie oczywiście ;)

Ogólnie solniczka wyglądała nieźle, chociaż wg opisu aukcji miała drewniane wieczko, czego nijak nie można się było dopatrzeć. Wydawało mi się, że wieko jest zwęglone. Ale nie żebym rozpaczała z tego powodu, byłam gotowa ją zaakceptować ze wszystkimi wadami :)


A jednak niespodzianka! Przetarłam wieko papierem ściernym, papier od razu czarny. Werdykt? To tylko sadza! Papier ścierny rzuciłam za siebie, chwyciłam w dłoń nożyk i jechane ze zdrapywaniem!


Za każdą minutą moja radość wzrastała, kiedy oczom moim ukazywać zaczęło się to piękne szlachetne drewno...


Solniczkę wyszorowałam do połysku i wysuszyłam. Na koniec przetarłam wełną stalową wieczko i pomalowałam lakierem ochronnym, a następnie nawoskowałam szlachetnym woskiem do antków. W środku już jest sól. No i to by było na tyle jeżeli chodzi o ograniczanie spożycia soli w moim domu ;)

poniedziałek, 7 września 2009

Kuchnia cz.2 czyli akcja "wałek"

Zwiedzanie starych domów zawsze w poszukiwaniu tego samego - wspomnień, atmosfery i starych porzuconych przedmiotów oraz szczęśliwe wakacje u babci na wsi (boże, moje dzieci będą takie biedne pod tym względem...) poskutkowało szczególnymi upodobaniami estetycznymi. A więc nie wysmakowana Prowansja, nie nowoczesność, ale po prostu - wieś. A co było elementem obowiązkowym każdego wiejskiego domu? Oczywiście wałek!
Prawdziwym rytuałem było malowanie kuchni letniej u prababci. Jak już wszystkie najgorsze czynności w postaci wynoszenia i mycia sprzętów oraz samego malowania zostały dokonane, przychodził czas na najlepszą część - wybór wałka. Sami nie posiadaliśmy interesującej kolekcji wzorów, ale od czego byli na wsi sąsiedzi! Próba wałka odbywała się za domem i polegała na maczaniu wałka w rozrzedzonej farbie lub wodzie z beczki i próbowaniu wzoru na ścianie wujkowego garażu. Oczywiście decydujące zdanie w kwestii wzoru miała zawsze wodzirejka przedsięwzięcia - babcia Zdzisia. Ona to również miała przywilej nakładania wzoru. Zawsze mi się to wydawało niesamowitą czynnością i zawsze chciałam spróbować to zrobić, chociaż nigdy się nie wyrywałam, bo wiedziałam, że próba jest tylko jedna.
Byłam szczęśliwa jak dziecko kładąc wałek we własnej kuchni. I nic mnie nie obchodzi co inni o tym sądzą i czy się komuś podoba. Wałki pochodzą od tych samym sąsiadów, co wtedy w dzieciństwie i chociaż Dorotka szukając ich dla mnie wyrażała głębokie zdziwienie i niedowierzanie, to jednak pozwoliła mi wziąć korytko i 4 wzory. Jak mi się znudzą wymienię je na inne :) Próba wzorów również tradycyjnie miała miejsce. Sąsiedzi jeszcze nie zlokalizowani ozdobionej ściany.
Jak już pisałam wcześniej, kolor różowy, który wybrałam do kuchni był dalece za mało różowy. Tak wyglądała kuchnia przed akcją, ale już przygotowana do boju. Niezbyt różowo...


Aby nie było z kolei zbyt cukierkowo postanowiłam nałożyć tylko pasy ciemniejszej farby. Przyklejanie pasków taśmy malarskiej w idealnych odstępach - co za koszmarna robota!

Następnie nałożyłam na ścianę kolor bardziej zdecydowany.


Potem rozpoczęła się najśmieszniejsza część i zarazem najbardziej satysfakcjonująca - nakładanie wzoru z wałka. Szansa jest tylko jedna, nie wolno oderwać wałka, lecimy od dołu do góry, mieszkanie ma 2,70 cm, a w na około 150 cm trzeba wleźć na drabinę nie odrywając wałka od ściany. Było wesoło :DA to już efekt końcowy. Moja ściana :)

czwartek, 3 września 2009

Rodzinne włości

Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą, że wykazuję niezdrowe zainteresowanie przeszłością we wszystkich jej objawach. A mój ulubiony objaw to opuszczone, porzucone, zaniedbane stare chałupy. Jest coś cudownie niepokojącego w tych strasznych domach, coś nieskończenie smutnego w tych zarośniętych studniach, dziurawych dachach, wybitych szybkach w małych białych okienkach. Wszystko się zaczęło chyba wtedy, kiedy będąc dzieckiem próbowałam zajrzeć do starej chałupy sąsiadów prababci, która to chata stała porzucona na podwórku, z zabitymi oknami i koło której przechodziliśmy zawsze w drodze do sadu. A! i jeszcze wtedy, kiedy namawiałam mojego brata, abyśmy weszli na strych w domu prababci, bo zawsze wyobrażałam sobie, że znajdę tam niesamowite cuda. Marzyłam o skrzyni z tajemnymi szufladkami. Na strych delegowałam brata, a sama dowodziłam akcją z drabiny. Ubzdurałam sobie bowiem, że dom jest tak stary i w takim złym stanie, że dach pod moim ciężarem na pewno się załamie i wpadnę do sypialni. A mój brat był młodszy i malutki :) Pamiętam dobrze, jeszcze była opowieść taty o starej szabli znalezionej w ścianie rozbieranej chałupy... Jeszcze były drewniane kościoły. Ta perełka w Lipem i ten najpiękniejszy, blizanowski, w którym mnie ochrzczono, z odsłanianą Matką Boską i pieśnią na odsłonięcie. I ten niesamowity zapach drewna ...


No więc ten zapach wilgoci, starego drewna, te wiejskie proste przedmioty, te tajemnice kryjące się za zabitymi deskami oknami - to wszystko odcisnęło się ogromnym piętnem na całej mojej osobowości i obecnym życiu. I szukam tych zapachów i wrażeń odtąd już zawsze i przy każdej okazji. Zaraziłam pasją moje kochane dziewczyny i razem szukamy tej przeszłości. I razem zastanawiamy się, jak wyglądała ta babuleńka z dziadkiem siedzący przed drewnianą chatką w środku lasu. Zapomniani przez wszystkich. I jak to było kiedy jedno z nich odeszło, a drugie umarło z rozpaczy zostawiając po sobie te piękne stare deski, które 80 lat wcześniej własnoręcznie złożone zostały w domek.
Jakaż była moja radość, kiedy Mrucząca Fotografka powiedziała mi pewnego dnia, że w czasie wycieczki z kolegą znalazła opuszczony drewniany domek, przy którego drzwiach wisiała tabliczka z imieniem i nazwiskiem:

Władysław Gronowski





środa, 2 września 2009

Tabule!

Jesień zbliża się nieubłaganie, wszystkie znaki na to wskazują. Te ostatnie ciepłe dni to taki podarunek za to, co przetrwaliśmy w czerwcu. Kierując się zasadą szklanki do połowy pustej należy po prostu napisać, że lato roku 2009 odchodzi. Żeby nie popaść z tego tytułu w depresję polecam cudownie pomidorową sałatkę, najwspanialszy wynalazek kultury arabskiej. Witaminowa bomba i bardzo mało kalorii. A ten smak! Ta-bu-le!


Przepis niedługi, skala trudności 2/10, wersja sałatki-podstawowa:

1. Trzy dojrzałe rozkosznie czerwone i pachnące pomidory kroimy w kostkę, wrzucamy na sito, aby ociekły.
2. Zalewamy wrzątkiem kus kus wymieszany z solą i polany oliwą, zostawiamy pod przykrciem. Proponuję solidne pół szklanki.
3. Cebulę średnich rozmiarów kroimy w kosteczkę i wrzucamy do miski.
4. Natkę pietruszki siekamy drobno, dorzucamy do cebuli i mieszamy. Im więcej natki tym lepiej, ja zużywam bez żenady cały pęczek, bo pietruszka jest pełnoprawnym składnikiem tej sałatki, a nie tylko zabiedzonym dodatkiem, jak w polskich rosołach.
5. Do cebuli i natki dodajemy pomidory i mieszamy.
6. Kus kus, kiedy już jest gotowy, czyli po jakichś 15 minutach rozdrabniamy widelcem i dorzucamy do reszty pyszności.
7. Całość mieszamy, dodajemy sól i pieprz. Wlewamy oliwę z oliwek (lub inną dobrą oliwę, np. z pestek winogron), ok. 1/4 szklanki. Dodajemy sok z połowy lub całej cytryny (zależy kto ma jaką tolerancję na smak kwaśny). Oliwę i cytrynę warto wlewać "na oko", aby każdy miał tak jak lubi najbardziej. Ja lubię tabule lekko "pływające", więc powiększam te proporcje.
8. Mieszamy i wstawiamy do lodówki na jakąś godzinkę (chociaż bez tego się obejdzie, ale dobrze, jak się przegryzie). I na pewno będzie mało słona ;) Wszystko jest zawsze mało słone...

Zdrowo, kolorowo, smacznie, niskokalorycznie. A wycieranie talerza bagietką po tej sałatce to już po prostu smakowy raj! Polecam :)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails