niedziela, 25 października 2009

Calineczka i jej caliniątko!

To już pewnie ostatni ładny weekend przed wieczną zmarzliną i chyba wykorzystaliśmy go idealnie. A mianowicie nareszcie przyjechała do mnie moja bratnia dusza czasu studiów - Calineczka ze swoim księciem i ich małym potomkiem. Pobuszowałyśmy trochę w raju wszystkich kobiet (taki tam sklepik na literę "I" z krainy trolli), pospacerowaliśmy też po parku. Ale następnym razem, kiedy przyjadę do Zielonki, to zostawimy Caliniątko tatusiowi, a same wyskakujemy na wino!


Za szczególnie udany uznaję wieczór sobotni, który mógł się zakończyć śmiercią z przejedzenia, gdyż moje cudowne raclette jest naprawdę zdradliwe (ja się pytam na łamach tego bloga, kiedy darczyńcy raclette w końcu zjawią się u nas na kolacji?!). Niby tylko kawałek rybki, niby krążek cukinii, a człowiek ledwo od stołu wstaje. Ale lepsze od grillowanego bakłażana (jeszcze trochę w lodówce zostało dla dr. Cina ;) było cudowne towarzystwo. Dzię - ku -je -my kochani, już dawno się tak nie śmiałam!


A to już niedzielny spacer.




Tego Nierozpoznanego poznałam! I od razu zaczęliśmy nadawać na tych samych falach. Pasujemy do siebie, przybrałam nawet idealną pozycję do tańca z panem tajemniczym - stanęłam mu na stopach.




Caliniątko bardzo polubiło ciocię Olę, szczególnie było uśmiechnięte w dzień przyjazdu (ale że aż tak się chłopak interesuje wystrojem wnętrz? Wyraźnie fascynowała go kwestia wyboru płytek do łazienki - mój chłopak! Śmiał się od ucha do ucha) i jak widziało ciocię w poranniku przypominającym misia polarnego (kolejny cudowny ślubny prezent).

A tutaj szykujemy się ze Skoczkiem do porwania. Niestety czujność fotografa nie została uśpiona ani na chwilę i akcja "Przysposobienie" nie zakończyła się sukcesem.

Taaaa, wygodny włochaty dywan u cioci Oli, wygodny :)
Buźka i do zobaczenia przy okazji kolejnej próby przejęcia małego, być może wiosną.

poniedziałek, 19 października 2009

Dwa testy i urodziny mamy

A testowałam nowy aparat fotograficzny i nowe preparaty do scrapbookingu. I jedno i drugie bardzo mi się podoba. A chodziło przede wszystkim o urodziny mamy, dla której tę kartkę zrobiłam :) Wszystkiego naj, naj naj!


wtorek, 13 października 2009

Rewanż

Tym razem ja i Skoczek mogliśmy się odwdzięczyć za gościnę w sierpniu w Gdańsku. Swoją obecnością zaszczyciła nas nasza ulubiona Parka Roku. Jod zafundowaliśmy im w dużej ilości soli (z tego jestem znana), a zamknięte do renowacji Westerplatte zastąpiliśmy gościom Pałacem w Rogalinie zamkniętym na czas remontu. Więc moim zdaniem wyszło sprawiedliwie :] Malowaną Fakturkę znalazłam w piątek rano kiedy czytała gazetkę w swoim ulubionym miejscu. Więc co miałam zrobić - wzięłam czytelniczkę do domu zaniepokojona mocno stanem jej nerek (koziołek nie miał temperatury pokojowej).


A Kaszuba z Cypru spotkaliśmy jak podglądał jakieś laski w kawiarni.

A po zebraniu całej drużyny trochę pozwiedzaliśmy, trochę połaziliśmy, a wieczorami starałyśmy się z Malowaną Fakturką udowodnić wyższość kobiet nad mężczyznami grając w Tabu. Byłyśmy blisko, ale nie byłyśmy w stanie wygrać ze zgarniętym przez facetów 3x pod rząd podwójnym czasem.

Ale najbardziej zadowolona jestem z tego, że udało mi się zakrzewić w Malowanej Fakturce ideę decoupage'u. Oczywiście celowałam w nią niebezpodstawnie. Ta dziewczyna ma dar w rękach! Kto jak kto, ale ona jest do tego stworzona. Mam nadzieję, że nie spocznie na laurach i nie poprzestanie na tym, co zrobiłyśmy we dwójkę na domowych warsztatach. Bo nam się talent zmarnuje...


Do następnego razu, moi drodzy! :)

czwartek, 8 października 2009

Brązowy

Tak go nazwała Złotowłosa Migawka, która przypomniała mi o nim kilka dni temu prosząc o przepis. Sama myśl o nim sprawiła, że poczułam się świadoma własnych ślinianek. No i musiałam go upiec. Uwielbiam ten placek... W oryginale nazywa się oczywiście Brownie i zawsze się udaje. Bo nawet jak się nie uda, bo nie urośnie(a generalnie nie rośnie, taka jego uroda), to i tak jest udany. A piekę go dokładnie według tego przepisu.
Pierwszego dnia zjedliśmy brązowego z sosem malinowym (mrożone maliny podsmażone z brązowym cukrem) i jogurtem (wersja dla tych, którzy nie jedzą na co dzień pączków powinna przewidywać lody waniliowe zamiast jogurtu). A drugiego dnia przestałam oszukiwać własną naturę i zrobiłam idealnie czekoladowy sos z gorzkiej czekolady i polałam nim brązowego :) Oszukuję się, że chodzi głównie o magnez zawarty w czekoladzie.





poniedziałek, 5 października 2009

Półka kuchenna Pierwsza

Mogłam się spodziewać, że jeżeli duża wiejska stara jak świat półka kosztuje 45 zł to coś z nią musi być nie tak. Sprzedający lakonicznie wspomniał w opisie aukcji o "nieaktywnym kołatku" i przezornie nie zamieszczał zdjęć z bliska. Ale kiedy ją zobaczyłam na tej aukcji Allegro... ehhh, to już mi było wszystko obojętne. Była moja i tyle, wystarczyło tylko wygrać aukcję. Ku mojemu zdziwieniu nikt mnie nie przelicytował i tydzień później już byłyśmy razem. Ja i moja wiejska półka z litego antycznego drewna dębowego. Uściskom i łzom nie było końca. A jak już osuszyłam wzruszone oczęta to można powiedzieć, że nagle na nie przejrzałam. No cóż, powiedzieć o niej że ma pewne ubytki po nieaktywnym kołatku to jak powiedzieć o pogodzie w lipcu, że istnieje pewne niewielkie ryzyko, że może popadać nad polskim morzem... Powiedzmy sobie wprost - półka się ledwo trzymała kupy. Szczególnie przednia ozdobna listwa i ostatnia pozioma deska były okrutnie naruszone przez drewnojada. Miejscami drewno było po prostu próchnem, które mogłabym rozdrapać paznokciem.


Ale nic to, zakasałam rękawy, przeniosłam zdobycz do pracowni zwanej również "pokojem kawalerskim", a szerszym kręgom znanej jako klunkiernia. Najsampierw władowałam w dębinę prawie całą puszkę środka owadobójczego, danie główne dla kołatka podano! Na 90% już tam nie mieszkał(bo już powoli kończyło mu się jedzenie), ale jak wiadomo profilaktyka lepsza niż leczenie. Potem wszystkie ubytki uzupełniałam szpachlą drewnianą. Zużyłam 2 opakowania.


Gorzej, że korzystałam ze szpachli białej. Nauczka na całe życie: białej szpachli nie da się zabarwić bejcą (jak ja mogłam w ogóle pomyśleć, że się da!)! A więc co się okazało - półka nie może pozostać w surowym drewnie, bo jest wysmarowna białą szpachlą. A więc musi być na biało. No ale front nie może być biały! I to był pierwszy kryzys , w wyniku którego ciągnęłam półkę w stronę drzwi, aby wyrzucić ją na śmietnik. Przy drzwiach się załamałam, tym że się załamałam. Cofnęłam półkę do klunkierni, postanowiłam walczyć dalej. Zeskrobałam białą szpachlę z frontowej deski, szlifowałam, czyściłam, wydziubywałam z dziurek. Na to miejsce zastosowałam szpachlę w kolorze dębu. Kolor nie chciał się wyrównać i przyszedł krzyzys nr 2. Półka była kolejny raz na wylocie. Ale kiedy po raz drugi ciągnęłam ją w stronę śmietnika, to pomyślałam sobie, że tyle się już napracowałam, że teraz nie mogę jej wyrzucić. Wróciłam, poeksperymentowałam z bejcą, następnie z woskiem. Poziome i boczne deski przemalowałam na biało, a Niebiański dokonał uroczystego zawieszenia. Dzisiaj nie wyobrażam sobie mojej kuchni bez niej. Idealnie nie jest, ale z daleka nie widać :)


Całości dopełniła zrobiona własnoręcznie przez Babunię koronka przetkana różową wstążką.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails