niedziela, 29 listopada 2009

Tajska zupa kokosowa

Pierwszy tydzień po przyjeździe z wakacji jest dość przyjemny. Spędza się go na wspominaniu wakacji, dzieleniu się wrażeniami, oglądaniu zdjęć i rozdawaniu upominków. Potem jest coraz gorzej. Dociera do nas, że kolejne wakacje są tak abstrakcyjne, jak to, że można wyjść z domu w samym krótkim rękawku. Poza tym jest koniec listopada, czyli najgorsze przed nami - marznięcie na przystanku autobusowym, skrobanie samochodu po ciemku nad ranem, wychodzenie z pracy po ciemku, oblodzone drogi, stanie w kolejce do totalizatora i marzenie o domu w Paproci, w którym będzie kominek i jedyną pracą jaką się będzie wykonywać jest toczenie garnków z gliny, w przerwach między planowaniem ogródka na wiosnę i sposobu na zainwestowanie grubych milionów (a dzisiaj mi się śniło, że mieliśmy ze Skoczkiem restaurację w Nowym Tomyślu zbudowaną z bali, a w niej wielki grill @_@).

Dobra, do sedna. Żeby nie oszaleć postanowiłam przywołać kawałek wakacji. Czy macie takie miejsca, do których pojechalibyście tylko po to, aby zjeść coś cudownie pysznego, co tam podają? Jak spróbowałam w restauracji tajskiej Coriander na Bali zupy nazwanej po prostu "tajska zupa z makaronem" to oszalałam. Jadałam ją na wakacjach 2 razy, potem tydzień szukałam suszonych liści limonki, które są koniecznym składnikiem zupy, a potem starałam się zapamiętać skład. Liści limonki nie znalazłam, ale i tak nie wróciłam z podróży z pustymi rękoma (w mojej walizce pokaźne miejsce zajmował m.in. szafran, trawa cytrynowa, mleczko kokosowe, puder waniliowy, naturalna wanilia, kawa luwak, hibiskus, zielona herbata). I dopiero w Polsce udało mi się kupić liście limonki, które okazały się być liśćmi kafiru (zużyłam około 5 szt.).



Oprócz tych liści w skład zupy weszły:
mleczko kokosowe, bulion drobiowy (oba płyny w proporcji 1:1, ale nie pomnę dokładnych ilości, bo dolewałam w miarę potrzeby jednego i drugiego, wyszło pewnie około 700 ml z każdego), trawa cytrynowa (suszona i w zalewie, ze słoiczka - po lewej na zdjęciu wyżej), sos rybny (2 łyżki), pierś z kurczaka pokrojona w paseczki, kiełki soi, sok z 1 limonki, kurkuma, kolendra suszona (niestety, lepsza byłaby świeża), ząbek czosnku, świeży imbir pokrojony w paseczki (niedużo, kilka plasterków), pół papryczki chili (może być mniej, jeżeli nie lubicie pikantnych elementów), sól. Najpierw zagotowałam mleczko z bulionem i składnikami "stałymi". Gotowałam 5 min, następnie dodałam kurczaka i przyprawy i gotowałam około 15 min. A potem jeszcze z 10 min zmieniałam proporcje składników, aby uzyskać pożądany efekt. Na sam koniec wrzuciłam chiński makaron. Zupa powinna być kwaskowa, o silnym aromacie limonki, a kwaśny smak powinien być zrównoważony solą i słonym smakiem sosu rybnego.
W każdym razie nie wyszła idealnie taka sama. Może zabrakło jakiegoś składnika, o jakim nie wspomniano w menu. A może po prostu problemem jest to, że na dworze temp. wynosi 5 stopni, a nie 31 ;) W każdym razie była pyyyyszna. Jak spróbowałam pierwszej łyżki, to miałam wrażenie, że zamieniłam się w Sponge Boba, który odlatuje w krainę kulinarnego szczęścia wbijając zęby w swojego krabby patty with jellyfish jelly. YUMMMM!

piątek, 20 listopada 2009

Podróż poślubna, podróż marzeń

Wróciliśmy. Trochę szkoda, trochę dobrze, trochę się jeszcze nie oswoiliśmy z rzeczywistością. Jeszcze 5 dni temu budził mnie śpiew ptaków, odsłaniałam drewniane rolety i wracałam do łóżka, z którego podziwiałam tropikalny ogród. Naprawdę, w takim miejscu jak Bali można uwierzyć w moc feng shui! Nasza podróż poślubna była wyczekana, wytęskniona i wymarzona! Były romantyczne wieczory z wiatrem od morza, były pocałunki w rajskim ogrodzie, były też moje spalone stopy, Karola spalony nos, flora i fauna niekoniecznie pożądana, było spławikowanie w morzu, leniuchowanie i rejs na rafy. Jednym słowem - chcemy wracać natychmiast!


Pura Luhur Uluwatu w czasie zachodu słońca.


Tarasy ryżowe stykające się z lasami przy górach wulkanicznych.

W ogrodzie orchidei.


Nasza plaża hotelowa.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Uczę się ostrości

I przy okazji daję upust moim estetycznym tęsknotom zdobiąc kuchnię nową roślinką i robiąc zdjęcia. Roślinka trafiła na mój boski ceramiczny zlew (tak duży i głęboki, że jak to powiedział dr Cin, mogę w nim hodować karpie). Wydaje mi się, że jej kolor idealnie odbija się od jasnych kafelków, białego zlewu i gipsowej doniczki. Poza tym ma po prostu idealny kształt, zalotnie wyłania się z doniczki i daje wrażenie niesforności. Przy okazji jej kupna uczyłam się ręcznej nastawy ostrości na nowym aparacie. Umiejętność w sam raz na podróż poślubną, która rozpocznie się już za mniej więcej 12 godzin.

Podpowiem, że na tym zdjęciu ostrość miała iść na małą łodyżkę. Nie jestem pewna, czy wyszło, bo za każdym razem jak to zdjęcie widzę, to chwilę mi zajmuje znalezienie właściwej łodyżki. Co to za roślinka? Nie wiem, ale wiem kto może wiedzieć ;) Lecę kończyć pakowanie i usuwam ze świadomości słowo "przymrozek"! :D Przynajmniej na na 2 tygodnie.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails