Odkąd pamiętam snuję przed Niebiańskim Skoczkiem wizję naszego sielskiego życia w domu na wsi, w którym będę miała pracownię garncarską w starym pomieszczeniu gospodarczym. Co zabawne, nigdy nie miałam do czynienia z kołem garncarskim, ale jednak zawsze się za nim widziałam. Myślę, że ma to związek z moim magicznym miejscem - Grodziskiem - położonym tylko na glinie. Już jako dziecko uwielbiałam się w tej glinie babrać. Babcia uwielbiała glinę jakby mniej, tym bardziej, że gumiaki potrafiły się w niej zapaść do połowy...
Wracając do tematu. Kiedy Zwariowana Wiewiórka oświadczyła mi, że jeżeli nie spędzimy miło jakiegoś weekendu zajmując nasze magiczne dłonie i głowy jakimś twórczym zajęciem, to ona zwariuje, byłam gotowa podpisać się pod wszystkim. I ze wszystkich zajęć na świecie moja Wiewiórka wymyśliła garncarstwo. Nie no, serio - garncarstwo! Chyba nawet ona sama się nie podejrzewała o takie artystyczne zacięcie. Warsztaty szybko znalazła, potem długo mnie przekonywała, że musimy spróbować (jakieś 0,5 sek się wahałam). I dzięki temu spędziłyśmy cudownie twórczą sobotę tarzając się w kleistym błotku.
Na zdjęciu niżej przygotowuję się do boju. Najtrudniejsze przede mną - rozkręcanie koła. Zakwasy miałam następne 2 dni po tej czynności. Potem przygotowujemy bryłę do toczenia. To czynność dla silnych mężczyzn. Nic dziwnego, że oni najczęściej zostają mistrzami garncarstwa.
Byłam tak skupiona, że nawet nie wiem o czym dziewczyny rozmawiały, kiedy ja próbowałam ciągnąć glinę w górę. Skoczek ma zakaz mówienia do mnie zawsze, kiedy coś tworzę. Biedak :)
Pierwsza gliniana miseczka. Jak na mój gust - arcydzieło współczesnego garncarstwa :D
Zwariowanej Wiewiórce zdecydowanie lepiej niż mnie szło rozkręcanie koła. Szczególnie kiedy koło zwalniało w trakcie toczenia i należało drągiem trafić w jedną z 3 dziurek, aby rozkręcić na nowo... Ja dostawałam prawdziwego zawrotu głowy. Co gorsza - Justyna nie narzekała następnego dnia na zakwasy. Moja kondycja jest dramatyczna O_o
To wszystko co robiłyśmy, to nie była tylko zabawa. To było prawie jak magia, wszystkie czynności miały znaczenie, technika była tradycyjna. Czułam się tak, jakbyśmy się cofnęły w czasie... A do tego instruktorzy byli naprawdę wspaniali! Snując opowieści o tradycyjnych garncarzach na Litwie rękoma tworzyli prawdziwe cuda.
Myślę, że udało nam się naprawdę zapomnieć o całym zewnętrznym świecie na te 4 godziny. A więc warsztaty spełniły swoją rolę.
(piękne zdjęcia zawdzięczamy Wiewiórce!)
Wiadomość dla męża: Kochanie, plan aktualny - nadal chcę mieć dom na wsi i własną pracownię garncarską! Glinę będę wozić w bagażniku prosto z pola prababci :)