wtorek, 28 grudnia 2010

Boże Narodzenie 2010 czyli duże i małe radości

 Świąteczny klimat zawdzięczamy literce M jak Manualne Możliwości Mamusi. To ona tak pięknie udekorowała stół, że wszystkim zachciało się jeść. Wigilia przebiegła w uroczym klimacie. Jednak trwała za krótko, minęła za szybko i zdecydowanie za dużo w ten wieczór przytrafiło się dyżurów w służbie narodu (ale czy naród to docenił?). W przyszłym roku dłużej poproszę :)


Ponieważ zwierzęta odgrywają bardzo ważną rolę w czasie Bożego Narodzenia, nasze zwierzę świętowało razem z nami. Niestety mysz nasza postanowiła i tym razem nie przemówić ludzkim głosem. A szkoda, bo planowałam poważną rozmowę na temat nocnego korzystania z karuzeli. Mimo tych drobnych niedogodności, jakie nam funduje, na wymarzony prezent zasłużyła. Oto prezent w powiększeniu (a tak na marginesie -cóż za ciekawy przyrząd znalazłam w trakcie robienia porządków).


A tu Sherman na tropie...

Bingo! Jest mój, cały mój, piękny orzeszek!

Wąsiki z bliska.

Muszę również koniecznie wspomnieć o Niej. Poznała nas ze sobą latem Malowana Fakturka. Ja zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Zupełnie nie zauważyłam jak duże wrażanie wywarła Ona na Skoczku. Byłam tak zaabsorbowana podziwianiem jej zgrabnej sylwetki, cudownie harmonijnych kształtów i całej wręcz uroczej aparycji, że nie zauważyłam, iż Skoczek również jest pod jej urokiem. Kto by pomyślał, że tak jak ja rozważał możliwość wspólnego mieszkania, wspólnego życia z Nią. A potem okazało się, że cechuje ją  nie tylko miła dla oka i urzekająca phisis,  ale że jej umiejętności są naprawdę imponujące biorąc pod uwagę skromne gabaryty. I tak oto kilka miesięcy później znalazłam ją pod choinką. Oto Ona, Lidia:


Mam tylko taki mały problem. Od Gwiazdki nasz domowy krawiecki monopolista jest na permanentnym fochu. Dzisiaj spakował swój tobołek i oświadczył, że się wyprowadza. Nie będzie dzielił przestrzeni życiowej oraz uczuć właścicielki z jakąś nową przybłędą. No panie Bosh, po tej akcji chyba nie spodziewał się pan, że moje uczucia będą trwały wiecznie...


Moje uczucia krawieckie ulokowałam tym razem w kimś dużo bardziej godnym zaufania. Lidia i ja rozpoczynamy przygodę od uszycia wspólnie nowych firan, a potem to już kto wie, co będzie jak się rozkręcimy. Mimo pewnych podstaw, które posiadam, to jednak skromna ze mnie dziewczyna, więc na jakiś kurs krawiecki na pewno się zapiszę. Chociaż muszę przyznać, że wierzę w moje powołanie do szycia, bo z igłą jestem zaprzyjaźniona od najmłodszych lat (w odróżnienia od szydełka), a i Babunia była samoukiem. Więc na pewno wspólnie damy radę, co może potwierdzić moja pierwsza maszyna do szycia ubranek dla lalek ś.p. Gabriela (wiedziałam, że nie należało zdradzać maszyn o kobiecych imionach!). Niechaj me igły się nie łamią, a materiał się nie pruje. Do boju ;)


ps. Oddam w dobre ręce (chociaż w sumie ręce umiarkowanie dobre będą też dobre, a w zasadzie w każde ręce oddam) wspaniały twór maszynopodobny. Posiada niesamowite kompaktowe kształty, zmieści się nawet do walizki, jeżeli nie będziesz potrafiła się z nim rozstać i postanowisz wziąć go na wakacje! Pozbawiony jest tych wszystkich komplikujących życie bajerów typu "ścieg zygzakowy". Ktoś w końcu pomyślał, o tym, że są ludzie, którzy porostu chcą szyć prosto, a nie wydziwiać. No właśnie... szycie. Ta maszyna ma swoją własną osobowość, nie jest jedną z tych maszyn bez charakteru i osobowości, które szyją jak im każesz. Twój nowy Bosh czasami może nie mieć ochoty na szycie. Dlatego też gwarancji rozruchowej nie udzielam. Udzielam za to błogosławieństwa osobie o anielskiej cierpliwości lub wrażliwej na krzywdę odrzuconych maszyn duszy, która  będzie chciała ją przygarnąć. Oferty przyjmuję w każdej formie. Wysyłam na swój własny koszt. Jedyne co mogę o niej powiedzieć pozytywnego: dziaa ( że tak sobie pozwolę zaciągnąć). A jak działa, to już jest zupełnie inna historia ;)

niedziela, 19 grudnia 2010

Klimat świąteczny...

...sprawiła tabliczka od Mamusi Akacji, lalunia od Michelle, lampki gwiazdki, wieniec na szafie, dużo świec i...


... no wiadomo, prezenty! Uwielbiam je kupować (klucz do sukcesu i zdrowia psychicznego: internet!), pakować, dawać i patrzeć jak się wszyscy cieszą. Co prawda mamuśka co roku w okolicach listopada wygłasza to samo krótkie expose: "W tym roku nie szalejemy z prezentami!", po czym w szalonym natchnieniu rzuca się na główkę w wir polowania i gromadzenia tychże. Więc ten komunikat należy odczytywać jako świąteczny folklor, rzecz tak ważną w okolicach okołobożonarodzeniowych jak "Last Christmas" Georga Micheala. Człowiek słuchać tego nie chce, ale jakby w radiu nie puścili, to w nasze serca wdałby się pewien niepokój. Tak samo jest właśnie z komunikatem mamy. Więc się nie przejmujemy, bo prezenty kochamy :) Tutaj moje łupy sfotografowane zaraz po spakowaniu oczekujące transportu pod choinkę.


A to jeden z prezentów, a raczej opakowanie do niego. Nie zdradzę dla kogo oczywiście, ale jak można się domyślić, prezent zmieścił się do środka :) Do zrobienia kartki wykorzystałam stempel królika z Alicji w Krainie Czarów zakupiony w Londynie. Jest piękny, it's beautiful! ;) Anglicy to się znają na Alicji. Żałuję, że nie kupiłam całego kompletu, ale cóż... ceny w funtach potrafią powalić na kolana. A jak kiedyś będę miała maszynę do szycia, to i ścieg będzie prosty!


Miłego oczekiwania :)

piątek, 10 grudnia 2010

Jadalnia

Nie, nie posiadam takich luksusów ;) No to chociaż tabliczkę sobie sprawiłam. W pobliżu stołu kuchennego, który kącikiem jadalnym jest co dzień, więc uznajmy luźno, że się zgadza. Staroć to oczywiście starannie wyszukany. A w dzbanie hortensje od Mamusi Akacji i ususzone słoneczniki.


Moja miłość do emalii i porcelanowych gadżetów jest naprawdę niezmierzona. A kuchnia to moje oczko w głowie. Tak się cieszę, że nie jest zamknięta i mogę ją oglądać z kanapy w dużym pokoju. To jakieś zboczenie :D



Skoczkowi dziękujemy za to, że się po 3 tygodniach proszenia zlitował nad tabliczką i w końcu mi ją zawiesił. Muszę się nauczyć korzystania z wiertarki. Chociaż z drugiej strony... może jednak lepiej, żebym nie wiedziała jak z niej korzystać ;)

wtorek, 7 grudnia 2010

Zima zaczęła się 1 grudnia

I prawie nam balkon urwała :D

 

Pozdrowienia ze strefy klimatu umiarkowanego dotkniętego efektem cieplarnianym ;)

niedziela, 5 grudnia 2010

Wspomnienie dziewiąte

O prababci i o pracy (niedzielne popołudnie, a ja już myślami jestem przy poniedziałku ;)). Ale nie, nie o takiej pracy, do której się przychodzi na 8:00 i wychodzi o 16:00, a resztę dnia spędza się w ciepłym domku. Nie o takiej pracy, którą wydaje nam się że wykonujemy w domu. Załadowując i rozładowując zmywarkę, wieszając pranie, albo nawet czasami je prasując. Będzie o takiej pracy, którą skromnie pracą się nawet nie nazywało. To było po prostu życie mojej prababci. Każdego dnia każdej pory roku - pobudka o 6:00. Zwierzęta gospodarskie nie znają pojęcia "weekend". Zresztą moja prababcia też go nie znała, więc było im wszystkim lżej. Toaleta? Jest na dworze, o ile na pewno chcę to nazwać toaletą... Jest też temperatura -20 stopni i trzeba sobie do tej toalety wykopać tunel. No trudno, trzeba po prostu. A kiedy wstaje się rano w styczniu to w domu jest naprawdę zimno... mały piecyk wygasł przez noc, na pierzynie szron. Malutkie okienka wpuszczają do środka zimno. Trzeba napalić pod kuchnią. Miejmy nadzieję, że z poprzedniego dnia pozostało trochę drewna i węgla, bo inaczej trzeba będzie iść do szopy. Zanim człowiek napił się herbaty,  musiał wykonać sto czynności. A potem ta praca, a raczej życie. Oprzątnąć zwierzęta, zadbać o dom, przygotować obiad, zrobić pranie (do dyspozycji tylko "frania"). Do końca lat '80 nosiło się wodę ze studni... sąsiada. W naszej studni nie było wody odkąd sięgam pamięcią. I tak moja prababcia przepracowała swoje życie i nigdy nie wypowiedziała słowa skargi.
Stare dzieje opisałam wyżej. Ale to wszystko zapamiętałam lub znam z opowieści i będę opowiadać moim dzieciom, bo mimo że sama całe życie spędziłam w bloku z centralnym ogrzewaniem, to nie zapomnę... Latem było łatwiej i ciężej zarazem. Z jednej strony łatwiejsze i piękniejsze dni. Z drugiej żniwa, ogrom pracy. A ja byłam tylko dzieckiem na wakacjach. A moja babcia była aniołem.


Dzisiaj 15-latki rozpuszczone do granic możliwości obrażają się, jeżeli nie pozwoli im się iść do centrum handlowego powłóczyć się do 21:00. Moja prababcia w wieku 15 lat dźwigała worki ze zbożem. Czasami jak widzę te nastolatki w marketach, to myślę o babci i chętnie bym tym wymalowanym pannicom wrzuciła na plecy kilka kilogramów w ramach prostowania kręgosłupa moralnego ;)

Dopiero na zdjęciu zauważyłam, że zapomniałam dodać kilku ogonków i kreseczek do mojej niepolskiej czcionki. Poprawię, poprawię. Przyznaję też, że poezję czytam, a najpiękniejsze fragmenty zapisuję, aby móc je cytować. Nic lepiej nie oddaje tego, co czasami się czuje i co chciałoby się wypowiedzieć. Nie będę udawała poetki, wolę wiersze zapamiętywać. Jak Malowana Fakturka :) A to piękny fragment wiersza Jana Twardowskiego, jakby do babci skierowany, bo te dni jej - podobne do siebie jak krople czystej wody - wydawały się nieskończone. Chyba miałam nadzieję, że będą nieskończone.

Pachnie ze wsi kwitnącym jaśminem
Złote zboże wśród pola się śni
Kto cię zbudził, kim jesteś, gdzie płyniesz
W nieskończoność wieczorów i dni

A to wnętrze karneciku, w którym znajdzie się konkretne wspomnienie, jedno z setek jakie pielęgnuję w pamięci. Jest wzruszające, będzie tylko dla mnie.


Tu jest listopadowe wspomnienie Michelle na nasze wspólne wyzwanie. A na koniec jeszcze oryginał zdjęcia, które wykorzystałam. Na pamiątkę i żeby nie zaginęło. Ciekawostką jest to, że zostało ono zrobione w czasach, kiedy w Polsce używało się najwyżej Zenitów i czarno-białych klisz. Zdjęcie wykonane  zostało pod koniec lat '70 przez kuzyna z Francji (jakże egzotyczna musiała to być podróż...).

Babcia Marysia z sąsiadką koło bramy do naszego domu (którego już nie ma, tak jak nie ma tego płotu drewnianego, tej stodoły w tle, mojej prababci...).

Materiały: papiery 7gypsies, "oliwkowy debiut" od eight, i po raz pierwszy użyłam wyszukanego w Londynie stempla z tekstem a'la stara encyklopedia. Jest boski :) Reszta to pełen odzysk.

wtorek, 30 listopada 2010

Waniliowa ryba

Przepis pochodzi z książki kucharskiej Pascala Brodnickiego "Po prostu gotuj". Jest na tyle fajny i prosty, że warty rozpropagowania. Książkę otrzymał w prezencie mój brat zdradzający wiele talentów (głównie zręcznościowo-manualne i czasożerne), a w tym talenty kulinarne. Ale żeby nie dawać mu kota w worku, kilka przepisów wypróbowałam :] Mam nadzieję, że Michała ta książka również inspiruje.  Ta rybka jest naprawdę pyszna, soczysta i bardzo aromatyczna.


Oto prosty przepis. Potrzebne nam są:
- 2-4 filety rybne (ale mogą również być to całe ryby, np. pstrągi, wszystko wg uznania, byle były to ryby o ładnym, miękkim mięsie. Nie polecam mintaja mrożonego w bryle lodu)
- kilka listków masła
- 1-2 laski wanilii (znowu zależy od liczby i wielkości filetów)
- pomarańcza (jedna powinna wystarczyć, ale jeżeli robimy dużo ryby, to może być więcej).

Masło wyciągamy z lodówki, aby było w miarę miękkie. Potrzebny nam będzie 1 średni listek masła na 1 filet, a więc odmierzamy odpowiednią ilość. Laski wanilii rozkrawamy, a następnie czarny miąższ wanilii wyskrobujemy ze środka i mieszamy z masłem. Masełko waniliowe gotowe. Następnie filetujemy pomarańczę, ponieważ musimy mieć ją bez skórki ( w skrócie: obieramy pomarańczę jak jabłko, tak aby pozbawić ją zarówno zewnętrznej skóry, jak również białej skórki. Kiedy już trzymamy w rękach ociekającą sokiem "samą pomarańczę", wówczas wykrawamy fileciki  spomiędzy białych błonek. Najtrudniejsze w tej czynności jest dla mnie zdobycie ostrego noża :D)
Filety solimy i pieprzymy, a następnie układamy na folii aluminiowej, z której będziemy robić za chwilę szczelne kieszonki. Na filet kładziemy listek masła waniliowego oraz 2-3 fileciki pomarańczy (ilość pomarańczy wg uznania). Możemy też dorzucić opróżnione laski wanilii - dodadzą aromatu. Ryby zawijamy w szczelne kieszonki i wkładamy do piekarnika rozgrzanego do ok 190 st. Pieczemy tak długo, aż kieszonki zaczną puchnąć od ilości pary z środku. Wtedy  ryby powinny być gotowe. Rybka jest najpyszniejsza z jaśminowym ryżem "pachnącym" (wierzycie czy nie, ale to  nazwa jednego z moich ulubionych typów ryżu) lub ryżem basmanti (wymaga to trochę zachodu, ale w innym sklepie niż Kuchnie Świata ryżu nie kupujemy). Jedzenie tego z ryżem z foliowych worków to dyshonor dla rybki ;)

środa, 24 listopada 2010

Gramofon

Kocham rzeczy, które kochałam w dzieciństwie. Może poza bieganiem po mrozie. A w dzieciństwie uwielbiałam bajki z płyt winylowych. A więc w miesiącu z tzw.  "luźną kasą" dokonaliśmy tego wiekopomnego zakupu. W zasadzie dokonujemy bardzo wielu zakupów przedmiotów, które kiedyś posiadaliśmy i które zostały porzucone na zatracenie lata temu. Żebym ja wtedy miała zdolność przewidywania i potrafiła oszacować ile wydam  na rzeczy, które kiedyś po prostu mieliśmy... Ale nie zagłębiajmy się w ten temat, bo się smutno zrobi. W każdym razie gramofon już jest, a kolekcja bajek powoli się odbudowuje.  Kwiatki z Kwiateczkowa były moim pierwszym zakupem, bo słuchałam tej bajki namiętnie w dzieciństwie (ale powiedzmy sobie szczerze, znalezienie tej płyty nie było wyczynem, bo analiza rynku wykazała, że ta bajka miała chyba największy nakład w tamtych czasach). Jadłam przy tym Visolvit prosto z tytki* :D Dzisiaj powiedzmy, że potrafię się powstrzymać. Oprócz tego nabyłam też cudowną kompilację piosenek paryskich (wydanie podwójne ze starą mapą Paryża i jedyne oryginalne płyty Philipsa w kolekcji!) i Hankę Ordonównę, o którą musiałam strasznie walczyć na aukcji. Ne me quitte pas rozbrzmiewa co kilka dni w całym mieszkaniu w  czasie gotowania. Ach triste, triste... cud, że przy takim akompaniamencie nie przesalam zup (łzami swojemi co najwyżej, gdyż na szczęście nie pocę się jak Jacques Brel w tym teledysku). Skoczek po cichu przemyca jakieś swoje dziwactwa i kolekcja wzbogaciła się np. o brit-pop sprzed 30 lat.  No i chwała teściowej, bo jako rasowy chomik i posiadaczka dużego mieszkania z zakamarkami, nie wyrzuciła wszystkich swoich płyt. No i proszę, stałam się posiadaczką nieużywanej płyty Ewy Demarczyk z lat 70'! I coś dla obojga: dużo polskiego rocka z  lat 70' i 80'. Tak więc dla każdego coś miłego :)


PS. Oczywiście, żeby równowaga w przyrodzie została zachowana, to kiedy pojawił się gramofon jako zwieńczenie naszego pięknego starego Technicsa, to zepsuł się odtwarzacz CD. Jak w życiu ;)

PS.2 Kwiatki (nie z Kawiateczkowa) dostałam bez okazji. Nie, nie od męża, bez jaj ;P Od teściowej, która cały czas podejrzewana jest o romans z kwiaciarzem. Na razie zaprzecza, ale będziemy cisnąć!

* świadome użycie dialektu (info dla wrażliwych językowo ;) )

niedziela, 21 listopada 2010

Wspomnienie jagodowe

A było to tak... żeby nie bać się trzasku gałęzi, żeby nie słyszeć szeptów w paprociach, żeby nie widzieć Skradającego się za każdym drzewem, babcie moje znalazły sobie towarzysza wycieczek po lesie. Babcia Zdzisia zabierała 4-letnią Akację na grzyby, a babcia Stasia zabierała 6-letnią Akację na jagody. Moje zadanie nie było ambitne - miałam być i być dzieckiem. Dzięki temu nic złego nie czaiło się w głuszy. Nic tak nie odstrasza skrytobójców i dzikich zwierząt, jak siedząca w jagodzinach i podśpiewująca dziewczynka w wieku przedszkolnym. Wypady uznaję jednak za cenne, bo dodatkowo dostawałam lekcję orientacji w terenie. Babcia Stasia robiła bowiem taki numer, że okręcała mnie kilka razy dookoła własnej osi, nakazując uprzednio zamknięcie oczu. Kiedy przestawałam się kręcić, pytała "Którędy do domu?". Jam to, nie chwaląc się, wiedziała ;) A dzisiaj, no cóż, najchętniej w lesie bym zamieszkała. No i co mi zrobiłyście, kochane babcie? Jak ja mam teraz żyć w (niechaj słowo to będzie przeklęte) dużym mieście?! Ja chcę mieszkać tam, gdzie do lasu są dwa kroki. I będę, przyrzekam to sobie i Niebiańskiemu. 

Do wspomnienia się naprawdę przyłożyłam. Krzaczki czarnej borówki zebraliśmy z Niebiańskim na spacerze po Glińskich Górach. Co prawda mąż poczynił pewien zamach na ich suszenie. Bo zawsze do łóżka musi wziąć tę książkę, w której ja suszę roślinki. To jakiś radar na suszki, czy co? No i potem zbieram z prześcieradła Bardzo-Ważne (Nie,Nie możesz wyrzucić przez balkon!)-Piękne-(Tak, Piękne!Nie znasz się ) roślinki!!!. No dobra, w sumie nie ja zbierałam z prześcieradła, tylko ten który je wysypał. A miesiąc później odwieczne pytanie "Do której książki wsadziłeś jagodziny?" Ta męka na twarzy... nie do odtworzenia za pomocą klawiatury :D


A co do wspomnienia, to wybacz Michelle opóźnienie (na Twój wpis warto było poczekać). Ale czuję się rozgrzeszona w sumie, ponieważ obie w listopadzie luźno podeszłyśmy do naszych terminów. No i na koniec muszę jeszcze napisać, że bardzo mnie uszczęśliwił ten wpis, bo po pierwsze czuję, że udało mi się w tej pracy osiągnąć atmosferę, która spowija to wspomnienie. A po drugie kocham to zdjęcie babci, bo na jego podstawie młodzi studenci medycyny mogliby się uczyć przedmiotu o nazwie genetyka. Gdyby babci zakryć włosy i sukienkę, to na zdjęciu pojawia się kto? Zagadka najwyższego stopnia trudności, szczególnie dla wszystkich, którzy znają moich rodziców ;)

poniedziałek, 8 listopada 2010

Szafa staruszka zasługuje na post

Bo jest moją wymarzoną, bo jest moją wyszukaną, wyczekaną, wywalczoną. Bo marzyłam o niej od czasu kiedy skończyłam jakieś 13 lat i pierwszy raz odwiedziłam moją przyjaciółkę Księżycową Czarodziejkę w jej domu. Okazało się że tata Czarodziejki, również Rak w zodiaku, posiada cechę, która u mnie dopiero kiełkowała - miłość do antycznych mebli i starych przedmiotów. Tak więc podziwiałam antyki w tym domu przy każdej wizycie, a było co podziwiać, bo z upływem lat przybywało ich coraz więcej. Aż pewnego roku zasłużyły na wyeksponowanie w pięknym saloniku na parterze. Do dzisiaj wszystkie te meble w duchu podziwiam :)

 Witaj w moim domu...
Kiedy kupiliśmy mieszkanie i zobaczyłam tą idealną wnękę pod szafę na wymiar z przesuwnymi drzwiami, już wiedziałam - żadna szafa na wymiar tu nigdy nie stanie. A na pewno nie dopóki ja tu będę mieszkała. Tu będzie SZAFA. No i się rozpoczęła faza polowania. Wszystkie znane mi sklepy z antykami zaliczyłam w pierwszej kolejności i nie znalazłam nic. A chciałam wyjść poza swoje przyzwyczajenia i choć raz kupić coś "poza Allegro". No i nie da się! ;) Przeprosiłam się więc szybko z opcją subskrypcji. Aukcje z szafami spływały więc codziennie na moją skrzynkę ( z szafami? z szafami, półkami, stołami, krzesłami, ławami, komodami  - jestem uzależniona od oglądania nowości w kategorii do dzisiaj! Aktualnie znowu poluję ;) Czasami jednak wejście na aukcję o 8:00 rano okazywało się spóźnione... Jeżeli meble były w opcji KT i w atrakcyjnej cenie, znikały jak świeże bułeczki. Ale pewnego dnia pojawiła się Ona i kilka minut później już była moja. Kliknięcie opcji Kup Teraz było naprawdę ekscytujące! Cieszyłam się ogromnie i na następne 2 dni przemieniłam się w jedno wielkie oczekiwanie. Szafę przywiózł nam jej renowator we własnej osobie. Pomógł ją wnieść, złożyć i pobłogosławić na dalszą drogę z nowymi właścicielami. Na początku stała w jasnej wnęce, która wymagała szerszej koncepcji...


Koncepcja pojawiła się wkrótce po obejrzeniu 6 katalogów z tapetami. W międzyczasie odrzuciłam 2 puszki jasnoniebieskiej i turkusowej farby, bo takie pomysły też miałam. Dzisiaj wydają mi się kosmiczne, a farba trafiła do małego pokoju i ma się tam świetnie. Tak  naprawdę wnękę wytapetowałam osobiście, ale niech będzie, że Skoczek również ma jakieś zasługi ;)


No i tak wygląda moja ślicznotka. Wiek: 118 lat. W czasie swojego długiego żywota utraciła lustro w środkowych drzwiach, a ja do dziś nie mogę się zdecydować, czy je tam wstawić. Niestety lepszych zdjęć jej się nie da zrobić, bo po prostu nie mogę się wystarczająco oddalić, żeby objąć całość. Może w jakiś słoneczny dzień uda się zrobić jakieś zdjęcie całego przedpokoju (w taki dzień jak dziś jest tu po prostu za ciemno, a sztuczne światło zakłamuje kolory). Oby kołatek trzymał się od ciebie z daleka staruszko, a wnętrze twoje niezmiennie pachniało drewnem!

sobota, 6 listopada 2010

Późna jesień, piękna jesień

Długo nic nie pisałam. Nie dlatego, że nie było o czym - wręcz przeciwnie, działo się tyle, że siadanie przed komputerem było ostatnie na liście "to do". Gdybym miała to wszystko opisać, musiałabym najpierw załatwić sobie profilaktyczne opatrunki na palce, żeby mi nie odpadły od uderzania w klawiaturę. Ale może nadrobię to w przyszłości. Może na pewno :) Poza tym szkoda marnować czas przed komputerem, kiedy na dworze  jest tak pięknie*. Weekend Święta Zmarłych spędziliśmy relaksując się u rodziców. Pogoda była po prostu wymarzona!

Parki w Nowym Tomyślu


* aktualizacja meteorologiczna: BYŁO pięknie, było - czas przeszły. Obecnie leje, jest ciemno i zimno. Ale dzięki temu można bezkarnie wgramolić się do łóżka o 21 ;)


I na koniec coś pozytywnego: dwudniowa migrena przeszła i  rozpoczynam sezon craftowy, bo mam kilka zaległych projektów do wykonania. No a przedwczoraj doszedł do mnie magiczny przedmiot zwany trymerem, na który zawsze było mi żal pieniędzy, a bez którego męczyłam się od dawna. A więc jest i będzie używany jeszcze dziś! Do boju :)

sobota, 16 października 2010

Miś dla małego królika

Olusiowi z okazji Chrzcin :)


Do końca nie byłam pewna, czy kolory przeze mnie wybrane stworzą harmonijne cieniowanie i nie są zbyt kontrastowe. W oryginale miś był bardziej w kolorach miodowych. Ale ostatecznie uznałam, że cała rodzinka gustuje w brązach, więc jestem zadowolona :) Nic tak nie relaksuje jak haft krzyżykowy! A wzór z mojego ulubionego magazynu "The world of cross stitching".

niedziela, 10 października 2010

Introducing: koty!

Hmmm, co by tu mądrego napisać... może po prostu: mamy koty. Nie jednego, dwa. Nie wiem do końca jak to się stało, miał być jeden. Ale jakoś tak od miauknięcia do miauknięcia - wyszły nam dwa. Jak w "12 pracach Asterixa" : Nie należy rozdzielać rodziny


No więc mapety szaleją. Jest Mimi, tutaj śpiąca na moim ramieniu:


I jest (uwaga, bo wybór imienia zajął tydzień) Rudy, który właśnie wskoczył mi na klawiaturę. Oto wiadomość od niego: "C3FFFFFFFFFFFFFFGW".

Większość czasu zajmuje im zabawa "Zaczaję się w koszyku, a potem wskoczę z zaskoczenia na siostrę i odgryzę jej ucho",  więc napawajmy się tymi pięknymi chwilami ;)


Co pozytywne, futrzaki potrafią wyjątkowo głośno mruczeć, uwielbiają zasypiać na naszych kolanach, a po przebudzeniu  zbiera im się na czułości, które polegają na lizaniu nas po twarzy, mruczeniu do ucha i ugniataniu podłoża. Czekają na nas zawsze przy drzwiach, a przywitanie odbywa się rytualnie i składa się z  głaskania, pogaduszek na temat "Jak można w takim tempie zapełniać kuwetę?" oraz drapania po małych łebkach. Potem możemy przejść do zwykłych czynności dnia codziennego.


Oficjalnie zaczęłam wierzyć w historię "To nie ja licytowałem, to mój kot!" ;) Bez odbioru, uciekam, bo pisanie na klawiaturze trzymając laptopa na kolanach to ogromne wyzwanie w trakcie Catmageddonu!

wtorek, 5 października 2010

Pożegnanie z niunią

Nasz pierwszy wspólny samochód, nasza podpora, nasze wspólnie uciułane pieniądze... kupiony częściowo za pożyczkę od taty. Nasza niunia :) Nasze przeprowadzki, walizki, meble, karnisze, farby i całe urządzanie mieszkania... Karola nauka jazdy i parkowania na os. Batorego w Nowym Tomyślu. Nasze wycieczki na wybrzeże, cotygodniowe zakupy, codzienne żmudne dojazdy do pracy. Awaria pompy wodnej, awaria pompy sprzęgła - nie zastały nas w lesie. Samochodzik dokulał się za każdym razem do mechanika i padał na jego parkingu. Spadek po niemieckich emerytach, nasza duma jako właścicieli klasycznego samochodu. Nasze codzienne zmaganie się z życiem, wiosną, latem, jesienią, koszmarną zimą... zawsze z niunią. W końcu nasze ostatnie wakacje - setki kilometrów zrobione na Warmii z przyjaciółmi w środku. 


Żal serce ściska, kiedy myślę, że oddajemy ją komuś innemu... Skończyła się nasza wspólna podróż, już nie siądziemy więcej za jej kółkiem. To tylko samochód. Niby tylko samochód, a rozstanie naprawdę nie jest łatwe. A może to nie tylko samochód, tylko część naszego życia i ostatnich 4 wspólnych lat.  Robię się sentymentalna i aż dusi mnie w gardle kiedy to piszę (to straszna głupota!). Ale podróż naszą musimy kontynuować już innym samochodem. Też kiedyś będzie mi żal go sprzedać. Chciałabym napisać wujkowi, żeby dbał o naszą niunię, ale przecież wiem, że tak jak my dbaliśmy, to już nikt nie będzie.


Na pamiątkę zrobiliśmy tę sesję i zawsze będziemy dumni z naszego klasycznego czerwonego Audi 80, rocznik 1991.

Na ostatnich zdjęciach oczywiście pani Fotograf :)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails