niedziela, 31 stycznia 2010

Hara bahra kebab

Upał, 40 stopni, ale temperatura spada z każdą minutą, bo już po 18:00 i zapada zmrok. Spadnie do 30 stopni, ale nadal w powietrzu będzie wilgotno. Zieleń egzotycznych drzew jest taka soczysta! Wszędzie słychać śpiew  ptaków, gdzieniegdzie pojawia się nietoperz. Po ulicy jeżdżą prawie wyłącznie motocykle, na jednym potrafi zmieścić się 4 osobowa rodzina. Idziemy na kolację. Bali należy do Indonezji, ale liczba turystów odwiedzających wyspę pobudziła tu różnorodność kulinarną. Mijamy kilka barów i restauracji Indonezyjskich, japońską, chińską, tajską (moją ulubioną) i idziemy do indyjskiej (ulubiona Skoczka). Na ulicy już pachnie pastą curry i papryczkami chilli. Na ścianie ogromne tandetne malowidło zakochanej hinduskiej pary. Trudno odróżnić kto w parze jest kobietą, a kto mężczyzną. Barman leży na krzesełku i ogląda bollywoodzki film na małym podwieszonym pod sufitem telewizorku. Nad stołami lampiony z kolorowych szkiełek, krzesła obite czarną skórą, po ścianach biegają jaszczurki. Jest gorąco, jesteśmy głodni i pierwsi w restauracji. Australijczycy pojawiają się dopiero po 19:00. Przy wejściu zgrabnym ruchem omijamy pozostawioną na chodniku ofiarę z ryżu i kwiatów nagietka. Młodziutka i malutka kelnerka wita nas złożonymi w mudrę pokory dłońmi. Kłaniam się jej i wybieram stoliczek przy kolorowej zasłonce, która oddziela nas symbolicznie od chodnika  balijskiej ulicy. 

Kuchnia indyjska okazała się ulubioną kuchnią Niebiańskiego Skoczka, a i mnie ogromnie zasmakowała. Wiele bym oddała za maladi koftę w tej balijskiej wersji z szafranowym ryżem. A na deser mleczne lody z pistacjami i syropem. I jeszcze bannowy napój lassy, tak pyszny i sycący, że mógłby spełniać funkcję deseru.  Najwspanialszą przystawką był hara bahra kebab (nie wiem czy to jakaś oficjalna nazwa, czy wariacja na temat stosowana w tej restauracyjce). To to danie próbowałam odtworzyć w Polsce. Składników jest ogrom. 



 Trzy główne stosowane przeze mnie w równych proporcjach to: ziemniaki (najlepiej z poprzedniego dnia, a jeszcze lepiej, aby były gotowane w mundurkach), groszek i szpinak. Poza tym: dużo czosnku, imbir świeży i mielony, chili suszone i świeże, curry w proszku, kolendra, mąka, jajko, sól, pieprz. Składników dodatkowych nie można żałować, bo 3 główne są same w sobie mało wyraziste. A hara bahra kebab był pikantny i wyrazisty. Oczywiście to była moja wariacja na ten temat, podejrzewam, że oryginalny przepis istnieje w wielu wersjach. Hara kebab jedliśmy w indyjskiej restauracji z chutneyem mango oraz sosem szpinakowym. Nie chciało mi się mielić szpinaku w blenderze, a tak właśnie wyglądał ten sos w restauracji. Zrobiłam więc swoją kwaskową wersję z greckim jogurtem. Wyszło naprawdę nieźle, brakowało mi jednak jaszczurek, upału i blackoutu w wiosce, po wyjściu z restauracji...




środa, 27 stycznia 2010

Malowanie na jedwabiu

Co za dramatycznie spóźniony post. Szydełkowa Czarodziejka już wieki temu opisała naszą twórczą niedzielę. A ja nie miałam kiedy usiąść do komputera... W międzyczasie było dużo chodzenia do pracy i bardzo udana wizyta Mruczącej Fotografki na weekend (fotki znad jeziora poproszę!).
 A to efekt fantastycznych warsztatów z malowania na jedwabiu, które wylicytowałyśmy w aukcji charytatywnej. Serdeczne podziękowania dla organizatorki Asi i moich koleżanek z klasy. Było super, kombinuję co by tu zrobić, aby wejść bezboleśnie w posiadanie farb do malowania na jedwabiu.






I efekt końcowy:



niedziela, 17 stycznia 2010

Introducing: chomik!

Niespodzianka, mamy chomika :)
Może pozwolę sobie nakreślić moją krótką, acz burzliwą, historię styczności z domowymi gryzoniami. Kiedy byłam małą dziewczynką, lat ok. 4-5, babcia moja Zdzisława zrobiła nam niespodziankę: przyniosła nam świnkę morską. Niespodzianką tą wywołała u mamy skok ciśnienia znacznie powyżej normy i utratę kilkuset płytek miażdżycowych. My jednak nie zraziliśmy się entuzjastyczną reakcją rodzicielki i radośnie przywitaliśmy świnkę w domu. Przywitanie nastąpiło poprzez oddanie przez świnkę moczu wprost na moje urocze rajstopki. To wywołało u mamy kolejny niekontrolowany skok ciśnienia. Po wygłoszeniu kilku komentarzy na temat tego, jaką nieskończoną radością dla nas będzie posiadanie świnki, postanowiła dać jej jednak szansę. Szansę świnka natychmiast zmarnowała włażąc za kanapę i nie dając się wydobyć ani prośbą ani groźbą, w związku z czym otrzymała nakaz eksmisji w trybie natychmiastowym. Nie miała nawet czasu się spakować. Było trochę krzyku, trochę płaczu, ale ostatecznie jakoś się z bratem pogodziliśmy z jej wyprowadzką. Ostatecznie Mamusia Akacji miała dość innych problemów na głowie i futerkowe mogły naprawdę doprowadzić do przebrania miarki. Świnka wylądowała na wygnaniu u babci. Otrzymała własną miskę i miała żyć długo i szczęśliwie, niestety ta świnka naprawdę miała pecha. Nie wiem, czy to w wyniku depresji związanej z tą eksmisją na bruk, czy to jakaś inna forma okazywania rozpaczy... niedługo potem wydostała się z miski i przegryzła kabel od maszyny do szycia. Podejrzewamy samobójstwo. Na swoje nieszczęście jakieś 20 lat później dowiedziałam się, że gryzonie w wyniku takich zdarzeń niekoniecznie umierają, czasami się tylko hibernują... Czy ta historia mogłaby być jeszcze bardziej tragiczna?
W każdym razie na tym skończyłam swoją  pasjonującą przygodę z gryzoniami na wiele lat (myślałam w sumie, że na zawsze). Miałam nadzieję, że Niebiańskiemu Skoczkowi wystarczy do szczęścia przyklejanie się do szyby sklepów zoologicznych w obstawie 3-latków. Próbowałam nawet ignorować smutne "A Judyta może mieć chomika...", które usłyszałam po Sylwestrze tego roku. No ale nie mogłam być głucha na potrzeby chomiczka przeznaczonego do adopcji, tym bardziej w obliczu pogarszającego się morale mojego współtowarzysza życia. Widząc, że jest on coraz bardziej przygnębiony obowiązkami - postanowiłam: ADOPTUJEMY TEGO CHOMIKA! No i jest :)
Okazało się, że od 2 dni jestem na drugim miejscu najfajniejszych postaci w domu, plasuję się zaraz po chomiku! Oto on, nie dostał niestety na imię Adela Blackhawk, jak przewidywałyśmy z Szydełkową Czarodziejką. Dostał na imię  Sherman. A myślałam, że to takie ładne imię bez negatywnych konotacji. Niestety, oznacza coś mało chomiczego.
Aaaa! I jeszcze chciałabym podziękować Słonecznikowej Fantazji za potajemne podrzucenie chomika na wycieraczkę. Niebiański myślał, że ktoś nam podrzucił dziecko. Było wesoło ;)



 

 


Bardzo dziękujemy rodzinie, która oddała nam chomiczka. Widać, że bardzo dobrze się nią opiekowała. Sherman jest naprawdę zadbany i wygląda na bardzo zadowolonego z życia. Nowy właściciel będzie się nim naprawdę sumiennie opiekował (a właścicielka będzie kibicować). Pozdrawiamy!

czwartek, 14 stycznia 2010

Najpiękniejsze odcienie zieleni

Do zrobienia tego zestawu zainspirowały mnie przepiękne kolory szkła weneckiego, które udało mi się kupić na Allegro. Nie żeby znalezienie koralików na Allegro stanowiło wielki wyczyn... Ale ostatnimi czasy znalezienie czegoś pięknego wśród tysięcy koralikowych aukcji jest problematyczne. No ale jeżeli ja czegoś nie znajdę na Allegro, oznacza to, że to po prostu nie istnieje ;)

Zielony kolor lubię w zasadzie tylko w naturze, a jednak tym koralikom nie mogłam się oprzeć. Mało tego, jak tylko je zobaczyłam, to od razu wiedziałam do kogo powędrują. Wiedziałam to jeszcze zanim wymyśliłam dla nich kształty.

o

Zielony zestaw pasuje idealnie do Czekoladowej Prawniczki. I mam nadzieję, że będzie jej służył :)


sobota, 9 stycznia 2010

O pościeli i o dziedziczeniu

Dziedziczeniu zamiłowań, talentów i zdolności manualnych. Szczęśliwie się złożyło, że od urodzenia byłam skazana na rękodzieło. Talenty manualne objawiali członkowie mojej rodziny z obu stron. Z jednej strony Dziadek rysownik, po którym prawie  (słowo "prawie" to z mojej strony asekuranctwo, bo w dorosłym życiu nie widziałam żadnej  jego pracy, kilka tylko pamiętam) nic się nie zachowało... (do przemyślenia dla wszystkich czytających członków rodziny Grrr), z drugiej strony Babunia hafciarka, krawcowa i artystyczna dusza. Tak więc skazana na bycie artystycznie naznaczoną czerpię dziś z tego ogromną radość i mam cudowne wytłumaczenie dla pewnych nieżyciowych zachowań, które mi się zdarzają :)

A żeby uzmysłowić sobie jak wysoko mam postawioną poprzeczkę, wystarczy spojrzeć na pościel, którą zrobiła dla nas osobiście Babunia i którą znalazłam pod choiną. Ręcznie szyte poszwy, ręcznie robione koronki, falbanki i duuużo serca. Pasuje jak ulał do naszej romantycznej sypialni, jest PIĘKNA!






Panie Inżynierze, Niebiański Skoczek dołączył właśnie do klubu śpiących w koronkach. Jestem pewna, że członków jest dużo więcej niż was dwóch, tylko się nie ujawniają ;)



poniedziałek, 4 stycznia 2010

Album ciążowy z brzuszkiem

Złotowłosej Migawce na pamiątkę, Bombusiowi w ramach dowodu rzeczowego na to, że miał kiedyś 26 mm. Album ciążowy do wypełnienia przez przyszłą mamusię - dlatego ma tyle wolnego miejsca w środku. Nie mogę się już doczekać wersji uzupełnionej o zdjęcia i wpisy.

Do albumu wykorzystałam bazę ze Scrapińca.


Tak wyglądał album w całości.

Kilka szczegółów.


Mam nadzieję, że tatuś też się postara wypełniając ten karnecik ;) 

Julian Tuwim nigdy mnie nie zawodzi...
(plus: kocham nasz aparat, achhh ta głębia ostrości)

Ciocia Ola wyraża nadzieję, że Oluś - choć chłopiec - odnajdzie kiedyś w tym albumie coś wzruszającego. A jeżeli nie wzruszy go album, to może chociaż chwyci go za serce widok ciotki przy pracy (wujka Karola ten bajzel zawsze przyprawia o szybsze bicie serca :)


W tym miejscu chciałabym złożyć serdeczne wyrazy współczucia i miłości dla mojego męża, który przez różne prace ręczne (nie tylko powyższy album) wykonywane przed świętami, przez tydzień nie widział na oczy kuchennego stołu, jadł na kanapie i wcale nie marudził. No może czasami wyrażał pewne niezadowolenie w momencie wyciągania  z  pośladka drucika, ale to już nie wina albumu! Tylko biżu dla Czekoladowej Prawniczki. Ale o tym kiedy indziej ;)

sobota, 2 stycznia 2010

1 stycznia 2010

Jestem z nas naprawdę dumna, nowy rok zaczynamy w dobrym stylu. Kiedy większość populacji dopiero zapadała w fazę snu twardego (we własnym łóżku lub na innych z góry upatrzonych pozycjach), na izbie przyjęć w szpitalu mijała pierwsza faza pandemonium, ordynator zarządzał otwarcie awaryjnego terminala, a mój zapracowany braciszek dochodził do siebie po nocnych walkach na służbie - my już biegaliśmy po mieście korzystając z urokliwej zimowej aury.

Nowy Tomyśl 1 stycznia 2010 wyglądał pięknie, a więc obeszliśmy go wszerz i wzdłuż startując przed południem. Oby reszta roku była równie pozytywna i energetyczna (niekoniecznie w aurze epoki lodowcowej). A to już mostek w Parku:




Rodzice mają dobre sposoby na walkę z mrozem. Aż się cieplutko robi. Na sercu :)





ps. I jeszcze oficjalne podziękowania za super Sylwestra dla gospodarzy i uczestników!  Niestety nie mieliśmy aparatu fotograficznego :|

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails