środa, 31 marca 2010

Album wspomnieniowy, czyli kameralne wyzwanie

Kameralne, bo wyzwałyśmy się do dzieła we dwie z przyjaciółką mą Miszelką. Już od pewnego czasu co chwilę odkrywałyśmy amerykę stwierdzeniem: "- Może zrobimy sobie własny challenge?",  "-Genialny pomysł, zróbmy to!". A potem nie robiłyśmy, bo jakoś nam się zapominało, a poza tym ja jestem strasznym leniem ;) No ale nadeszła ta wiekopomna chwila... Mamy więc wyzwanie wspomnieniowe. Dwanaście wspomnień, co miesiąc jedno. I to wszystko, żadnych dodatkowych zasad i graniczeń. Wyjdą z tego dwa bardzo wzruszające albumy na niezwykłą pamiątkę, na lata, na zawsze.  A może więcej niż dwa, jeżeli ktoś zechce do nas dołączyć... Album Misi znajdziecie tutaj. A to już okładka mojego albumiku:


Oraz dwie pierwsze strony, a więc pierwsze wspomnienie związane oczywiście z moją prababcią:


Wspomnienie zachowuję dla siebie, a dla wtajemniczonych powiem tylko, że dotyczy ono niedzielnego rytuału przygotowania do kościoła... Kto choć raz był świadkiem, zapamiętał na zawsze :) To słodkie, słodkie i wzruszające wspomnienie.

niedziela, 28 marca 2010

Co chomiki lubią najbardziej?

Zdjęcia dedykuję mojej chrzestnej - cioci Ani zwanej Hanią, znanej w całe rodzinie miłośniczce tupotu małych stópek  w spiżarni, zakochanej bez pamięci w uroczych wąsikach i czarnych ślepkach ;)


A co chomiki lubią najbardziej? Nie wiem czy wszystkie, ale nasz: orzeszki. W każdej formie. Ku swojej radości Sherman odkrył ostatnio, że na ławie stoi miska wypełniona nimi po brzegi. Ma wymalowane na pyszczku "Hmmm, tak  jakbym na ziemnych siedział..."


"... orzeszki, orzeszki, orzeszki! Zagrzebię się w nich, orzeeeeszki!!!"

niedziela, 21 marca 2010

Kącik czytelniczy

Urządzanie mieszkanka trwa już ponad rok. Nie udało się tego zrobić szybciej z dwóch powodów. Po pierwsze urządzaliśmy je z bieżących zasobów, a więc poważne zakupy należało rozłożyć na kilka miesięcy, a po drugie każdy element mieszkania jest tygodniami przeze mnie wyszukiwany na Allegro. Bo jak już kiedyś wspominałam, większość mebli w mieszkanku (poza kilkoma wyjątkami z Ikei) to moje skarby z kategorii Antyki i Sztuka. Cały czas uważam, że urodziłam się, żeby zostać kolekcjonerką antyków i staroci (starocie to wg mnie niedoceniane na salonach antyki, równie piękne). Nie wiem skąd mi się to wzięło, ponieważ zasadniczo nikt w rodzinie nie podziela mojej pasji (chociaż Mamusia rozumie tę estetykę). Mamy za to  w rodzinie kilka przypadków skandalicznego zaniedbania zabytkowych mebli. Ale nie będę poruszać tego strasznie drażliwego tematu, bo nie chcę Tatusiowi Akacji podwyższać ciśnienia. Nie znalazłszy odpowiedzialnych za moje estetyczne perwersje uznałam więc, że to musi być kwestia znaku zodiaku i przestałam się nad tym zastanawiać. To taki dziwny defekt mózgu... Nigdy nie czułam takiej "wnętrzarskiej" euforii jak zwiedzając dworek Marii Dąbrowskiej w Russowie oraz skansen zaraz obok dworku. Mogłabym być Barbarą Niechcic, może tylko odrobinę mniej niezadowoloną...
Fotela do kącika czytelniczego szukałam miesiącami. Jestem na bieżąco z każdą nowością wstawianą ze słowem kluczowym "fotel" w mojej ulubionej kategorii. Skoczek pochwalił mnie za oko do antyków, bo tapicerka fotela jest w nieskazitelnym stanie. Kiedy zaprezentowałam mu zdjęcia z aukcji (a było to już po wygraniu licytacji, a więc po ptokach) to był pełen wątpliwości podejrzewając, że z fotela będzie unosiła się woń 300-letniej piwnicy  ;) Nie miał racji. Tak wygląda mój nowozagospodarowy kącik czytelniczy z zakupionym 2 tygodnie temu fotelem:

Aby nie było wątpliwości, że zmiana jest dość duża (z mojego punktu widzenia), zdjęcie sprzed akcji "kącik":
Do kącika udało mi się upolować genialną półeczkę będącą niegdyś czymś w rodzaju aptekarskiej szafki.  To 6,5 kg litego zabytkowego dębu w pięknym kolorze pasującym do kilku innych elementów dużego pokoju. 
Uwielbiam takie jednorazowe akcje typu "home makover". Zbieram tygodniami gadżety, pozwalam na to, aby miejsce wytypowane do zmienienia zostało całkiem zapuszczone, aby w następnej chwili wyczarować coś uroczego. Niestety niewiele już uda mi się zmienić w dużym pokoju, bo miejsce się kończy. Jednak nadal jest coś, o czym marzę jeżeli chodzi o nowy kącik - ramki do zdjęć oraz zabytkowy podnóżek. Teraz na nie będę polować. Kiedy zakupię ramki, to nasze wspólne zdjęcie, które teraz stoi na kaloryferze, zostanie eksmitowane do małego pokoju (niech chomik nas ma na oku). Potem przenoszę się do sypialni ;) A poza tym strasznie się cieszę, że mam tego bloga, bo dzięki temu będziemy mieć pełne sprawozdanie z tego, jak wszystko się tu zmieniało...

czwartek, 18 marca 2010

Makaron z kaczką sojowo-śliwkową

Kilka tygodni temu robiąc strasznie nudne zakupy jedzeniowe dotarłam, jak zawsze, do działu z mięsem. Chociaż w domu naszym panuje semi-wegetarianizm, a więc połowa dni w tygodniu poświęcona jest mięsu, a połowa bezmięsiu (na bezmięsiu i paluszek krabowy mięsem ;) , to jednak najpyszniejsze potrawy jakie w życiu jadłam zawierały ten niepoprawny politycznie składnik. Ale że do poprawności politycznej jest nam bardzo daleko (zapytajcie kiedyś Skoczka na kogo chciałby głosować w wyborach prezydenckich), mojemu bystremu oku nie umknęła wygrzewająca się w świetle halogenów, schładzana podmuchami zamrażarkowego wiatru... kaczusia. A konkretnie dwie jej piersi zalotnie rozłożone na tacce. To oczywiście nie ta sama kaczusia, która paradowała po babcinym podwórku korzystając z uroków ekologicznego gospodarstwa (bo wtedy każde gospodarstwo było eko). To już nie ta sama kaczusia, która radośnie zanurzała dziubek w źródlanej wodzie wylanej prosto do przeciętej opony... No i tak się trochę zawiesiłam przy tej zamrażarce, otoczona toną martwej zwierzyny i z błogim uśmiechem na twarzy wspominałam stare dobre czasy, kiedy to jedną małą kaczusię babcia brała ze sobą do łóżka, pozwalając się jej wygrzewać do woli. Kaczątko miało bowiem  za dużo rodzeństwa i nigdy się nie mieściło pod wspólną kaczą kołderkę mamy kaczki. No ale zimno mi się zaczęło robić przy tych zamrażarkach w tym nieekologicznym markecie, więc się szybko ocknęłam, złapałam za tackę i popędziłam do kasy. 
Po pierwsze stwierdzam co następuje: mistrzynią świata w przyrządzaniu kaczki jest Mamusia Akacji. Nie podlega to żadnym dyskusjom, to jej danie popisowe serwowane 2 razy w roku maksymalnie (to jak z Bożym Narodzeniem - nie może być częściej, bo przestaniemy doceniać). Ja się mogę podjąć przygotowania najwyżej dwóch skromnych piersi. No ale te wylądowały w zamrażarce czekając na moją wenę twórczą. Wyciągnęłam je stamtąd nagle w zeszły weekend i to nie dlatego, że miałam wenę, ale dlatego, że miałam doła związanego z awarią samochodu. I nie chciało mi się iść do sklepu po coś innego do jedzenia. Ale zrobiłam ją najlepiej jak umiałam. Jestem dumna, bo po cielęcinie było to dla mnie kolejne kulinarne wyzwanie!


Makaron z kaczką sojowo-śliwkową

Marynata:
- 3 ząbki czosnku
-1/4 szklanki oliwy
- 3 łyżki soku z limonki
- papryczka chili pokrojona w drobniutką kosteczkę
- 2 łyżeczki brązowego cukru lub miodu
- 1/4 szklanki sosu sojowego (ja używam bardzo gęstego sosu Dark Soy Sauce firmy nie wiem jakiej, bo jej nazwa jest wykaligrafowana po chińsku :)
Proporcje można zmieniać według uznania, byleby się wszystkie składniki znalazły w marynacie. Limonkę można zastąpić sokiem z cytryny.

Piersi z kaczki ponacinałam w karo po stronie, gdzie mamy skórę, a następnie włożyłam do plastikowego pojemnika i zalałam marynatą dbając, aby się dobrze nią pokryły. Wstawiłam do lodówki na ponad 3 godziny, ale im dłużej tym lepiej. Po schłodzeniu odlałam marynatę do miseczki, a piersi wrzuciłam na patelnię skórą do dołu. Patelnia była rozgrzana, polana olejem. Smażyłam 5 min na stronie ze skórą i około 4 minuty na drugiej stronie. Kaczka powinna być zarumieniona i chrupiąca, więc patelnia musi być dobrze rozgrzana. Następnie piersi wyjęłam z patelni i mięso pokroiłam na plastry. Na patelnię wylałam resztę marynaty, a do niej dodałam dwie łyżki powideł. Kiedy sos się zagotował wrzuciłam do niego pokrojoną kaczkę i dusiłam w sosie jeszcze około 5 minut. Na drugiej patelni podsmażyłam marchewkę pokrojoną w paseczki (trwa to jakieś 10 min, pod przykryciem) i połączyłam ją z zagotowanym makaronem. Na makaron wyłożyłam kaczkę i polałam sosem. Na wierzchu posypałam pietruszką. Następnym razem zrobię to danie z makaronem sojowym, teraz jednak nie miałam weny na takie szczegóły... W każdym razie: mniam! :)

niedziela, 14 marca 2010

Na rezerwie (czyli o dobroczynnym wpływie roślin na samopoczucie)

Trudno mi ukryć to, że już naprawę ciągnę na rezerwie. Jest połowa marca, wczoraj padał śnieg, drugi raz w ciągu zimy zepsuł się samochód. Szlag trafił plan na sielską niedzielę  u rodziców. Staram się nie poddawać, więc wiosnę organizuję sobie sama łapiąc na zdjęciach każdy promyk słońca.


W takie właśnie moje kąciki się wpatruję i trochę mi lepiej :)

piątek, 12 marca 2010

Piątkowo scrapowo

Po ustaleni składu osobowego firmowej drużyny rękodzielniczej rozpoczęłyśmy realne działania. Malowanie na jedwabiu w ramach naszej wygranej aukcji charytatywnej okazało się wielką przyjemnością, a więc dlaczego tego nie kontynuować? No to kontynuujemy! Zajęcia zaczęły się godzinnym poślizgiem, gdyż za dość uczynić musiałyśmy naszym rytuałom kulinarnym. Należało również omówić aktualną sytuację życiową każdej z nas, zastanowić się nad tym co jeszcze można by zjeść i ponarzekać na pogodę. Po ustaleniu co następuje: wszystkie zdrowe(albo póki co nie mdlejące w malignie), zadowolone, najedzone, chętne do pracy - przystąpiłyśmy do tejże. Skoczek jest najbardziej zadowolony  warsztatów, bo zrobiłam coś specjalnie dla niego - zakładkę do książki:


A teraz  uwaga, najfajniejsze co posiada zakładka. Co to takiego? Kto poznaje? No wiadomo: mały blackhawk! Upatrzyłam go sobie na aukcji zawieszek Tajmart. To wierna kopia oryginału, Skoczek od razu poznał! I czarny puder do embossingu przydał się po raz pierwszy:


I teraz tak dziewczęta, tu powinno zostać zamieszczone piękne zdjęcie uśmiechniętej czwóreczki dzierżącej radośnie nożyczki i papiery. Tylko jest mały problem... szału na tych fotach nie robimy :D  Powiem tak, nie przyjęli by żadnej z nas do pracy w charakterze hostessy na targach Mercedesa. W zasadzie wyglądamy tak, jakby trzy z nas siedziały 8-9 godzin w robocie, a jedna miała gorączkę. Więc pozwolicie, że oszczędzę nam (i innym) tego widoku i w ramach dokumentacji, że byłyśmy, pracowałyśmy, tworzyłyśmy dodam takie oto niewinne zdjęcie:

Burdel jest, czyli praca wre. Nawet pierwszy w życiu layout Asi się załapał i kawałek Moni :) Jakież to było przyjemne patrzeć jak się dziewczyny wciągają i jak im się podoba ten magiczny świat kolorowych papierów. Asi wróżę bankructwo w kolejnych miesiącach bo dowiedziała się przy okazji o sklepach  internetowych do scrapbookingu. Ale jakaż to będzie kolorowa bieda ;)
A organizatorce należą się nie tylko całusy w ramach podziękowania za super warsztaty, ale też słowa uznania, że wytrzymała! Bo to właśnie Miszelka była tą, która miała gorączkę. A jednak przyjęła nas, ugościła i pokazała swoje skarby. I wytrzymała z nami do końca. Dzięki Miśku, było super, jesteś wulkanem energii i inspiracji :)

środa, 10 marca 2010

Muffinkowa kartka

Zainspirowana wyzwaniem z Art-Piaskownicy postanowiłam stworzyć tę frywolną kartkę. Normalnie, w środku tygodnia, w życiu nie chciałoby mi się nawet zaglądać do mojej skrzyni z papierami. No ale tak mnie urzekła niezobowiązująca lekkość i spontaniczny charakter pierwowzoru stworzonego przez Danni Reid, że się zmobilizowałam. Pierwszy raz wzięłam udział w cardlifcie, ale mam nadzieję, że nie ostatni.



W środku też jest przygotowana, a więc jak najbardziej posłuży celom praktycznym i zostanie komuś na pewno wręczona. 



To już środa... nieprawdopodobne.

wtorek, 9 marca 2010

Skubaniec z wiśniami

Hmmm, no nie wiem co robię źle, że ta pianka nie wychodzi mi taka "amerykanska". Tylko raczej taka... symboliczna :] Niemniej jednak ciasto jest przepyszne! Jest strasznie niemodne, zupełnie oldschoolowe. W zasadzie myślałam, że już nikt oprócz mnie go nie piecze, ale Zwariowana Wiewiórka tchnęła w moje serce nadzieję. Ona piecze go w najbardziej rasowej z możliwych wersji - z agrestem. Oto moja wersja z wiśniami (trochę jestem na nie skazana, bo sklepowy agrest wygląda dość słabo).


Przepis jest taki oto:

- 0,5 kg mąki
- duża kostka masła (250 gr)
- szklanka cukru
- 5/6 jajek (w zależności od tego jakie są duże)
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 łyżki dobrego kakao
- słoik ulubionych kwaskowych owoców z kompotu

Robimy kruche ciasto! A więc do miski wrzuciłam pokrojone w kostkę masło i zagniotłam z żółtkami, mąką, proszkiem do pieczenia i połową szklanki cukru. Następnie, kiedy ciasto było już gładkie i dobrze połączone, podzieliłam je na 2 równe części. Jasną część owinęłam folią i włożyłam do lodówki na kilka godzin (można je zostawić tam na noc). Do reszty ciasta dodałam 2 łyżki holenderskiego kakao i znowu zagniotłam (a w sumie to Skoczek zagniatał, bo mnie już dłonie bolały ;)) Folia i do lodówki. Po schłodzeniu ciasta bez szczególnego namaszczenia, przy pomocy noża skrawałam kawałki ciasta na posmarowaną masłem blachę. Na zmianę białego i ciemnego. Zostawiłam po 1/4 kostki z każdego. Na ciasto wyłożyłam owoce, następnie ubiłam białka z cukrem i tak przygotowaną "nieszczęsną bezę" wyłożyłam na owoce. Na piankę poskubałam resztę ciasta. Ciasto zawsze wychodzi, jest cudownie kruche i niezbyt słodkie. Jeżeli ktoś zna tajemnicę puszystej bezy, to będę wdzięczna za wskazówki. Może za krótko ubijam białka, jestem strasznie niecierpliwa :) Aha! Piekłam 50 min. w temp. 180 st. (grzanie góra-dół + termoobieg). Nawet mojemu braciszkowi przypomniały się stare dobre czasy przy babcinym stole, kiedy spróbował  mojego  Skubańca. Więc warto się skusić :)

niedziela, 7 marca 2010

Dom Dusz

Kreatywność to cecha, którą w ludziach uwielbiam. Pasje, zainteresowania i na zawsze, na nieskończoność zapomniane dwa słowa: nudzę.się. To nie istnieje, bo jak można się nudzić, kiedy jest tyle rzeczy do zrobienia, tyle książek do przeczytania, tyle miejsc do zobaczenia, tyle kolorów do wymieszania na palecie moich farb akwarelowych. A czasu jest zawsze za mało, nigdy za dużo. Największą przyjemnością jest odnaleźć w kimś pasję, potencjał, talent, podsycać go i zachęcać do rozwijania. Albo całkiem przypadkiem zarazić swoim hobby. I mamy kolejną duszę, która też nigdy się nie nudzi  - cudownie! Ja przypadkiem zaraziłam  swoją pasją moją maleńką wielką kuzynkę - Mruczącą Fotografkę. I założyła rewelacyjnego bloga. O miejscach porzuconych, na razie wszystkich tych, które znajdowałyśmy razem. Ale ja już nie dam rady dotrzymać jej kroku. I nie dlatego, że ma 17 lat i jeszcze jej się chce, ale dlatego, że musiałabym pracę rzucić, żeby mieć na to czas :) W każdym razie zapraszam.



W wakacje przyjeżdżam i dołączam do ekipy poszukiwawczej! Szykuj rowery :)

środa, 3 marca 2010

Kartka urodzinowa dla mojej teściowej

Które to urodziny - nie ustalono. Kiedy zadałam to pytanie Skoczkowi to rozpoczął rozważania od zdania: "Kiedy byłem w czwartej klasie, to mama miała chyba... hmmm.." Jak to usłyszałam, to zrobiłam mniej więcej taką minę --------------->


Oczywiście do dalszych obliczeń nie doszło, jako że wyraźnie dało się wyczuć, że jakikolwiek by  nie był wynik tych matematycznych łamigłówek,  to margines błędu wynosił +/- 5 lat. A z drugiej strony, może to i fajnie? Doszłam nawet do wniosku, że jak będę się zbliżać do 60 urodzin to też wolałabym, żeby wszyscy stracili rachubę. Tak więc ile ma lat moja teściowa, w sumie nie wiemy dokładnie. Niech zostanie "50 ileś". Pominięto to zgrabnie w trakcie przygotowywania kartki. Urodziny są w sobotę, ale na szczęście teściowa jest "nieinternetowa", więc mam nadzieję, że do soboty nie znajdzie kartki w internecie. 


I jeszcze detalik:

A prezent jest takich rozmiarów, że zmieści się do środka :)
Zdjęcia tym razem autorstwa Skoczka, który się bardzo przejął rolą fotografa. I pięknie!

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails