poniedziałek, 26 lipca 2010

Bociankowe Kasi

Kobieca intuicja pomnożona razy 5 lub więcej daje potężną moc. Na przykład moc przewidywania porodu przyjaciółki, dzięki czemu możliwe jest urządzenie dla niej Bociankowego na 3 dni przed porodem. Girl power!
Było cudnie, pysznie, uroczo, a przyszła mamusia prawie urodziła z wrażenia, gdyż przekonana była, że idzie na spokojny seans filmowy do przyjaciółki. Niespodzianka ;)


Były testy na znajomość tatusia(dołączono na pamiątkę do albumu), wróżenie kim będzie syn oraz picie szampana bezalkoholowego. W euforii pozwoliłyśmy nawet chłopakom zostać z nami, mimo wybitnie kobiecego klimatu imprezy. Jedna z zabawniejszych i zdrowszych imprez na jakich byłam. A album na pamiątkę dla Kasi i Olka jako zaklęcie, aby zawsze było tak wesoło :)
A to kilka stron z albumu, na wyrywki:

(z wróżby wyszło, że Olek będzie wielkim podróżnikiem po tatusiu ;) )

Wyżej miejsce na życzenia, a po lewej stronie koperta na resztę zdjęć, które nie zmieściły się w albumie.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Pioruńsko ekscytujący pierwszy spływ kajakowy

To wszystko było oczywiście ustawione. No bo gdybyśmy wypłynęli godzinę później, to nic by się nie wydarzyło i po 6 godzinach wiosłowania stwierdzilibyśmy jedynie, że kajaki w sumie fajne, ale monotonne. A tak? Wspomnienia do końca życia i rodzinna legenda jak malowana  ;) Co prawda w trakcie jej przeżywania raczej myślałam o "koszmarze, mrożącym krew w żyłach nieszczęśliwym zbiegu okoliczności, który sprawił, że czuję się jak bohaterka programu Ultimate Survival Special Edition, w którym bohaterzy jednak nie uchodzą z życiem". Dlatego uważam, że Paweł - nasz gospodarz, przesympatyczny lokalny przewodnik, weteran kajakarstwa, piosenkarz i piwosz, a przede wszystkim chłopak mojej słodkiej kuzynki Cygańskiej Różniczki - wszystko to ustawił po to, abyśmy mieli o czym gadać do końca życia.

W skrócie - nasz pierwszy spływ kajakowy był prawdziwym chrztem bojowym! Cieszymy się, że żyjemy, jesteśmy z siebie dumni i chociaż akcja była wielce ryzykowna, to jednak Pawłowi (który niebawem doczeka się własnego przydomku) BARDZO WDZIĘCZNI.

Ale po kolei. 
Wszystko zaczęło się tego feralnego poranka, kiedy to TVN Meteo podał o godzinie 8:00 rano informację o gwałtownych burzach i nawałnicach... Prześledźmy te zdarzenia posiłkując się strzępkami materiałów fotograficznych... Początek wycieczki nie zapowiadał jej niebezpiecznego finału - szybka nauka nawigacji i cała grupa w świetnych humorach daje się ponieść nurtowi malowniczej rzeczki. Ola wkrótce poznaje tajemnicę kobiecego kajakarstwa - nogi na dziobie (szczególnie jeżeli nie mieszczą się w kajaku) dają możliwości wyjątkowo wygodnego przeżycia spływu.

Wkrótce atmosfera robi się jeszcze bardziej zabawowa. Oli w końcu przydają się tygodnie łażenia na jogę.

Czy jednak bohaterom nie daje do myślenia przedziwny i dość niepokojący kolor nieba w kierunku, do którego zmierzają?

Wnet zauważyć da się na twarzy lokalnego przewodnika Pawła pewne objawy konsternacji i zaniepokojenia. Jednak ciągnięty kajakiem balast wskazuje na to, że sytuacja póki co nie powinna wzbudzać szczególnego niepokoju:


 A niżej, jak widać, wycieczka wciąż beztrosko robi sobie zdjęcia. Czy jednak fotograf nie ujrzał tej dość przerażającej czeluści na horyzoncie? Jest przecież godzina mniej więcej 11:30, a ciemno jak o 22:00...


No i tutaj przekaz foto się urywa. To co następuje potem to komunikat Pawła: "Słuchajcie, sytuacja jak widać jest fatalna. Zapierdalamy co sił w rękach!" i od tego momentu zaczyna wiać grozą. Najpierw zrywa się wiatr i przestaje być ciepło mimo, że jeszcze przed chwilą było nam aż za gorąco. Z każdą minutą jest coraz ciemniej, a wiatr wieje w każdą stronę burząc spokojną taflę rzeki. Gdybym nie wiedziała w którą stronę płynie woda, w tym momencie straciłabym całkowicie orientację - na wzburzonej rzece nie było widać kierunku jej biegu. Widoku, który miałam przed sobą chyba nigdy nie zapomnę.  Kiedy Karol wiosłował co sił w rękach (a mieliśmy po jednym wiośle na kajak), ja obserwowałam niebo. Chmury kotłowały się nad nad nami jak w amerykańskim filmie katastroficznym zmieniając kształt i ustawienie w każdej kolejnej minucie. Wyglądało to mniej więcej tak:

 Zdjęcie użyczone z portalu computer-darkroom.com

Kocioł na niebie rozjaśniały co chwilę błyskawice. Szamocząc się wcisnęłam na siebie kapok, to samo zrobiła Różniczka i Skoczek, który na chwile oddał mi ster. Wtedy jeszcze myślałam, że może jakoś to wszystko przejdzie bokiem. A w sekundę po tej myśli potężny podmuch wiatru położył trzciny po jednej i drugiej stronie rzeki i poważnie zachwiał naszym kajakiem, który w tej sekundzie wydawał się w ogóle nie poruszać do przodu. I lunął deszcz. Uderzał falami tak potężnymi, że byliśmy całkowicie mokrzy w kilkanaście sekund. Przy którejś z kolei fali deszcz uderzył tak mocno, że nie mogłam złapać tchu. Pawła i Różniczkę widziałam już tylko na horyzoncie, oddalali się napędzani siłą lat kajakarskich doświadczeń i 23-letnich mięśni sternika. Rozważałam wszystko: co będzie kiedy zaliczymy wywrotkę, czy uda się przeczekać  burzę w trzcinach, czy od linii trzcin do lasu jest daleko, czy kajak nie utonie i w jakim tempie będziemy nabierać wody. Nie dopuszczałam wyłącznie tej jednej myśli, której - jak się później okazało - bali się chłopacy, że uderzy w nas piorun. Co jakiś czas brałam w ręce wiosło i wiosłowałam, napędzając mięśnie chyba tylko adrenaliną, bo w  rzeczywistości nie jestem w stanie zrobić nawet jednej pompki. Wszytko po to, aby Skoczek mógł odpocząć choć minutę. Wtedy zmagania z wiatrem i ulewnym deszczem wydawały się trwać w  nieskończoność, w rzeczywistości mogły trwać około 20 min. A kiedy zaczęłam wpadać w panikę na myśl "ile jeszcze wytrzymają nasze mięśnie?!" dostrzegłam jaśniejsze niebo przed nami i poczułam słabnącą ulewę. Najgorsze za nami, a za następnym zakrętem - las i miejsce, w którym można zejść na ląd. O mój Boże, co za odlot!!! Wysiadłam, ale miękkie kolana utrudniały mi wspięcie się na skarpę, Różniczka trzęsła się z zimna spoglądając na wszystkich wielkimi oczyma,  w których drżały łzy jak grochy. Tylko chłopaki zadowoleni z siebie i z życia :)


A potem burza przeszła, a my na fali buzującej adrenaliny i szczęśliwi, że nic się nie stało - popłyneliśmy dalej, już bez ekscesów, relaksując się cudownymi widokami.

(No dobra, kto jest zrelaksowany, ten jest zrelaksowany ;) )
A żeby nie było wątpliwości, że oprócz ulewnego deszczu było również tak dużo wspanialego słońca, że aż trzeba było zmrużyć oczy...

Niechże więc zacytuję Osła: JA CHCĘ JESZCZE RAZ! Justyna, Paweł - dzięki Wam jedno z marzeń spełnione, dziękujemy :)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Lawendowe wakacje na Warmii

Nie chciała Akacja w tropiki, przyszły tropiki do Akacji. Akurat w roku, w którym z różnych przyczyn nie możemy odwiedzić żadnego ciepłego kraju żar się z nieba leje w Polsce. W lipcu. W trakcie naszego urlopu. Jak to słusznie oceniła Malowana Fakturka: "Zapracowałyśmy sobie i tyle". Inaczej się tego nie da wyjaśnić ;)


Tata zawsze mówił: Znajdź sobie jakiegoś wykształconego faceta. Upolowałam w Olsztynie astronoma, prawnika, ekonomistę, matematyka, lekarza w jednym  i do tego chłopak jest  na niezłej pensji urzędniczej! Wystarczy? :D

A niżej 3 wyzwolone babki: dwie współczesne feministki i jedna pradawna baba pruska :)

Warmia przywitała nas tysiącem bocianów, dziesiątkami opuszczonych dworków, które gotowi byliśmy przejmować na dziko właściwie z marszu oraz obłędnym jedzeniem w knajpach. Mieliśmy również szczęście do kawiarni, zwłaszcza gotyckich. W zasadzie nie ustaliliśmy co było najbardziej gotyckie: toalety, pani Ewa barmanka czy filiżanki w panterkę :D


Ponadto stwierdzono co następuje: Edzia i Ola są mistrzyniami gry w kometkę, mistrzyniami kobiecych turniejów w scrabble (remis 235 punktów w jednym z meczów), mistrzyniami organizowania posiłków i wynajdowania świetnych knajp oraz czarownicami prima sort!


Lawendowe marzenia o byciu czarownicami, również nam się ziściły. Ucierałyśmy, odmierzałyśmy, podgrzewałyśmy, a nawet same zbierałyśmy produkty na kosmetyczne mikstury. Na śniadanko wcinałyśmy naleśniki z wiejskim serem i lawendowym syropem, piłyśmy wodę lawendową i w pośladki wcierałyśmy nadwyżki kremu z misy. W zasadzie poszłyśmy na całość w kwestii pochłaniania wszystkich produktów z lawendy. Kulminacją pierwszego dnia spędzonego na Lawendowym Polu było bowiem wypróbowanie pysznej nalewki z lawendy. No cóż...  chyba jednak głębokie łyżki, które wręczyła gospodyni były do próbowania slodkiego syropu z lawendy. Ale co tam! Chlasnęłyśmy też po łyżce nalewki lawendowej na spirytusie. Para poszła nam uszami, zaczęłyśmy zwijać się ze śmiechu jednocześnie próbując dojść do siebie. Dopiero po łyknięciu zapoznałyśmy się z etykietą na butelce, która radziła: Rozcieńczać 1:10 i nacierać skronie. Ale nie było tam informacji o tym, że nie można sobie natrzeć przełyku :D Mamy to w genach, coś nam się przestawia w mózgach na hasło nalewka. Amolem mi się obijało do wieczora ;) , ale ogólnie dzień był magiczno-fioletowy!



Pewnym przekłamaniem byłoby napisać, że odnalazłyśmy w sobie czarownice. Bo żeby je odnaleźć musiałybyśmy je zgubić, a to się chyba nigdy nie stało. Także 5 km spacer po lesie z miejscową zielarką był pięknym, choć ekstremalnym przeżyciem. Ekstremalnym ze względu na temperaturę powietrza o 12:00 oraz długie spodnie, które miałyśmy na sobie.A to już efekt naszych zielarskich praktyk.


Zakochane w lawendzie, marzymy o domu na Warmii...


No, ale nie mogę nie wspomnieć o wydarzeniu, które okazało się być zwieńczeniem całego 6-dniowego pobytu. Nauczka na przyszłość: nie marudzić przez tydzień, że samochód jest stary i się może popsuć, mimo że mu się to zdarza najwyżej 2x w roku, bo na pewno się zepsuje! Nie pomni tej banalnej prawdy życiowej chłopcy przyjechali po swoje czarownice na Lawendowe Pole i grzecznie poczekali, aż te pochłonęły po 2 miseczki zupy z botwinki z ziemniakami oraz drugie danie (Na potwora z Isąga przysięgam - jedzenie było obłędne!). Następnie pożegnałyśmy się z wszystkimi i ustawiliśmy nawigację na Gdańsk. Wzdychając w zadumie nad cudownym urlopem, załadowani po dach - Wio, dziobaty koniku! RUSZAMY! Ehe, jasne ;P Jednak nasz samochód nie podzielał naszej potrzeby ruszenia z miejsca. Nie odpalił. Ale za to na ratunek przybył majster z Pupek zdezelowanym maluchem, z dwoma śrubokrętami, trzema kluczami francuskimi i dwójką dzieci. Oczekiwaliśmy go niczym kania dżdżu - 5 km jechał 50 min. Chyba musiał dokończyć piwko ;) Godzina w pełnym słońcu na łące. Oh yeah! Majster się rasowo nachylił nad silnikiem i z zadumą pokiwał głową. Następnie rozkręcił nam pół samochodu, podzielił się z nami swoimi odczuciami na temat Warmii (wody to on się zasadniczo brzydzi, a wszystkie okoliczne jeziora to "ścieki" ;) ), a następnie wlał w rozkręcony gaźnik pół butelki weselnej wódki (A już chciałyśmy z  Malowaną Fakturką kombinować nalewkę lawendową 30 zł/100 ml). I tym sposobem akcja "Audi: reanimacja" zakończyła się pełnym sukcesem. Przejechaliśmy 450 km. Jutro niunia idzie do mniej charyzmatycznego mechanika na sesję w samochodowym SPA.


To był rewelacyjny urlop, więc puszczam oczko Tym, dzięki którym to było możliwe - Państwu M. :)

czwartek, 1 lipca 2010

Sobie życzę...

... spełnienia wszystkich życzeń. Dziękuję za każde z osobna :)
A mojemu mężowi dziękuję za to, że się przekopał przez stertę moich "bardzo ważnych, wręcz niezbędnych i nie-nie-wolno-tego-wyrzucić" przyborów scrapowych  (czyt. różne śmieci zbierane ukradkiem, bo a nuż się przydadzą), aby zrobić dla mnie kartkę. Bo jak wiadomo nic tak nie cieszy, jak życzenia pisane własnoręcznie i kartki klejone osobiście. Bo to samo serce na papierze :) Czyż nie śliczna? I proszę zwrócić należytą uwagę na dobór koloru tuszu do koloru kwiatka i wstążki! Znaczy się: rozróżniamy kolory i potrafimy je dopasować! A to nieczęsto spotykana cecha u mężczyzn ;)


Toż to jakiś artystyczny dom się robi! Mam tylko nadzieję, że Skoczek nie rzuci roboty, aby oddać się sztuce czując w sobie moc Tima Holtza. Bez przesady z tym artyzmem, ktoś musi zarobić na te fioletowe kwiatki ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails