poniedziałek, 12 lipca 2010

Lawendowe wakacje na Warmii

Nie chciała Akacja w tropiki, przyszły tropiki do Akacji. Akurat w roku, w którym z różnych przyczyn nie możemy odwiedzić żadnego ciepłego kraju żar się z nieba leje w Polsce. W lipcu. W trakcie naszego urlopu. Jak to słusznie oceniła Malowana Fakturka: "Zapracowałyśmy sobie i tyle". Inaczej się tego nie da wyjaśnić ;)


Tata zawsze mówił: Znajdź sobie jakiegoś wykształconego faceta. Upolowałam w Olsztynie astronoma, prawnika, ekonomistę, matematyka, lekarza w jednym  i do tego chłopak jest  na niezłej pensji urzędniczej! Wystarczy? :D

A niżej 3 wyzwolone babki: dwie współczesne feministki i jedna pradawna baba pruska :)

Warmia przywitała nas tysiącem bocianów, dziesiątkami opuszczonych dworków, które gotowi byliśmy przejmować na dziko właściwie z marszu oraz obłędnym jedzeniem w knajpach. Mieliśmy również szczęście do kawiarni, zwłaszcza gotyckich. W zasadzie nie ustaliliśmy co było najbardziej gotyckie: toalety, pani Ewa barmanka czy filiżanki w panterkę :D


Ponadto stwierdzono co następuje: Edzia i Ola są mistrzyniami gry w kometkę, mistrzyniami kobiecych turniejów w scrabble (remis 235 punktów w jednym z meczów), mistrzyniami organizowania posiłków i wynajdowania świetnych knajp oraz czarownicami prima sort!


Lawendowe marzenia o byciu czarownicami, również nam się ziściły. Ucierałyśmy, odmierzałyśmy, podgrzewałyśmy, a nawet same zbierałyśmy produkty na kosmetyczne mikstury. Na śniadanko wcinałyśmy naleśniki z wiejskim serem i lawendowym syropem, piłyśmy wodę lawendową i w pośladki wcierałyśmy nadwyżki kremu z misy. W zasadzie poszłyśmy na całość w kwestii pochłaniania wszystkich produktów z lawendy. Kulminacją pierwszego dnia spędzonego na Lawendowym Polu było bowiem wypróbowanie pysznej nalewki z lawendy. No cóż...  chyba jednak głębokie łyżki, które wręczyła gospodyni były do próbowania slodkiego syropu z lawendy. Ale co tam! Chlasnęłyśmy też po łyżce nalewki lawendowej na spirytusie. Para poszła nam uszami, zaczęłyśmy zwijać się ze śmiechu jednocześnie próbując dojść do siebie. Dopiero po łyknięciu zapoznałyśmy się z etykietą na butelce, która radziła: Rozcieńczać 1:10 i nacierać skronie. Ale nie było tam informacji o tym, że nie można sobie natrzeć przełyku :D Mamy to w genach, coś nam się przestawia w mózgach na hasło nalewka. Amolem mi się obijało do wieczora ;) , ale ogólnie dzień był magiczno-fioletowy!



Pewnym przekłamaniem byłoby napisać, że odnalazłyśmy w sobie czarownice. Bo żeby je odnaleźć musiałybyśmy je zgubić, a to się chyba nigdy nie stało. Także 5 km spacer po lesie z miejscową zielarką był pięknym, choć ekstremalnym przeżyciem. Ekstremalnym ze względu na temperaturę powietrza o 12:00 oraz długie spodnie, które miałyśmy na sobie.A to już efekt naszych zielarskich praktyk.


Zakochane w lawendzie, marzymy o domu na Warmii...


No, ale nie mogę nie wspomnieć o wydarzeniu, które okazało się być zwieńczeniem całego 6-dniowego pobytu. Nauczka na przyszłość: nie marudzić przez tydzień, że samochód jest stary i się może popsuć, mimo że mu się to zdarza najwyżej 2x w roku, bo na pewno się zepsuje! Nie pomni tej banalnej prawdy życiowej chłopcy przyjechali po swoje czarownice na Lawendowe Pole i grzecznie poczekali, aż te pochłonęły po 2 miseczki zupy z botwinki z ziemniakami oraz drugie danie (Na potwora z Isąga przysięgam - jedzenie było obłędne!). Następnie pożegnałyśmy się z wszystkimi i ustawiliśmy nawigację na Gdańsk. Wzdychając w zadumie nad cudownym urlopem, załadowani po dach - Wio, dziobaty koniku! RUSZAMY! Ehe, jasne ;P Jednak nasz samochód nie podzielał naszej potrzeby ruszenia z miejsca. Nie odpalił. Ale za to na ratunek przybył majster z Pupek zdezelowanym maluchem, z dwoma śrubokrętami, trzema kluczami francuskimi i dwójką dzieci. Oczekiwaliśmy go niczym kania dżdżu - 5 km jechał 50 min. Chyba musiał dokończyć piwko ;) Godzina w pełnym słońcu na łące. Oh yeah! Majster się rasowo nachylił nad silnikiem i z zadumą pokiwał głową. Następnie rozkręcił nam pół samochodu, podzielił się z nami swoimi odczuciami na temat Warmii (wody to on się zasadniczo brzydzi, a wszystkie okoliczne jeziora to "ścieki" ;) ), a następnie wlał w rozkręcony gaźnik pół butelki weselnej wódki (A już chciałyśmy z  Malowaną Fakturką kombinować nalewkę lawendową 30 zł/100 ml). I tym sposobem akcja "Audi: reanimacja" zakończyła się pełnym sukcesem. Przejechaliśmy 450 km. Jutro niunia idzie do mniej charyzmatycznego mechanika na sesję w samochodowym SPA.


To był rewelacyjny urlop, więc puszczam oczko Tym, dzięki którym to było możliwe - Państwu M. :)

5 komentarzy:

  1. Bosko! Ja tez chceeee :)

    OdpowiedzUsuń
  2. (Nie)Takie_Straszne_Jeżyce14 lipca 2010 00:12

    Wiesz, Olek, nie wiem, jak Ci to powiedzieć, ale ten astronom, prawnik, ekonomista, matematyk i lekarz był też pełnoetatowym duchownym ;oD

    OdpowiedzUsuń
  3. Moi drodzy, nie ma co się sprzeczać - ja twierdzę, że Kopernik była kobietą. Bezsprzecznie!!! Ponadto to my puszczamy wielkie niebieskie (to ja!) oraz malutkie szare, właściwie nie wiem, jakiego koloru, oczka (to Cypi) Wam - najznamienitszym towarzyszom wakacyjnych wojaży! Ech, co to były za wakacje...

    P.S. Niunię Waszą też kochamy (że jest taka - no cóż, co tu dużo mówić - niewymagająca i nieskomplikowana w obsłudze. Od razu widać, że to nie kobieta, hih :D). A Cypi przeprasza za syf w niej zostawiony po ekstremalnej podróży powrotnej!

    edłarda

    OdpowiedzUsuń
  4. Dominika, nic się nie martw, rzuciłam go, bo trochę sztywniak ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. (Nie)Takie_Straszne_Jeżyce15 lipca 2010 03:27

    I bardzo dobrze! Jeszcze powinnaś go pozwać, że Cię ściemniał ;)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails