poniedziałek, 19 lipca 2010

Pioruńsko ekscytujący pierwszy spływ kajakowy

To wszystko było oczywiście ustawione. No bo gdybyśmy wypłynęli godzinę później, to nic by się nie wydarzyło i po 6 godzinach wiosłowania stwierdzilibyśmy jedynie, że kajaki w sumie fajne, ale monotonne. A tak? Wspomnienia do końca życia i rodzinna legenda jak malowana  ;) Co prawda w trakcie jej przeżywania raczej myślałam o "koszmarze, mrożącym krew w żyłach nieszczęśliwym zbiegu okoliczności, który sprawił, że czuję się jak bohaterka programu Ultimate Survival Special Edition, w którym bohaterzy jednak nie uchodzą z życiem". Dlatego uważam, że Paweł - nasz gospodarz, przesympatyczny lokalny przewodnik, weteran kajakarstwa, piosenkarz i piwosz, a przede wszystkim chłopak mojej słodkiej kuzynki Cygańskiej Różniczki - wszystko to ustawił po to, abyśmy mieli o czym gadać do końca życia.

W skrócie - nasz pierwszy spływ kajakowy był prawdziwym chrztem bojowym! Cieszymy się, że żyjemy, jesteśmy z siebie dumni i chociaż akcja była wielce ryzykowna, to jednak Pawłowi (który niebawem doczeka się własnego przydomku) BARDZO WDZIĘCZNI.

Ale po kolei. 
Wszystko zaczęło się tego feralnego poranka, kiedy to TVN Meteo podał o godzinie 8:00 rano informację o gwałtownych burzach i nawałnicach... Prześledźmy te zdarzenia posiłkując się strzępkami materiałów fotograficznych... Początek wycieczki nie zapowiadał jej niebezpiecznego finału - szybka nauka nawigacji i cała grupa w świetnych humorach daje się ponieść nurtowi malowniczej rzeczki. Ola wkrótce poznaje tajemnicę kobiecego kajakarstwa - nogi na dziobie (szczególnie jeżeli nie mieszczą się w kajaku) dają możliwości wyjątkowo wygodnego przeżycia spływu.

Wkrótce atmosfera robi się jeszcze bardziej zabawowa. Oli w końcu przydają się tygodnie łażenia na jogę.

Czy jednak bohaterom nie daje do myślenia przedziwny i dość niepokojący kolor nieba w kierunku, do którego zmierzają?

Wnet zauważyć da się na twarzy lokalnego przewodnika Pawła pewne objawy konsternacji i zaniepokojenia. Jednak ciągnięty kajakiem balast wskazuje na to, że sytuacja póki co nie powinna wzbudzać szczególnego niepokoju:


 A niżej, jak widać, wycieczka wciąż beztrosko robi sobie zdjęcia. Czy jednak fotograf nie ujrzał tej dość przerażającej czeluści na horyzoncie? Jest przecież godzina mniej więcej 11:30, a ciemno jak o 22:00...


No i tutaj przekaz foto się urywa. To co następuje potem to komunikat Pawła: "Słuchajcie, sytuacja jak widać jest fatalna. Zapierdalamy co sił w rękach!" i od tego momentu zaczyna wiać grozą. Najpierw zrywa się wiatr i przestaje być ciepło mimo, że jeszcze przed chwilą było nam aż za gorąco. Z każdą minutą jest coraz ciemniej, a wiatr wieje w każdą stronę burząc spokojną taflę rzeki. Gdybym nie wiedziała w którą stronę płynie woda, w tym momencie straciłabym całkowicie orientację - na wzburzonej rzece nie było widać kierunku jej biegu. Widoku, który miałam przed sobą chyba nigdy nie zapomnę.  Kiedy Karol wiosłował co sił w rękach (a mieliśmy po jednym wiośle na kajak), ja obserwowałam niebo. Chmury kotłowały się nad nad nami jak w amerykańskim filmie katastroficznym zmieniając kształt i ustawienie w każdej kolejnej minucie. Wyglądało to mniej więcej tak:

 Zdjęcie użyczone z portalu computer-darkroom.com

Kocioł na niebie rozjaśniały co chwilę błyskawice. Szamocząc się wcisnęłam na siebie kapok, to samo zrobiła Różniczka i Skoczek, który na chwile oddał mi ster. Wtedy jeszcze myślałam, że może jakoś to wszystko przejdzie bokiem. A w sekundę po tej myśli potężny podmuch wiatru położył trzciny po jednej i drugiej stronie rzeki i poważnie zachwiał naszym kajakiem, który w tej sekundzie wydawał się w ogóle nie poruszać do przodu. I lunął deszcz. Uderzał falami tak potężnymi, że byliśmy całkowicie mokrzy w kilkanaście sekund. Przy którejś z kolei fali deszcz uderzył tak mocno, że nie mogłam złapać tchu. Pawła i Różniczkę widziałam już tylko na horyzoncie, oddalali się napędzani siłą lat kajakarskich doświadczeń i 23-letnich mięśni sternika. Rozważałam wszystko: co będzie kiedy zaliczymy wywrotkę, czy uda się przeczekać  burzę w trzcinach, czy od linii trzcin do lasu jest daleko, czy kajak nie utonie i w jakim tempie będziemy nabierać wody. Nie dopuszczałam wyłącznie tej jednej myśli, której - jak się później okazało - bali się chłopacy, że uderzy w nas piorun. Co jakiś czas brałam w ręce wiosło i wiosłowałam, napędzając mięśnie chyba tylko adrenaliną, bo w  rzeczywistości nie jestem w stanie zrobić nawet jednej pompki. Wszytko po to, aby Skoczek mógł odpocząć choć minutę. Wtedy zmagania z wiatrem i ulewnym deszczem wydawały się trwać w  nieskończoność, w rzeczywistości mogły trwać około 20 min. A kiedy zaczęłam wpadać w panikę na myśl "ile jeszcze wytrzymają nasze mięśnie?!" dostrzegłam jaśniejsze niebo przed nami i poczułam słabnącą ulewę. Najgorsze za nami, a za następnym zakrętem - las i miejsce, w którym można zejść na ląd. O mój Boże, co za odlot!!! Wysiadłam, ale miękkie kolana utrudniały mi wspięcie się na skarpę, Różniczka trzęsła się z zimna spoglądając na wszystkich wielkimi oczyma,  w których drżały łzy jak grochy. Tylko chłopaki zadowoleni z siebie i z życia :)


A potem burza przeszła, a my na fali buzującej adrenaliny i szczęśliwi, że nic się nie stało - popłyneliśmy dalej, już bez ekscesów, relaksując się cudownymi widokami.

(No dobra, kto jest zrelaksowany, ten jest zrelaksowany ;) )
A żeby nie było wątpliwości, że oprócz ulewnego deszczu było również tak dużo wspanialego słońca, że aż trzeba było zmrużyć oczy...

Niechże więc zacytuję Osła: JA CHCĘ JESZCZE RAZ! Justyna, Paweł - dzięki Wam jedno z marzeń spełnione, dziękujemy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails