czwartek, 29 grudnia 2011

Mina przeciwpancerna

Mimo iż mąż mój twierdzi inaczej - to jest chlebak! Film przekrojowy z kolejnych 3 miesięcy życia Kaja już wysyła się na serwery YouTuba i potrwa to jeszcze jakieś tetrazylion godzin, a ja w tym czasie pochwalę się nową ozdobą mojej kuchni :) Taki piękny emaliowany prezent otrzymałam pod choinkę w tym roku. Tym samym moja kolekcja zabytkowej emalii została powiększona o naprawdę efektowny okaz. Cieszmy się i radujmy z chleba naszego powszedniego! Amen.

czwartek, 22 grudnia 2011

Pierwszy ząb!

Czy to normalne, że uważam to za wydarzenie dalece ekscytujące?! Radość była niewymowna, gdym na własnej skórze poczuła! Ałaaaaaaaaaaaa! Wrzasnęłam "ukłuta" bezzębnymi z pozoru dziąsłami. Ale cóż to? Czyżby? A może? Jest! Pierwszy własny ząbek naszego chowańca! :) Jakie to niesamowite wydarzenie! Zaraz będzie miał wszystkie zęby, potem mu one wypadną, następnie urosną nowe i zaczną się psuć, bo - mimo moich bezcelowych starań - dziecko jakimś cudem wciąż będzie miało w buzi czekoladę. Potem będzie dentysta i awantury:
- Chyba żartujesz, że to ja z nim pójdę do dentysty! Powiedziałam ci zanim w ciążę zaszłam, że okej na dziecko mogę się zgodzić, ale pod warunkiem, że ty z nim do dentysty będziesz chodził. Ja nawet ze sobą nie jestem w stanie pójść do dentysty! Hmmm, może byś nas oboje zabrał? A dostanę lizaka i plakietkę "Dzielny pacjent"?
- Nie dostaniesz, bo nie jesteś dzielna :P
A niżej real photo naszego syna w dniu, w którym dokonaliśmy odkrycia i oględzin zębiska (bo jak wiadomo bardzo jest łatwo sfotografować wnętrze paszczy półrocznego niemowlęcia).


Ehhhh, nasz bobasek robi się dorosły :) Przesadziłam z ideologią doczepioną do jednej ledwo wyrżniętej dolnej jedynki? ;) 
ps. Mężu, zgodnie z tradycją nowa kiecka się należy! 

wtorek, 20 grudnia 2011

Przygotowania

Wielkie i radosne są przygotowania do tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia. Prawdopodobnie popadliśmy w otchłań obłędu, gdyż motorem nas napędzającym jest to oto stworzonko...


... które, jak się nad tym zastanowić choćby 5 sekund, naprawdę nic z tego nie zrozumie i nie zapamięta. Ja pamiętam jedną Gwiazdkę na "starym mieszkaniu", czyli mogłam mieć wtedy 4 lata. Odcisnęła się w mej pamięci za sprawą prezentu, który mnie wówczas całkowicie zafascynował. Był to rodzaj układanki. Za pomocą małych wciskanych elementów (kółeczka, trójkąty, romby, kwadraty) układało się na plastikowej podstawce rożne wzory. Pamiętam konkretnie jeden wzór, który próbowałam stworzyć, mianowicie sowę. W roku 1986 ta układanka musiała być naprawdę nieziemsko atrakcyjna. No ale syn nasz ma lat 0, miesięcy 6,5. Nic nie zapamięta :) No ale my będziemy pamiętać, więc chyba robimy to również dla siebie samych. W tym roku dwa wielkie przełomy choinkowe. Po pierwsze PIERWSZY raz choinki będą żywe (jedna u dziadków bobasa, druga u nas), a po drugie - dla mnie i dla Skoczka to też pierwsza choinka w naszym domu. W latach poprzednich zupełnie nam się nie chciało choinki ubierać. Chyba oboje uważamy, że choinka powinna być tam, gdzie są dzieci. W tym roku była to ogromna przyjemność!


Choinki oczywiście są w donicach i oczywiście zostaną wkopane w ziemię zaraz po Świętach. Każdy kto mnie zna, wie że nie zniosłabym w domu umierającego drzewka (ja z tych co ratują, nie wycinają) i nigdy bym się na taką choinkę nie zgodziła. A tak? Piękne drzewko w domu oraz dobry uczynek dla środowiska w postaci nowego tlenoproducenta!  A przede wszystkim: jakie to będzie fantastyczne - odwiedzać w lesie z Kajetanem "twoją pierwszą choinkę" (lub choinki, jeżeli obie się przyjmą), a za 20 lat wyć pod 2 metrowym drzewem, że jezu, kiedy to było, nie wierzę, że to ta malutka choineczka, jacy my jesteśmy starzy, a jaki nasz syn dorosły. Bomba :) Damy im imiona i co roku będziemy robili małemu zdjęcie przy jego własnych drzewach. 
- Kajtuś, przesuń się słonko trochę w lewo, bliżej pnia! Bo nie widzę cię dobrze w obiektywie. A teraz chwyć rączką gałąź! No?
- Mammmoooo... ja mam 17 lat, nie sądzisz że wyglądam pod tym drzewem jak idiota? A w ogóle to nie widzisz mnie w obiektywie, bo cię od roku proszę, żebyś sobie okulary kupiła, a ty mi wciskasz, że masz sokoli wzrok jak nastolatka.
Hehe. No co! Do czasu ukończenia przez  niego 18 lat będziemy już mieli pokaźny lasek. A dodatkowo będzie to fajna lekcja poszanowania dla przyrody dla mojego małego ekobobasa :) Na razie Kajtuś "podziwia" choinki w wersji domowej (tak na serio, to w  ogóle się nie zainteresował, ale ta mniejsza motywuje go do nauki raczkowania, więc dobre i to  ;).

Ubieranie choinki u dziadków:

Turlamy się przy mniejszej choince u siebie w domu:
Z łosiowo-świątecznym pozdrowieniem! :)

czwartek, 15 grudnia 2011

Kartki świąteczne

Myślę, że nie jestem jedyną mamą, która podpisze się pod tezą, iż dziecko potrafi wiele spraw skomplikować (zwracam się do członkiń Klubu Matek Nieidealnych, członkinie Klubu Matek Idealnych proszone są o nie nasyłanie na mnie Inkwizycji. A przynajmniej nie przed świętami!). Cotygodniowe zakupy już nie są beztroskim hasaniem po markecie, wypad weekendowy stanowi logistyczny horror, a samodzielna wycieczka do przyjaciółki na drugi koniec miasta z 6 miesięcznym maluchem to wyprawa godna dokumentu na Discovery (szczególnie jeśli w tym mieście remontowana jest co druga ulica). Oczywiście po pewnym czasie wszystko to staje się normą, a wierzę, że za jakiś czas nie będziemy pamiętać, jakie to wszystko było łatwe w naszym poprzednim życiu. I hej, niech nikt mi tego nie próbuje przypominać! ;)  Z drugiej jednak strony, ileż rzeczy staje się łatwiejsze! Nie miałaś kiedyś czasu na manikiur? Teraz potrafisz go zrobić w 3 minuty, o ile tylko przybornik do paznokci położysz gdzieś w okolicach sedesu! Nie mogłaś zdecydować się, czy poszewki na poduszki powinny być w kolorze zgniłej czy butelkowej zieleni? A po co mi właściwie poduszki, lepiej kupię obojętnie jaki koc dla pełzaka! No a kartki świąteczne? Dzięki narodzinom potomka kartki świąteczne już nigdy nie będą stanowiły problemu :)


O wiele większym problemem będzie ich wysłanie. Ale problem kolejek na poczcie jest zupełnie niezależny od tego czy masz, czy też nie masz dziecka. Przed wizytą na poczcie koniecznie muszę zaopatrzyć się w krem na żylaki ;)


Ze świątecznym pozdrowieniem - mama Ola, tata Szczuro-Skoczek i syn Marchewkowy Potwór!

niedziela, 11 grudnia 2011

A teraz losowanie na serio :)

And the winner is... !


Ze zwyciężczynią (gratulacje!:)) skontaktuję się za kilka dni, dam jej najpierw szansę odnaleźć się w filmiku :) Uwaga! Reżyseria: Tata Skoczek. Mama Akacja nie odpowiada za żadne dziwne kadry, ucięte głowy itd. Szansa na nakręcenie losowania była tylko jedna. Faktem jest, że nie zamierzaliśmy kręcić Titanica 2, a zamierzaliśmy wylosować nowy dom dla "bombek" i ten cel z powodzeniem zrealizowano! Bawiliśmy się wszyscy świetnie, tak więc mam nadzieję, że nie zawiedziecie mnie kochane dziewczyny przy kolejnej takiej zabawie! Już zaczynam obmyślać kolejną edycję :)

ps. przepraszam za błąd w słowie "zwycięski". Nie przespałam nocy od pół roku. To moje usprawiedliwienie na każdą wpadkę ;)

ps. 2 Wciąż czekamy z Edi na wieści ultrasonograficzne od Dorotki :)

Losowanie

W toku :) linie telefoniczne zostały zamknięte, rozpoczynamy akcję Losowanie. Z tym, że akurat maszyna losująca poszła spać (nareszcie! ludzie, jest 11:00, to dziecko powinno spać od godziny!). Po cudownym przebudzeniu - oby nastąpiło jak najpóźniej - wydrukuję wszystkie komentarze (wezmę pod uwagę tylko 1 komentarz od danej osoby i wspaniałomyślnie ominę swoje własne wynurzenia, hih), uruchomimy maszynę losującą i... będzie wesoło :) Do zobaczenia później!

wtorek, 6 grudnia 2011

6 grudnia, czyli jaki dzień???


Dokładnie tak, jak myślicie!!! Dzisiaj jest ten jedyny w roku dzień, od dawna wyczekiwany i z nadzieją witany. Dzisiaj jest dzień ukończenia przez naszego syna SZEŚCIU MIESIĘCY! :D Mama podskakuje i wznosi dzikie okrzyki, tata rzuca się na kolana udając, że gra solówki na gitarze elektrycznej, pieluchy wirują, oliwka się leje, marchewka ze słoiczka sama się wydostała i biegnie w stronę rozdziawionej paszczy Kaja Pączkowskiego - bobasa sześciomiesięcznego! Jednym słowem: szaleństwo! Największe trudy za nami, teraz oficjalnie wchodzimy w fazę martwienia się o to, co z niego wyrośnie i żeby nie rozbił sobie głowy o kant przy wannie (w czasie nauki chodzenia). Cóż za radość :)



Oczywiście sama sześciomiesięcznica odbyła się bez przełomowych rozwojowych wydarzeń, jak każde "urodziny". Niemniej jednak granica 6 miesięcy jest zawsze symboliczna i ważna. Przynajmniej do tego przyzwyczaili mnie producenci odzieży dziecięcej (rozm. 6-9 miesięcy), mleka modyfikowanego (nr 2!), smoczków i innych rozmiarowych gadżetów, a echem w mojej głowie odbija się obiecujące zeznanie przyjaciółki Kasi: "Tak naprawdę pierwszy raz odpoczęłam po sześciu miesiącach". Kajetan! Drinka z palemką poproszę!
***
A teraz niespodzianka w klimacie świątecznym :) Gwiazdorek, którego widzimy na zdjęciach powyżej, nie byłby prawdziwym Gwiazdorkiem, gdyby prezentów nie rozdawał! Tak więc mam tu mały prezencik dla ciebie, tajemniczy lub znajomy czytelniku mojego bloga, po drugiej stronie kabla. Zestaw 6 szytych "bombek" na choinkę, lub jak kto woli - zawieszek świątecznych, dyndadełek samochodowych, wisiorków ozdobnych - pole do interpretacji jest szerokie. Oto one:


Jeżeli byłby ktoś chętny na ten mały prezencik (zachęcam wszystkich! znajomych  i nieznajomych,  moje dziewczyny i rodzinkę! Nie, mamo, nie chodzi o Ciebie... no dobra, uszyję ci zestaw poza konkursem!), to proszę tylko dać znać w komentarzu pod tym postem. W niedzielę 11.12.2011 Kajek Mikołajek wylosuje zwycięzcę, a ja umieszczę informację o tym na blogu tego samego dnia. Wtedy się skontaktujemy i paczuszka poleci wprost w ręce zwycięzcy za pomocą naszej nieśmiertelnej PP lub zostanie wręczona osobiście przez pana Gwiazdorka. Deal? :)


środa, 30 listopada 2011

W stronę Gwiazdki

 W przerwach w zajmowaniu się królewiczem, wprowadzam się w stan głębokiego relaksu szyjąc "bombki". Wpadłam w ciąg i za chwilę będziemy się w nich tarzać. A to wszystko dlatego, że w tym roku po raz pierwszy odkąd mieszkamy ze Skoczkiem pod wspólnym dachem, stanie u nas choinka. To wiekopomne wydarzenie wymaga przygotowań. Zawsze uważałam, że choinka musi być tam, gdzie są dzieci. A dziecko to my mamy takie, że robi szum za trójkę ;) 


A kiedy nie szyję, to robię udane i nieudane zdjęcia. To zdjęcie jest zupełnie nieudane. Miała być urokliwa sesja z mamusią, a tu się okazało, że dziecko postanowiło pokazać dlaczego ma prawie trzy szóstki w dacie urodzenia (prawie, gdyż jego data urodzin wygląda następująco: 6.06 g. 5:55), a mama wyszła nieostra. Ale jest to jedno z tych całkowicie nieudanych zdjęć, które się uwielbia :)

oho! z ostatniej chwili: Pączek się obudził i dzikuje w łóżeczku. Po raz pierwszy sam uruchomił pozytywkę przytwierdzoną do łóżeczka! YAY :) :) :)

sobota, 26 listopada 2011

Hołd dla "Męskiej drzemki"

Wiecie co to takiego "arszenikowa godzina"? My dowiedzieliśmy się tego w drugim miesiącu życia naszego Kaja. To taki urkoliwy moment dnia, kiedy nasze dziecko spogląda na nas z cierpieniem w oczach, a potem uderza w niewyobrażalny ryk, który trwa mniej więcej od godziny 16:00 do 20:00. Z reguły wtedy, kiedy z pracy wraca tata i zanim jeszcze zdąży zdjąć buty, już w rękach ma upłakane po kostki niemowlę. Towarzyszą tej pięknej chwili myśli w stylu: Przypomnij mi ten dzień, kiedy powiedziałam/powiedziałem ci, że chcę mieć dziecko i na BOGA PRZYPOMNIJ MI JAK TO WTEDY ARGUMENTOWAŁEM/AM!!!?. Albo: Kolka. Kolka. Kolka. Chyba dostałam ataku kolki mózgowej, bo nie potrafię sobie przypomnieć jak się nazywam. Jest wesoło ;] Oczywiście z perspektywy czasu wesoło. Że tak powiem... nie tęsknię do mojego maciupkiego bobaska, który jeszcze nie widzi, nie wie po co ma ręce, a większość funkcji życiowych kumuluje mu się w okolicach gardła i strun głosowych. Pamiętam, że w tym ciężkim okresie pomocy szukałam w mojej ulubionej książce "Dzieciozmagania" Kaz Cookie (tak na serio: książka jest fantastyczna, niestety sprawiła, że nie mam po co się brać za pisanie poradników dzieciowo-porodowych. Lepszej książki bym w życiu nie napisała). Jest tam taki podrozdział "Kolka". Czytamy więc:

Jeżeli twoje dziecko wciąż płacze, a lekarz w czasie badania twojego malucha nie wykrył żadnych problemów ze zdrowiem, to diagnoza najczęściej brzmi: kolka. Co to znaczy? Że masz dziecko, które bez przerwy płacze. Niektórym pomaga nazwanie tego co ich gnębi. Na kolkę nie ma lekarstwa, ale diagnoza przynajmniej mówi rodzicom, że to nie ich wina - po prostu wyciągnęli krótszą zapałkę i mają dziecko, które "boli brzuszek" (...)

Grejt. Po tej lekturze miałam ochotę wyłącznie nakryć się kołdrą i obudzić 2 miesiące później. Aż tu nagle nadeszło wybawienie! Jednak sfrustrowani ojcowie, po 9 godzinach w biurze, zrobią wszystko, aby móc w spokoju posiedzieć w toalecie po pracy i to bez wrzeszczącego dziecka na rękach. Także mąż mój, przypomnijmy jego pseudonim, bo jest dla tej sytuacji adekwatny i nobilitujący - Niebiański Skoczek - wymyślił sposób na "arszenikową godzinę". Owinął dziecko nasze szczelnie w rożek, przytulił do piersi, uruchomił na komputerze piosenki amerykańskich Marines i marszowym krokiem przemierzał mieszkanie kołysząc dziecko i szumiąc mu do ucha. Aż tu w pewnym momencie chmury za oknem się rozpierzchły, usłyszałam anielski śpiew, a promień słońca oświetlił mego męża i słodko śpiące w jego ramionach niemowlę. Była godzina 17:00, Skoczek osunął się na kanapę i uciął sobie drzemkę wspólnie ze śpiącym Kajtusiem. O godzinie 20:00 dziecko z zadowoleniem ziewnęło, otworzyło oczy, pomachało łapkami, a po kąpieli zostało oddelegowane do swojego łóżka na właściwy spoczynek. Od tego dnia marszowe podskoki z dzieckiem na ręku otrzymały dumną nazwę "męskiej drzemki", która już wkrótce zatraciła stricte męski charakter, bo nauczyliśmy się jej wszyscy i stała się drzemką rodzinną. Rytuał wymagał codziennego powtarzania mniej więcej do ukończenia 3 miesiąca życia, do 4 zdarzał się jeszcze co kilka dni, aby zaniknąć po ukończeniu 5 miesiąca zastąpiony późnopopołudniową zabawą. Interesujące jak zgadza to się z opisem "kolki". Nie twierdzę, że nie istnieje coś takiego jak bolesna niedyspozycja jelitowa u niemowląt. Twierdzę jednakowoż, że u nas było to nic innego jak zmęczenie życiem pozamacicznym. Polecam wypróbowanie naszej metody zanim udamy się w podróż do Niemiec w poszukiwaniu legendarnego lekarstwa na ... płacz :)
A oto krótki filmik w hołdzie dla "Męskiej drzemki".


środa, 23 listopada 2011

Dzikusek

Muszę się do czegoś przyznać. Tak naprawdę ojcem mojego dziecka jest Tarzan. No i mam takiego małego dzika ;)


Gdyby ktoś się zastanawiał co można robić w domu z 5-miesięczynym dzieckiem, aby kreatywnie wykorzystać czas, to właśnie znalazł odpowiedź. Ładniejsza część naszego tandemu pozuje, starsza i mniej urocza chowa się za obiektywem.


A tak na marginesie, właśnie wykończyłam jeden obiektyw (dobrze, że nie aparat, jak początkowo myślałam). Na szczęście mam jeszcze jeden, stałoogniskowy. Robienie zdjęcia takim obiektywem plus jednoczesne wykonywanie manewru "a kuku" z wyskokiem zza aparatu powoduje, iż obiekt nie zawsze do końca zmieści się w kadrze :)


wtorek, 15 listopada 2011

Jesienią w parkach spotkać można łosia

Łosiątko takie. Błąkało się po parku, to przygarnęłam. Okazało się, że jesienna aura go nie przeraża, wręcz przeciwnie - zmusza mnie nieustannie do dwugodzinnych spacerów. Wygląda przy tym tak:


lub tak:

(oczywiście nie mam wątpliwości, że każdy zwrócił na to uwagę, ale dla pewności położę na to akcent: Ja, łoś, siedzę w wózku. Siedzę. Co prawda z podpórką, ale od czegoś trzeba zacząć.). Jak ja wyglądam po dwóch godzinach łażenia w temp. 0 st, to sobie każdy może wyobrazić. Po prostu pod klatkę doczołguje się niebieska bryła lodu z dłońmi w kolorze buraczkowym. Kiedy ostatkiem sił, zamiast paść przed klatką i czekać na ratunek, wyciągam zgrabiałe dłonie, aby wyciągnąć z wózka dziecko, wspomniany bobas otwiera jedno oko udając cyklopa i uśmiecha się do mnie rumianymi cieplutkimi policzkami zapytując dziąsłowo "Oho, odpoczęliśmy na spacerku, nie mama?". Łe, no pewnie...


Ale muszę oddać sprawiedliwość matce naturze. Do połowy listopada było tak:



A teraz oczekujemy na najradośniejsze św. Bożego Narodzenia od lat! :)

ps. od tygodnia Kajetan próbuje dać mi do zrozumienia, że jest już dorosłym mężczyzną, który potrzebuje wyłącznie dwóch drzemek w ciągu dnia (a nie trzech, jak przez ostatnie 2 miesiące). Wciąż próbuję z nim negocjować tymi słowy: A pamiętasz, jak po twoim urodzeniu przyszliśmy ze szpitala i spałeś 20 godzin na dobę? Może pobawilibyśmy się raz w tygodniu w zabawę Jestem Malutkim Noworodkiem i pokazałbyś mi jak to się robiło? Nie? :( To może pośpisz do 8:00 rano, jak jeszcze tydzień temu? Też nie?! :( No dobra, zakładaj łosia, w wózku powieki stają się taaaakie ciężkie. Tu następuje gromki wiedźmowaty śmiech buahahahaha, który milknie w momencie uderzenia pierwszego arktycznego podmuchu wiatru na dworze. Bobas zasypia, matka pcha pod wiatr. Kurtyna, oklaski! ;)

niedziela, 6 listopada 2011

Pięć miesięcy!

To już pięć miesięcy. Co tu dużo mówić - minęło jak 5 dni. Z nowości rozwojowych - Kajtek ma wstręt do leżenia. W ostateczności posiedzi, ale też bez przesady. Ostatnimi czasy najbardziej lubimy stać! A że stać samodzielnie Kajetan nie potrafi, to z reguły my kucamy za nim, a on stoi. Nie z tej perspektywy miałeś oglądać matę edukacyjną synu, nie z tej! Już tylko szkoła koleżanki Leny zdaje się być w miarę interesująca. Może chodzi o ten różowy kolor? Urocze jest również chwytanie stópek podczas przewijania i spanie na lewym boczku, jak tata. Liczba drzemek w ciągu dnia zredukowała się do 2-3 dziennie i trwają 0,5 do 2 godzin (o dwóch godzinach możemy pomarzyć wyłącznie na spacerze). Ogólnie rzecz biorąc jest coraz łatwiej i coraz bardziej wesoło.  I to jest tendencja z którą mogą się pogodzić! :)
Na pamiątkę film z ostatniego dnia przed ukończeniem pięciu miesięcy - sobotni poranek, popołudnie i odwiedziny cioci Justyny i wujka Pawcia (drugie wcielenie króla Juliana). Oraz prezentacja pięknej pieluszki wielorazowej (jest dość duża, bo włożyłam do niej 2 wkłady, dzięki czemu miałam spokój z przewijaniem na kilka godzin). Mimo że chrześniak starał się bardzo i uśmiechał dziąsłowo do cioci Justyny ile wlezie, to ostatecznie i tak postanowił zatrzeć dobre wrażenie i załadował pieluchę tak niemiłosiernie, że ciocia uciekła z pokoju i zapomniała co znaczy "instynkt macierzyński". Brawo synu, nie będziesz miał w najbliższym czasie kuzynki lub kuzyna.



I co powiesz Zosieńko na te niebieskie oczęta. No chyba się nie oprzesz ;)

sobota, 29 października 2011

Friends :)


Tak, ten zabawny wujek w środku ma dwa identyczne zegarki. Mogę to powiedzieć śmiało: po tylu latach... znamy się jak łyse konie! Damiano, wszystkiego naj z okazji 3 dych w imieniu całej Drużyny Pierścienia. A nie, Zegarka ;)

 "Hmmmmm... Jakaś ładna ciocia i brzydki wujek?"

"Oh boy, oh boy, podobnego pana z brodą mam w domu! Może ten też będzie taki zabawny!"

"O tak, zdecydowanie uwielbiam tego drugiego pana z brodą! Człowieki z brodami są fajne!"

"Ale tata jest najfajniejszy, bo nosi"

CAŁUSY KOCHANI!

ps. Piękne zdjęcia autorstwa cioci Kasi!

piątek, 28 października 2011

Kuchenne radości

Dziecko wbrew pozorom nie zagarnęło 100% naszej uwagi. Ja bym to oszacowała na 98%, no w porywach do 100% ;) Cała szalona reszta została nam na nasze pasje i hobby. W tych ramach mieści się nowa część Heroes of Might and Magic oraz drobne zmiany wyglądu mieszkania, które porasta nowymi zdobyczami. Po pierwsze - pojawiła się dłuuugo wyszukiwana i wyczekiwana figurka Matki Boskiej. Takie figurki jako dziecko widywałam często na wsi u prababci. Wydawało mi się, że do wiejskiego klimatu mojej kuchni powinna idealnie pasować. Kiedy przyszła, nie mogłam się nadziwić, że jest taka... idealna.


 Postawiłam ją na półce, a kilka godzin później, kiedy Skoczek wrócił do domu pytam:
- Kochanie, pojawiło się coś nowego w kuchni, zauważyłeś?
- Yyyyeeee [tu następuje intensywne rozglądanie się połączone ze skupioną miną, identyczną jak u naszego syna, który w wannie/wiaderku próbuje złapać kaczkę]. Dzbanek?
- Nie, dzbanek stoi w tym samym miejscu od 2 lat [zdziwienia nie okazałam, gdyż go nie odczułam]. Próbuj dalej.
- Młynek [widzę, że już strzela, bo nic nie wymyśli]?
- Nie, młynek stoi tu od 3 lat [jak można nie zauważyć, że coś stoi w tym samym miejscu TRZY lata! Zaczynam się zastanawiać, czy Skoczek nie powinien zostać 100% abstynentem, bo gdyby nie trafił do swojego mieszkania po kilku drinkach, to mógłby się zorientować dopiero po kilku dniach. I to prawdopodobnie tylko po tym,  że w łazience koło sedesu nie byłoby Auto-Świata ;) ].
- Nie, szukaj na półce nad stołem.
- O MATKO BOSKA!
No to przynajmniej wiem, że zauważył. Co tu więcej mówić... mimo oczywistych mankamentów fizycznych - jest piękna i bardzo stara.


Poza tym pojawiła się zdobycz z Czacza, jedyna rzecz jaką przywiozłam z ostatniej wycieczki. To niewiele biorąc pod uwagę liczbę dostępnego tam towaru. Ale wiele biorąc pod uwagę moją miłość do emalii.


Pierwsza zasada prawdziwego poszukiwacza według mnie brzmi:  Nie będziesz gardził sklepem żadnym. Nie sztuką jest wyszukać coś pięknego w Almi Decor. Sztuką jest kupić coś pięknego w Inter Marche! Tak więc idę ja sobie pewnego dnia po masło do pobliskiego marketu, patrzę, a tam takie piękne słoje. No grzechem byłoby nie kupić, a grzeszyć nie mogę, bo Matka Boska patrzy ;)


A kiedy już stałam się szczęśliwą posiadaczką słoja na ciastka, to trzeba było upiec ciastka. Na okrągło piekę więc ciasteczka, które upiekła dla mnie jakiś czas temu Zwariowana Wiewiórka. Reklamowała je jako "zdrowe ciastka dla mam karmiących". Zdrowe czy nie, były pyszne i pożarłam je zostawiając jedno dla Skoczka, który potem 3 razy domagał się informacji gdzie je kupiłam (nadmienię, że nie powtarzał pytania dlatego, że odmawiałam odpowiedzi, wręcz przeciwnie - za każdym razem odpowiadałam O_o ) Przepis na ciastka można znaleźć na blogu Make cooking easier. Ja wprowadziłam jedynie taką modyfikację, że posiekałam płatki owsiane przed wrzuceniem do ciasta. Dzięki temu ciastka były bardziej miękkie. Warto zajrzeć na tego bloga - świetne przepisy i przepiękne zdjęcia!


Ach te moje talerzyki w błękitną krateczkę... 12 zł za 6 sztuk w nowotomyskiej "gemeli". Kolejna cudowna zdobycz upolowana w sklepie, który przypomina pchli targ.  Przemycałam je do domu, bo już jakiś rok temu dostałam od Skoczka zakaz sprowadzania kolejnych sztuk fajansu. Ale oczywiście żona ze mnie średnio pokorna, więc pewnego dnia radośnie podałam mężowi ciacho na tym talerzyku. On na to "A to co?", "No jak to. KRATECZKA! Brakowało nam talerzyków w krateczkę...", "Oczywiście, niczego nam tak nie brakowało, jak talerzyków w krateczkę". Z kraciastym pozdrowieniem, rodzina T., której 2/3 właśnie tarzają się po dywanie wznosząc radosne okrzyki "agu"! :)


ps. maliny były mrożone, a mimo to ciastka wyszły świetnie!

piątek, 21 października 2011

A ku ku!

Ale że co? Że Was "a ku ku" nie śmieszy? Sztywniaki ;P


wtorek, 18 października 2011

Jak nam mija 5 miesiąc

Dwa tygodnie temu mój pół-krwi poznaniok odwiedził swoją babcię mieszkającą w sercu miasta i po raz pierwszy świadomie zwiedził Stary Rynek. Urządził koncertowy ryk na wejście i wyjście z domu babci. Pierwszy ryk w ramach szoku poznawczego, a drugi ryk w ramach pożegnania. A tak naprawdę oba wiązały się najprawdopodobniej z mrokiem panującym w korytarzu babcinego mieszkania. Na szczęście Kajtek wziął ze sobą królika. Z przyjacielem zawsze raźniej.


Ale największą niespodzianką było to, że w całym tym dramatycznym płaczu sytuację uratowało nosidełko. Wcześniej niepraktykowane poza domem, więc zupełnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Wręcz byłam przekonana, że proces wkładania płaczącego dziecka do nosidełka jeszcze spotęguje histerię. A tu niespodzianka... dziecko uspokoiło się w sekundę i przez następne 1,5h zwiedzało z nami miasto. ZACHWYCONE! Po tej wycieczce nosidełko uślinione było do granic możliwości ;) Ale jak to dziecko spało w samochodzie, jak spało! No tak, szkoda tylko, że idzie zima i już wiele razy nie będziemy mieli okazji go użyć. No ale mam nadzieję, że młodzieniec za kilka miesięcy stanie na własne nogi i ogólnie kwestia noszenia przejdzie do historii.


Kiedy pytają mnie... czy da się cokolwiek zrobić w domu z dzieckiem, głęboko się zamyślam i oczyma duszy przywołuję te momenty kiedy rozładowuję zmywarkę na jednym biodrze trzymając dziecko albo składam pranie siedząc na dywanie z dzieckiem na udzie. Należy tu podkreślić, że dziecko po pierwsze jeszcze nie siedzi samodzielnie, więc muszę je podtrzymywać, a po drugie myśli że to taka zabawa w chwytanie wypranych majtek i pakowanie ich sobie do buzi. Albo te momenty, kiedy z ogromną ulgą (bo młody zasnął na drzemkę) siadam na kanapie, otwieram książkę i radar mojego dziecka "mama próbuje się zrelaksować, ja chcę się relaksować razem z nią" natychmiast się włącza i nieprawdopodobnie senne przed minutą oczy otwierają się szeroko. Ale czasami da się coś zrobić ... napisać posta na blogu (dziecko to najlepszy praktyczny kurs pisania na klawiaturze jedną ręką), poszyć na maszynie na ten przykład. Łohoho, jakież cuda udało mi się natenczas uszyć, jakież ;)

O rany, o rany, tego motylka na pewno da się złapać! Muszę, po prostu muszę włożyć sobie to pokrętło do buzi!

Można też pograć. Oczywiście nie w gry wymagające użycia obu rąk! Ale w nowych Herosów jak najbardziej :)


Uchylam się od odpowiedzi na pytanie dlaczego to dziecko nie śpi w swoim łóżeczku. Na pocieszenie samej siebie dodam, że był to wyjątek. Ale zdaje się, że Zabawny Pan z Brodą nie narzekał ;)

środa, 5 października 2011

Pierwsze "prawdziwe" jedzenie i podsumowanie z okazji 4 miesięcy życia


Jutro rycerz kończy 4 miesiące. Jak widać ma swojego konika :)


W tym momencie najbardziej spektakularnymi osiągnięciami rozwojowymi są: dorosły śmiech na cały głos i absolutnie świadome użycie rączek, o których już wiemy, że dzięki nim można doprowadzić grającego kurczaka prosto do buzi. Spacery są dziś dużo prostsze niż 2 miesiące temu, bo młody uwielbia obserwować drzewa. Czyli nie ryczy kiedy nie śpi ;) No chyba że się wyśpi w wózku, a ja jestem akurat przypadkowo na drugim końcu miasta. Hmmm, wtedy jest problem. No ale jak wiadomo, mama niemowlaka jest skrzyżowaniem Elastyny, Cat Woman i Shivy. Ma więcej rąk niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, potrafi być jednocześnie w kuchni i pokoju oraz posiada nieprawdopodobny refleks umożliwiający chwytanie w locie wypadającego smoczka z jednoczesnym podrzutem osuwającego się dziecka, a to wszystko w czasie podpisywania listonoszowi odbioru paczki. Czymże jest więc taki zwykły spacer kończący się jednoczesnym niesieniem dziecka na rękach, pchaniem wózka i odbieraniem telefonu. Zaczynam wierzyć w to, że matki są lepszymi pracownikami. Bo praca zawodowa to prawdopodobnie prawdziwy relaks dla mamy, poza tym co to za problem dodać sobie jeszcze jeden obowiązek ;) 

 (ach te piękne stópki...)

Dodatkową wątpliwą atrakcją ostatniego miesiąca była rewolucja jelitowa Kajetana pochodzenia wirusowego. Wirusa nie nazwano i nie zidentyfikowano. Ponieważ przewijanie dziecka 10 razy dziennie stanowi naprawdę wątpliwą przyjemność, poprosiliśmy o ratunek pediatrę. Zalecenie: w celu "uformowania kupy" należy dziecku podawać kleik ryżowy. Ogromnie mnie to zirytowało, gdyż bardzo poważnie podchodzę do żywienia dziecka i zdecydowanie nie taki był plan. Do 6 miesiąca  zamierzałam karmić Kaja wyłącznie moim mlekiem, aby dać mu maksimum czasu na wykształcenie układu pokarmowego, a po tym okresie planowaliśmy powoli wprowadzać stałe pokarmy metodą BLW. Wtedy kiedy dziecko będzie na to gotowe, a nie wtedy kiedy będą na to gotowi specjaliści marketingu firmy produkującej "słoiczki". No ale ponieważ nie jestem aż tak uparta, to postanowiliśmy zaufać lekarce. I to by było na tyle jeżeli chodzi o niewprowadzanie papek przed ukończeniem 6 miesiąca. Co nie oznacza,  że rezygnujemy z metody Baby-Led Weaning (znane u nas jako "Bobas Lubi Wybór"), absolutnie nie! Bardzo chcemy wychować małego łasucha :) Ale na to jeszcze przyjdzie czas, najpierw Pączek musi umieć usiąść w krzesełku do karmienia. Obserwując jednak jak bardzo mały pragnie usiąść, zaczynam wierzyć, że stanie się to już niedługo!
A oto relacja z ważnego wydarzenia w życiu naszego bobasa - pierwszy posiłek, w skład którego nie wchodziło mleko (kleik wg zaleceń lekarza miał być na wodzie):


Oczywiście kleik (dosłownie) gó*^#$%o dał ;) Tego wirusa po prostu musieliśmy przetrawić. Ale zdaje się, że nie  będzie problemu ze znalezieniem innego chętnego na skonsumowanie reszty ryżowej papki ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails