niedziela, 30 stycznia 2011

Dialogi z brzuchem. O jedzeniu.

Komunikujemy się z małym Indianą Jonesem permanentnie. Ma mi dużo do powiedzenia...


I wszystko jasne! Co złego to nie ja, to Indiana! Ja tylko spełniam jego zachcianki ;)

A tak z innej beczki: dołuje mnie komunikat z serwera udostępniającego tła. Jak mi 1 lutego zniknie moje ukochane tło blogowe, to będę ryczeć.

niedziela, 23 stycznia 2011

Kocham Cię Życie (album dla mamy)

To temat przewodni maminego albumu. Przekrojowo przez życie, aby w każdej sekundzie móc sobie przypomnieć, jak się jest szczęśliwym... Pomijamy wszystkie smutne chwile, zapominamy porażki i zmartwienia, pozostawiamy w pamięci i w albumie to co najlepsze. Co prawda Mamusia nie nazwałaby swoich kozaków noszonych w Zakopanem "tym co najlepsze". Kwestia ta podnoszona jest zawsze przy okazji pewnego zdjęcia, mimo iż wszyscy zgodnie uważamy, że nie odstawały, a nawet jeżeli,  to nie był to problem ich kształtu, ale maminych chudych girek ;) No bo jak się ma 10 lat, to się nie ma łydek jak Jagna z Chłopów. Ponadto niedźwiedź śmierdział. Czy ktoś w ogóle zwracał uwagę na  góry w tym Zakopanym? 

Równie ciekawe było dla mnie to, że co kilka stron pojawiała się Francja. Od niej się zaczęło podróżowanie,  do niej wracaliśmy jeszcze w tym roku. To ona nadawała poszczególnym etapom życia  mamy pewien kontekst. Tam się kiedyś zaczynał dla niej ledwo osiągalny Świat,  który dzisiaj jest po prostu w zasięgu ręki, jak bardzo drogi sercu, bo pełen sentymentu klejnot.

A takie oto są skutki tygodniowego siedzenia w domu (człowiek ma nagle czas i siłę na wycinanie kwiatków z materiału). Kilka wybranych stron (to nie tak, że mama przeskoczyła w kapsule czasu z 30tki na 40tkę w jedną noc ;) )jeszcze przed wypełnieniem:



I jeszcze coś z zupełnie innej beczki: Złotowłosej Migawce i Czekoladowej Prawniczce bardzo dziękuję za sobotę, a dokładnie za słowa "blogowego" wsparcia. Aż się chce pisać :)

niedziela, 16 stycznia 2011

Jesień w Nowym Tomyślu 2010

Troszkę spóźniona, biorąc pod uwagę, że już zimę zdążyliśmy przeżyć. No ale na usprawiedliwienie własnej niesystematyczności - tyle się działo! ;)  Ale jest, jest, moja jesień w mieście. Czyli Nowy Tomyśl na złoto. Każdy nowotomyślanin z pewnością rozpozna dąb koło PKO i park przy liceum. Było niemożliwie pięknie, tak się cieszę, że mam pamiątkę z tej niezwykłej pod każdym względem jesieni!


Naprawdę odnalazłam się w tuszach alkoholowych. Uwielbiam nieprzewidywalność wzoru i niesamowite oraz bardzo szybkie efekty. Nie lubię żmudnej pracy, nie dla mnie haftowanie gobelinów z jeleniami na rykowisku o wymiarach 3x4m. Szybkie efekty są ekscytujące, a takie właśnie możliwości dają tusze alkoholowe. Z drugiej strony, jeżeli coś pójdzie nie tak, trudno to naprawić. Ogólnie: alkoholowy żywioł :)


Jesień Misi pojawi się wkrótce na jej blogu. A tutaj dla pamięci: lato oraz wiosna.

środa, 12 stycznia 2011

Nasze arcyważne wspólne dzieło, czyli dziecko w połowie drogi...

 
 
Więc jesteś? Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
Sieć była jednooka, a ty przez to oko?
Nie mogę się nadziwić, namilczeć się temu.
Posłuchaj
Jak mi prędko bije twoje serce.

W. Szymborska


4 lata temu zapisałam fragment tego wiersza na odwrocie swojej fotografii, którą dostał  mój Ukochany. A teraz dedykuję go naszemu synowi. Bo najwyższy czas zapisać w wirtualnym pamiętniku o tym, że będziemy rodzicami! Właśnie dostałam lekkiego kopniaczka malutką - ustawioną pod idealnym kątem  do goleni - stópką. Jakie to uczucie? Jak rybka podskakująca w sieci, jak bąbelki oranżady, jak trzepot skrzydełek, jak radość.


Jaki on będzie, jacy my będziemy? Ten maleńki cud, z serduszkiem trzepoczącym jak ptaszek w klatce. Z malutkimi rączkami, których widok studiuje intensywnie na każdym podglądaniu (zwanym w niektórych kręgach badaniem USG). Na razie jest naszym pływakiem, zwanym Snorkim, który codziennie w godzinach wieczornych urządza w maminym brzuchu sesje pływackie...


Pół nocy wczoraj zastanawiałam się nad tym jak wychować syna na porządnego człowieka :) Lekko nie będzie, po prostu każę się zahibernować na czas jego okresu dojrzewania i poproszę, żeby mnie obudzono, kiedy już będzie odbierał Nagrodę Nobla. I będzie tak: "W pierwszych słowach chciałbym podziękować mojej mamie, która siedzi w pierwszym rzędzie. To dzięki tobie wyrosłem na mądrego i wrażliwego człowieka. Tato, pamiętam kiedy pierwszy raz opowiedziałeś mi o czarnych dziurach w kosmosie. To wtedy  poczułem, że astronomia to moje powołanie. Dziękuję Wam, kochani rodzice". Słyszycie ten szloch na widowni? To ja płaczę ze wzruszenia ;) Albo będzie obrońcą przyrody, będzie mieszkał w Puszczy Białowieskiej po sąsiedzku z Wajrakiem i liczył 200-letnie dęby. A ja będę kolekcjonowała wszystkie jego publikacje i artykuły. W ramach gościnnych występów mogę się dla niego przywiązać nawet do jakiegoś drzewa. Autorytet matki musi zrobić wrażanie na TVN24! Do 30-tki uda mu się na pewno uratować populację morświna w Bałtyku. A może będzie stolarzem i renowatorem starych mebli! O tak, mamusia chętnie pomoże w tym biznesie. Wszyscy będą o nim mówić, że ma prawdziwy talent w rękach. A ja będę miała album ze zdjęciami jego najbardziej spektakularnych dokonań w dziedzinie renowacji. Jest jeszcze możliwość, że zostanie matematykiem, jako że tatuś już znalazł pozycję w Empiku pod tytułem "Jak wychować matematyka". Dzięki temu będzie mógł z powodzeniem utrzymywać rodzinę bazując na matematycznej ignorancji innych ludzi (uzasadnienie tatusia do zakupu książki). A może będzie stróżem prawa w służbie narodu? Mamy w genach te ciągoty. Urok osobisty odziedziczy po wujku Michale i mamusia się nie opędzi od adoratorek, wzrost na pewno będzie miał po dziadku Januszu. A w ogóle to będzie czysta mama i czysty tata (w zależności komu z rodziców trzeba będzie zrobić w danej chwili przyjemność). Kreska Gronowskich na czole jeszcze co prawda nie wyszła na USG, ale jestem pewna że ujawni się w pierwszym zgredkowym grymasie niezadowolenia, zaraz po wyjściu na świat. Jest szansa że nastąpi to w urodziny taty i za to trzymamy kciuki! I za te biedne morświny oczywiście. I za to trzepoczące serduszko, żeby dalej tak pięknie podskakiwało w  postaci tych pięknych komór i pięknych przedsionków, które nasza wspaniała pani doktor pokazała nam wyraźnie na monitorze. A na koniec komunikat od naszego stałego domownika, który jest odrobinę przestraszony sytuacją, szczególnie od kiedy Karol straszy go odrobaczaniem i dezynfekcją klatki:



Podpisano,
szczęśliwa przyszła mama pierworodnego syna :)


niedziela, 9 stycznia 2011

Wspomnienie przedostatnie

Chciałabym wiedzieć, czego sobie wtedy życzyłam... I nie, nie pamiętam pierwszych urodzin, ale na swoje szczęście pamiętam bardzo dużo z pierwszych lat życia. Wspomnienie na odwrocie karnetu.


To moja odpowiedź na wyzwanie wspomnieniowe, które stworzyłyśmy z Misią. Tutaj jest jej wspomnienie z Krakowa (było wesoło mimo moich obolałych ósemek, a szczególnie zabawne było kiedy Misia biegała w sandałach, a ja w czapce i rękawiczkach). Raz jeszcze wykorzystałam papier American Crafts "Heart Wave", gdyż jest piękny i go uwielbiam.
***
A jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to kolejny post w moim wirtualnym pamiętniku będzie bardzo życiowy i bardzo wesoły. Bo twórczość moja i męża jest zakrojona na bardzo szeroką skalę ;)

czwartek, 6 stycznia 2011

Słodka zakładka do książki kucharskiej

Każda książka, jak również każdy właściciel książki, zasługują na zindywidualizowane zakładki do swoich książek. Taką mam teorię. Druga sprawa jest taka, że nie ma nic bardziej przyjemnego od robienia zakładek. To chyba najbardziej pożyteczny craftowy wytwór, a ja jestem niestety obrzydliwie praktyczna w kwestii rękodzieła.
Tak więc dla Księżycowej Rysowniczki, wraz z książką kucharską Nigelli, dla zachęty do gotowania i studiowania książki... I oby studiowanie książek kucharskich relaksowało Cię tak jak mnie kochana! :)

Z tyłu jest miejsce na wpisanie sobie stron z ulubionymi przepisami lub jakichkolwiek innych notatek. A u góry mała zawieszka na poprawienie apetytu.

Papier "lodowy", który wykorzystałam jest po prostu przepiękny i pochodzi z kolekcji American Crafts "Heart Wave".

niedziela, 2 stycznia 2011

Truskawkowe mascarpone

Ponieważ będę potrzebowała czasu, żeby nadrobić rzeczy, które muszę zrobić na dzisiaj (a skoro siedzę na kanapie, to najprawdopodobniej nie będą zrobione dzisiaj :] Misia, wspomnienie obiecuję w  przyszłym tygodniu), to najpierw dla pamięci wrzucę to, co zrobiłam na przestrzeni ostatnich dni lub tygodni. Najbardziej aktualny jest ten deser, który zrobiłam na Sylwestra (a propos, było przemiło! :)). Jest on hołdem dla mojej niepohamowanej ochoty na truskawki, które nigdy przecież nie były moimi ulubionymi owocami. A od pewnego czasu jem lody truskawkowe, dżemy truskawkowe i myśl o truskawkach napawa mnie radością. Dlatego właśnie wymyśliłam ten deser. Myślę, że jest godny polecenia. No chyba, że wszyscy, którzy go próbowali chcieli po prostu być mili ;) Moja opinia nie jest obiektywna - mnie obecnie wszystko obłędnie smakuje!


Co będzie potrzebne na porcję dla ok. 6-8 osób czyli pucharek o średnicy 20 cm?
- 750 g serka mascarpone;
- opakowanie mrożonych truskawek;
- słoik dobrej konfitury z truskawek;
- 2 laski wanilii;
- opakowanie ciasteczek Digestive;
- cytryna;
- brązowy cukier;
- kubeczek jogurtu naturalnego;
- likier w ulubionym smaku;

Sos truskawkowy
Mrożone truskawki rozmroziłam w garnku na wolniutkim ogniu (nie smażyłam, po prostu rozmrażałam w przyśpieszonym tempie, a tak w ogóle to nie posiadam ognia, a płytę elektryczną, którą ustawiłam na najmniejsze grzanie) i kiedy były miękkie zmiksowałam na jednolitą masę. Podkręciłam płytę, aby się podgrzały. Następnie do gorącego sosu ze zmiksowanych truskawek dodałam słoik konfitury truskawkowej. Podgrzewałam razem jednocześnie mieszając, do momentu gdy wszystkie składniki idealnie się połączyły w cudowny truskawkowy sos. Nie doprowadzałam sosu do wrzenia, podgrzewałam wszystko tylko po to, aby ładnie się połączyło. Dzięki konfiturze sos powinien być odpowiednio słodki, ale zawsze lepiej spróbować, a następnie w razie konieczności dodać brązowego cukru. Zdjęłam sos z ognia i zostawiłam do ostygnięcia.

Masa serowa
Serek, który kupiłam był w 3 opakowaniach po 250 gr. Najpierw zajęłam się warstwą waniliowo-cytrynową. Jedno opakowanie serka wyłożyłam do miski, a następnie dodałam do niego ok. 3 łyżek brązowego cukru, sok z połowy cytryny oraz miąższ z dwóch lasek wanilii. Zmiksowałam wszystko razem. Aby rozrzedzić gęsty serek dodałam również do niego kubeczek jogurtu naturalnego i zmiksowałam całość. Co do cukru - uważam, że lepiej dodawać go stopniowo próbując za każdym razem czy masa jest dla nas odpowiednia. Ja boję się przesłodzonych deserów, ale jeżeli stwierdzam że jest mało słodkie to bez wahania dosypuję cukru. Masę cytrynowo-waniliową wstawiłam do lodówki, aby czekała na swoją kolej.
Następnie do miski wyłożyłam 2 pozostałe opakowania mascarpone (500 g) i stopniowo dolewałam wystudzonego sosu truskawkowego (ok. połowy sosu, który przygotowałam). Druga połowa sosu była mi potrzebna do wykończenia deseru (polania wewnątrz oraz polania na wierzchu). Sos dodawałam więc do masy  stopniowo, aby kontrolować jej konsystencję - masa serowa nie może być zbyt płynna.

Najfajniejsza część, czyli składanie wszystkiego do kupy :)
Serek truskawkowy podzieliłam w misce na dwie połowy. Pierwszą połowę wyłożyłam do pucharka i wyrównałam. Ciasteczka Digestive moczyłam sekundę w ulubionym likierze czekoladowym i układałam je na warstwie serka truskawkowego starając się, aby pokryły całą powierzchnię. To wymaga momentami pokruszenia ciastek na mniejsze cząstki. Na ciastka wyłożyłam całość serka waniliowo-cytrynowego i wyrównałam. Następnie ułożyłam drugą warstwę ciastek i polałam je niewielką ilością sosu truskawkowego (aby wypełnił szczeliny między ciastkami). Na ciastka wyłożyłam pozostałą część serka truskawkowego i wyrównałam do brzegów pucharka. Polałam całość resztą sosu truskawkowego. Voila!
Deser włożyłam lodówki na kilka godzin (myślę, że min.to byłaby 1 godzina).


Gdybym miała jakiekolwiek kieliszki w komplecie większym niż 4 szt, to spróbowałabym zrobić to w kieliszkach. Mam nadzieję, że będę jeszcze miała w przyszłości okazję zrobić ten deser. Mam słabość do wszystkich rodzajów białego sera :) Przygotowanie tego deseru naprawdę nie jest trudne (czemu mógłby zaprzeczać mój przydługawy opis). Każdy sobie poradzi, polecam!

Aktualizacja z 30 stycznia: z braku wanilii postanowiłam zrobić jasną warstwę po prostu cytrynową (sok z połowy cytryny na 250gr serka + czubata łyżeczka brązowego cukru) i było chyba jeszcze lepsze, bo bardziej kontrastowe.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails