środa, 9 marca 2011

Wspomnienie jedenaste

Prababcia Marysia rozmawiała ze zwierzętami. Dosłownie i w przenośni. Mówiła do nich kiedy szła je karmić, mówiła do nich kiedy wieczorem zamykała kurnik i chlew. Jestem pewna, że było to porozumienie ponad gatunkami. Taką miała potrzebę serca i ducha, który w ciągu godzin ciężkiej pracy znajdował sobie godnych rozmówców, aby nie czuć samotności. Gdyby św. Franciszek z Asyżu mógł być kobietą, wyglądałby tak...


Historia Rudego jest prosta jak psi żywot. Przyplątał się pewnego lata nie wiadomo skąd. Wszystkie psy w domu babci pochodziły z włóczęgi, więc i ten odnalazł nas sam. A co znalazł? Jeden otwarty na oścież dom z małym gospodarstwem, jedną nigdy niezamykaną na noc bramę, jednego kudłatego psa bez budy (ale też bez łańcucha), trzy pokolenia wrażliwych na psią niedolę kobiet (moja prababcia Marysia, moja babcia Zdzisia i ja) oraz BARDZO niechętnego przygarnianiu jakichkolwiek nowych zwierząt wujka. Wujek Janek był nastawiony bojowo i płoszył psa wszelkimi znanymi sobie sposobami, a wiedzieć należy że dysponował naprawdę ciężkim orężem, ponieważ miał przydomowy warsztat samochodowo-spawalniczy. Po tygodniu bezustannych prób zniechęcenia do nas rudego kundla i jego ciągłych powrotach stwierdził "Ja nawet nie chcę słyszeć o kolejnym psie! Jak to jest w ogóle możliwe, że jak tylko jeden zdechnie, to zaraz przyłazi jakiś nowy? Od tygodnia próbuję tego rudego przepłoszyć! Dlaczego ten kundel ciągle wraca?!". Gdyby wujek Janek był mniej zapracowany, to może zauważyłby wtedy trzy niewinne wyrazy twarzy i aureole nad głowami trzech krzątających się po kuchni dziewczyn. Jedna z miną anioła wpatrywała się w zupę, druga - jak nigdy - wkładała całą duszę w zmywanie naczyń, a trzecia nagle przypomniała sobie, że musi sprawdzić czy nie ma jej w stodole. I tak zostawiłyśmy wujka z wieczną zagadką. A jej rozwiązanie było proste... zakochane w rudym kundlu karmiłyśmy go przez tydzień kiełbasą. Oczywiście każda z nas po kryjomu i niezależnie od reszty :D Jak się skończyła ta historia? Oczywiście Rudy został i stał się ukochanym psem prababci. To co widać na zdjęciu to prawdziwy ewenement, ten pies nigdy dla nikogo nie był tak czuły i spokojny... To był wulkan energii, który lizał po rękach tylko moją prababcię. Kiedy brała rower skakał ze szczęścia na wysokość jej głowy, towarzysząc jej w wycieczkach. Łapał w locie iskry spawarki wujka i warował całe dnie na miedzy, kiedy babcia pracowała w polu. Drugiego takiego duetu jak ten już nigdy, nigdy nie będzie...
Praca powstała w ramach wyzwania wspomnieniowego mojego i Michelle. Oto jej piękna praca.

2 komentarze:

  1. Cudowne wspomnienie,cudowne zdjęcie.Myślę że Babunia Marysia jest z Ciebie dumna i szczęśliwa że pielęgnujesz pamięć o niej w tak uroczy i piękny sposób.Indiana może być spokojny mając taką mamę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Całkowicie zgadzam się z Przedmówczynią :) (w tym miejscu pozdrawiamy Akacjową Mamę :))) Piękne wspomnienie. Maluch ma cudowną Mamuśkę i niedługo się o tym osobiście przekona, jak w końcu przejdzie na TĘ stronę brzusia :*

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails