wtorek, 19 kwietnia 2011

Pokoik Indiego - ostatnie starcie!

I co, już nic nie zostało do urządzenia w mieszkaniu? Zaczynam planować dom :)
A radosna informacja jest taka, że skończyliśmy przygotowywanie dziecięcego pokoju. Jeszcze na pewno pomalujemy kredens i na pewno pojawią się nowe ramki ze zdjęciami oraz kilka (to ważne, bo mogłoby być 'wiele') strasznie-ważnych-i-niezbędnych-bo-inaczej-dziecka-nie-oporządzisz-no-trudno-że-drogich-sprzętów. Ale tak naprawdę - pokoik jest gotowy i czeka na swojego mieszkańca (Nie, drogie dziecko, to nie jest zachęta do przedwczesnego opuszczenia hotelu! Siedź tam i nie kombinuj, jak mówią mężowie zaprzyjaźnionych świeżo upieczonych mam - GRUNT TO PUNKTUALNOŚĆ!). 
W ostatniej fazie urządzania pokoju zostały do zrobienia same przyjemności, a więc skręcanie mebli i jeżdżenie z nimi po pokoju w celu wpasowania. Nie lubię kompletów mebli, nigdy nie lubiłam. Podobają mi się mebelki różne, wyszukane, upatrzone. Takim sposobem pojawiło się łóżeczko. Wypatrzyliśmy je w nowotomyskim sklepie i była to miłość od pierwszego wejrzenia - spojrzeliśmy na nie ze Skoczkiem i było wiadomo - to jest to! Komentarz Skoczka do instrukcji montażu, którą studiował prawie tak wnikliwie jak swoją pracę mgr mając przy tym następujący wyraz twarzy :
No cóż, Ikea to to nie jest... Składam na czuja, może wyjdzie. Potrzebne jest jedynie 3 pary rąk do jego złożenia.  


Do dyspozycji mieliśmy dwie pary (No ja mam jeszcze w zapasie jedną parkę rąk, ale Indi olał składanie swojego łóżeczka, spał jak suseł i odmówił współpracy).


Następnie czas przyszedł na komódkę z przewijakiem. Długo się broniłam przed meblem przeznaczonym do przewijania małego. Chyba wciąż wypieram, że będę musiała to robić 8 razy dziennie. Przekonało mnie kilka ważnych czynników: mąż, który oświadczył, że nie wychodzi bez tego mebla z Ikei; fakt że blat do przewijania jest odkręcany i jak już nauczymy Indiego korzystania z nocnika w 6 mscu życia, to blat się odkręci i będzie komódka na książki i zabawki oraz to, że nie nie byłam przekonana do żadnego innego pomysłu na przewijanie bobasa. Więc tradycyjnie, jak trwoga to do Ikei ;) W tym, że decyzja była dobra utwierdziła mnie moja główna konsultantka ds. wychowywania dzieci (nie miała wyjścia, musiała odpowiadać na moje namolne pytania od początku ciąży, bo mam przyjemność siedzieć zaraz obok niej w pracy) - Gosia. Mianowicie  uświadomiła mi, że przy naszym wzroście przewijanie dziecka na komodzie, kanapie, łóżku, podłodze, fotelu w samochodzie, kasie w markecie, biurku szefowej... i tak dalej ;] nie wchodzi w grę. Skończyć się to może jedynie ciężkim urazem kręgosłupa i w konsekwencji nas też ktoś będzie musiał przewijać. A więc tak, jestem pogodzona, dziecko trzeba przewijać i radosna wiadomość - mamy na czym dokonywać tej godnej czynności. Tym razem obyło się bez niespodzianek i gdyby Skoczek był tym pamperkiem z instrukcji, to zadzwoniłby do Ikei z informacją:  

 
Bądźcie błogosławieni!

Największym problemem było wniesienie kartonu, potem już było z górki. Ja dźwigać podobno nie mogę (chociaż czasami udaję, że o tym zapomniałam, bo koszyk w markecie zawsze jakiś taki pełny), więc Skoczek musiał dać radę samodzielnie. W nagrodę dostał wyłączność na skręcanie mebla ;P


Ja w tym czasie szyłam moskitierę na łóżeczko, uzupełniałam ramki na zdjęcia, zmieniałam firany i zasłony w całym domu... total makeover. Nie ma nic fajniejszego niż wieczoem położyć się na kanapie podziwiając efekty własnej pracy. Pokoik (a przy okazji całe mieszkanie na wiosnę) jest już w dużej mierze gotowy.

Królik też już czeka:

I kapciuszki od cioci Justyny:

Krzesło od Babuni do biurka rodziców (ten bastion "normalnego" życia został zachowany i nie zostanie nam odebrany!) i krzesełko dla Indiego:


Zestaw zupełnie nie z jednego zestawu, a więc łóżeczko i diabelski przybornik do mycia i czyszczenia dziecięcej...  a co się będę wdawać w szczegóły i straszyć wszystkie przyszłe mamy ;)


No i jeszcze pewna kwestia... chyba trzeba będzie przemianować Indianę na Maverica. Obawiam się, że ojciec mojego dziecka zaczął osuwać się w otchłań obłędu. A myślałam, że to ja mam szajbę na punkcie ślicznych dziecięcych ciuszków. Ale kiedy usłyszałam tajemną rozmowę taty z brzuchem o treści: "Nie bój się, tata nie pozwoli zrobić z ciebie małego Oliviera Twista, nie...". A potem zobaczyłam to:

 (szczególną uwagę proszę zwrócić na napęd czołgu...)

... i ważny detal:
... żeby nie było wątpliwości, naszywka głosi MINI MILITARY MAN JUNIOR RECRUT

Uczcijmy to minutą ciszy ;)

6 komentarzy:

  1. Zakochałam się :) Ślicznie Bejbe! :) Nawet kapciuchy pasują ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Full ekskluziv !:) Ola a skąd to przecudne białe krzesło do karmienia?!!!!!
    Też takie miałam jako dziecko, identyczne, tylko czerwone!

    OdpowiedzUsuń
  3. Marta, ono było czerwone! :D Toż to moje własne osobiste krzesełko! Tylko musiałam je przemalować, bo wykarmiło w ciągu 28 lat pięcioro dzieci i ostatnie 7 lat spędziło na strychu. Jeszcze muszę je dokończyć i wrzucę na bloga, to będziemy razem płakać ze wzruszenia. Buziaki! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przecudowna relacja! Pokoik wygląda przepięknie! Małemu będzie tam z pewnością dobrze :D

    Wesołych Świąt! (ja zupełnie nie wielkanocna jestem niestety...)

    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails