sobota, 29 października 2011

Friends :)


Tak, ten zabawny wujek w środku ma dwa identyczne zegarki. Mogę to powiedzieć śmiało: po tylu latach... znamy się jak łyse konie! Damiano, wszystkiego naj z okazji 3 dych w imieniu całej Drużyny Pierścienia. A nie, Zegarka ;)

 "Hmmmmm... Jakaś ładna ciocia i brzydki wujek?"

"Oh boy, oh boy, podobnego pana z brodą mam w domu! Może ten też będzie taki zabawny!"

"O tak, zdecydowanie uwielbiam tego drugiego pana z brodą! Człowieki z brodami są fajne!"

"Ale tata jest najfajniejszy, bo nosi"

CAŁUSY KOCHANI!

ps. Piękne zdjęcia autorstwa cioci Kasi!

piątek, 28 października 2011

Kuchenne radości

Dziecko wbrew pozorom nie zagarnęło 100% naszej uwagi. Ja bym to oszacowała na 98%, no w porywach do 100% ;) Cała szalona reszta została nam na nasze pasje i hobby. W tych ramach mieści się nowa część Heroes of Might and Magic oraz drobne zmiany wyglądu mieszkania, które porasta nowymi zdobyczami. Po pierwsze - pojawiła się dłuuugo wyszukiwana i wyczekiwana figurka Matki Boskiej. Takie figurki jako dziecko widywałam często na wsi u prababci. Wydawało mi się, że do wiejskiego klimatu mojej kuchni powinna idealnie pasować. Kiedy przyszła, nie mogłam się nadziwić, że jest taka... idealna.


 Postawiłam ją na półce, a kilka godzin później, kiedy Skoczek wrócił do domu pytam:
- Kochanie, pojawiło się coś nowego w kuchni, zauważyłeś?
- Yyyyeeee [tu następuje intensywne rozglądanie się połączone ze skupioną miną, identyczną jak u naszego syna, który w wannie/wiaderku próbuje złapać kaczkę]. Dzbanek?
- Nie, dzbanek stoi w tym samym miejscu od 2 lat [zdziwienia nie okazałam, gdyż go nie odczułam]. Próbuj dalej.
- Młynek [widzę, że już strzela, bo nic nie wymyśli]?
- Nie, młynek stoi tu od 3 lat [jak można nie zauważyć, że coś stoi w tym samym miejscu TRZY lata! Zaczynam się zastanawiać, czy Skoczek nie powinien zostać 100% abstynentem, bo gdyby nie trafił do swojego mieszkania po kilku drinkach, to mógłby się zorientować dopiero po kilku dniach. I to prawdopodobnie tylko po tym,  że w łazience koło sedesu nie byłoby Auto-Świata ;) ].
- Nie, szukaj na półce nad stołem.
- O MATKO BOSKA!
No to przynajmniej wiem, że zauważył. Co tu więcej mówić... mimo oczywistych mankamentów fizycznych - jest piękna i bardzo stara.


Poza tym pojawiła się zdobycz z Czacza, jedyna rzecz jaką przywiozłam z ostatniej wycieczki. To niewiele biorąc pod uwagę liczbę dostępnego tam towaru. Ale wiele biorąc pod uwagę moją miłość do emalii.


Pierwsza zasada prawdziwego poszukiwacza według mnie brzmi:  Nie będziesz gardził sklepem żadnym. Nie sztuką jest wyszukać coś pięknego w Almi Decor. Sztuką jest kupić coś pięknego w Inter Marche! Tak więc idę ja sobie pewnego dnia po masło do pobliskiego marketu, patrzę, a tam takie piękne słoje. No grzechem byłoby nie kupić, a grzeszyć nie mogę, bo Matka Boska patrzy ;)


A kiedy już stałam się szczęśliwą posiadaczką słoja na ciastka, to trzeba było upiec ciastka. Na okrągło piekę więc ciasteczka, które upiekła dla mnie jakiś czas temu Zwariowana Wiewiórka. Reklamowała je jako "zdrowe ciastka dla mam karmiących". Zdrowe czy nie, były pyszne i pożarłam je zostawiając jedno dla Skoczka, który potem 3 razy domagał się informacji gdzie je kupiłam (nadmienię, że nie powtarzał pytania dlatego, że odmawiałam odpowiedzi, wręcz przeciwnie - za każdym razem odpowiadałam O_o ) Przepis na ciastka można znaleźć na blogu Make cooking easier. Ja wprowadziłam jedynie taką modyfikację, że posiekałam płatki owsiane przed wrzuceniem do ciasta. Dzięki temu ciastka były bardziej miękkie. Warto zajrzeć na tego bloga - świetne przepisy i przepiękne zdjęcia!


Ach te moje talerzyki w błękitną krateczkę... 12 zł za 6 sztuk w nowotomyskiej "gemeli". Kolejna cudowna zdobycz upolowana w sklepie, który przypomina pchli targ.  Przemycałam je do domu, bo już jakiś rok temu dostałam od Skoczka zakaz sprowadzania kolejnych sztuk fajansu. Ale oczywiście żona ze mnie średnio pokorna, więc pewnego dnia radośnie podałam mężowi ciacho na tym talerzyku. On na to "A to co?", "No jak to. KRATECZKA! Brakowało nam talerzyków w krateczkę...", "Oczywiście, niczego nam tak nie brakowało, jak talerzyków w krateczkę". Z kraciastym pozdrowieniem, rodzina T., której 2/3 właśnie tarzają się po dywanie wznosząc radosne okrzyki "agu"! :)


ps. maliny były mrożone, a mimo to ciastka wyszły świetnie!

piątek, 21 października 2011

A ku ku!

Ale że co? Że Was "a ku ku" nie śmieszy? Sztywniaki ;P


wtorek, 18 października 2011

Jak nam mija 5 miesiąc

Dwa tygodnie temu mój pół-krwi poznaniok odwiedził swoją babcię mieszkającą w sercu miasta i po raz pierwszy świadomie zwiedził Stary Rynek. Urządził koncertowy ryk na wejście i wyjście z domu babci. Pierwszy ryk w ramach szoku poznawczego, a drugi ryk w ramach pożegnania. A tak naprawdę oba wiązały się najprawdopodobniej z mrokiem panującym w korytarzu babcinego mieszkania. Na szczęście Kajtek wziął ze sobą królika. Z przyjacielem zawsze raźniej.


Ale największą niespodzianką było to, że w całym tym dramatycznym płaczu sytuację uratowało nosidełko. Wcześniej niepraktykowane poza domem, więc zupełnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Wręcz byłam przekonana, że proces wkładania płaczącego dziecka do nosidełka jeszcze spotęguje histerię. A tu niespodzianka... dziecko uspokoiło się w sekundę i przez następne 1,5h zwiedzało z nami miasto. ZACHWYCONE! Po tej wycieczce nosidełko uślinione było do granic możliwości ;) Ale jak to dziecko spało w samochodzie, jak spało! No tak, szkoda tylko, że idzie zima i już wiele razy nie będziemy mieli okazji go użyć. No ale mam nadzieję, że młodzieniec za kilka miesięcy stanie na własne nogi i ogólnie kwestia noszenia przejdzie do historii.


Kiedy pytają mnie... czy da się cokolwiek zrobić w domu z dzieckiem, głęboko się zamyślam i oczyma duszy przywołuję te momenty kiedy rozładowuję zmywarkę na jednym biodrze trzymając dziecko albo składam pranie siedząc na dywanie z dzieckiem na udzie. Należy tu podkreślić, że dziecko po pierwsze jeszcze nie siedzi samodzielnie, więc muszę je podtrzymywać, a po drugie myśli że to taka zabawa w chwytanie wypranych majtek i pakowanie ich sobie do buzi. Albo te momenty, kiedy z ogromną ulgą (bo młody zasnął na drzemkę) siadam na kanapie, otwieram książkę i radar mojego dziecka "mama próbuje się zrelaksować, ja chcę się relaksować razem z nią" natychmiast się włącza i nieprawdopodobnie senne przed minutą oczy otwierają się szeroko. Ale czasami da się coś zrobić ... napisać posta na blogu (dziecko to najlepszy praktyczny kurs pisania na klawiaturze jedną ręką), poszyć na maszynie na ten przykład. Łohoho, jakież cuda udało mi się natenczas uszyć, jakież ;)

O rany, o rany, tego motylka na pewno da się złapać! Muszę, po prostu muszę włożyć sobie to pokrętło do buzi!

Można też pograć. Oczywiście nie w gry wymagające użycia obu rąk! Ale w nowych Herosów jak najbardziej :)


Uchylam się od odpowiedzi na pytanie dlaczego to dziecko nie śpi w swoim łóżeczku. Na pocieszenie samej siebie dodam, że był to wyjątek. Ale zdaje się, że Zabawny Pan z Brodą nie narzekał ;)

środa, 5 października 2011

Pierwsze "prawdziwe" jedzenie i podsumowanie z okazji 4 miesięcy życia


Jutro rycerz kończy 4 miesiące. Jak widać ma swojego konika :)


W tym momencie najbardziej spektakularnymi osiągnięciami rozwojowymi są: dorosły śmiech na cały głos i absolutnie świadome użycie rączek, o których już wiemy, że dzięki nim można doprowadzić grającego kurczaka prosto do buzi. Spacery są dziś dużo prostsze niż 2 miesiące temu, bo młody uwielbia obserwować drzewa. Czyli nie ryczy kiedy nie śpi ;) No chyba że się wyśpi w wózku, a ja jestem akurat przypadkowo na drugim końcu miasta. Hmmm, wtedy jest problem. No ale jak wiadomo, mama niemowlaka jest skrzyżowaniem Elastyny, Cat Woman i Shivy. Ma więcej rąk niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, potrafi być jednocześnie w kuchni i pokoju oraz posiada nieprawdopodobny refleks umożliwiający chwytanie w locie wypadającego smoczka z jednoczesnym podrzutem osuwającego się dziecka, a to wszystko w czasie podpisywania listonoszowi odbioru paczki. Czymże jest więc taki zwykły spacer kończący się jednoczesnym niesieniem dziecka na rękach, pchaniem wózka i odbieraniem telefonu. Zaczynam wierzyć w to, że matki są lepszymi pracownikami. Bo praca zawodowa to prawdopodobnie prawdziwy relaks dla mamy, poza tym co to za problem dodać sobie jeszcze jeden obowiązek ;) 

 (ach te piękne stópki...)

Dodatkową wątpliwą atrakcją ostatniego miesiąca była rewolucja jelitowa Kajetana pochodzenia wirusowego. Wirusa nie nazwano i nie zidentyfikowano. Ponieważ przewijanie dziecka 10 razy dziennie stanowi naprawdę wątpliwą przyjemność, poprosiliśmy o ratunek pediatrę. Zalecenie: w celu "uformowania kupy" należy dziecku podawać kleik ryżowy. Ogromnie mnie to zirytowało, gdyż bardzo poważnie podchodzę do żywienia dziecka i zdecydowanie nie taki był plan. Do 6 miesiąca  zamierzałam karmić Kaja wyłącznie moim mlekiem, aby dać mu maksimum czasu na wykształcenie układu pokarmowego, a po tym okresie planowaliśmy powoli wprowadzać stałe pokarmy metodą BLW. Wtedy kiedy dziecko będzie na to gotowe, a nie wtedy kiedy będą na to gotowi specjaliści marketingu firmy produkującej "słoiczki". No ale ponieważ nie jestem aż tak uparta, to postanowiliśmy zaufać lekarce. I to by było na tyle jeżeli chodzi o niewprowadzanie papek przed ukończeniem 6 miesiąca. Co nie oznacza,  że rezygnujemy z metody Baby-Led Weaning (znane u nas jako "Bobas Lubi Wybór"), absolutnie nie! Bardzo chcemy wychować małego łasucha :) Ale na to jeszcze przyjdzie czas, najpierw Pączek musi umieć usiąść w krzesełku do karmienia. Obserwując jednak jak bardzo mały pragnie usiąść, zaczynam wierzyć, że stanie się to już niedługo!
A oto relacja z ważnego wydarzenia w życiu naszego bobasa - pierwszy posiłek, w skład którego nie wchodziło mleko (kleik wg zaleceń lekarza miał być na wodzie):


Oczywiście kleik (dosłownie) gó*^#$%o dał ;) Tego wirusa po prostu musieliśmy przetrawić. Ale zdaje się, że nie  będzie problemu ze znalezieniem innego chętnego na skonsumowanie reszty ryżowej papki ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails