środa, 30 listopada 2011

W stronę Gwiazdki

 W przerwach w zajmowaniu się królewiczem, wprowadzam się w stan głębokiego relaksu szyjąc "bombki". Wpadłam w ciąg i za chwilę będziemy się w nich tarzać. A to wszystko dlatego, że w tym roku po raz pierwszy odkąd mieszkamy ze Skoczkiem pod wspólnym dachem, stanie u nas choinka. To wiekopomne wydarzenie wymaga przygotowań. Zawsze uważałam, że choinka musi być tam, gdzie są dzieci. A dziecko to my mamy takie, że robi szum za trójkę ;) 


A kiedy nie szyję, to robię udane i nieudane zdjęcia. To zdjęcie jest zupełnie nieudane. Miała być urokliwa sesja z mamusią, a tu się okazało, że dziecko postanowiło pokazać dlaczego ma prawie trzy szóstki w dacie urodzenia (prawie, gdyż jego data urodzin wygląda następująco: 6.06 g. 5:55), a mama wyszła nieostra. Ale jest to jedno z tych całkowicie nieudanych zdjęć, które się uwielbia :)

oho! z ostatniej chwili: Pączek się obudził i dzikuje w łóżeczku. Po raz pierwszy sam uruchomił pozytywkę przytwierdzoną do łóżeczka! YAY :) :) :)

sobota, 26 listopada 2011

Hołd dla "Męskiej drzemki"

Wiecie co to takiego "arszenikowa godzina"? My dowiedzieliśmy się tego w drugim miesiącu życia naszego Kaja. To taki urkoliwy moment dnia, kiedy nasze dziecko spogląda na nas z cierpieniem w oczach, a potem uderza w niewyobrażalny ryk, który trwa mniej więcej od godziny 16:00 do 20:00. Z reguły wtedy, kiedy z pracy wraca tata i zanim jeszcze zdąży zdjąć buty, już w rękach ma upłakane po kostki niemowlę. Towarzyszą tej pięknej chwili myśli w stylu: Przypomnij mi ten dzień, kiedy powiedziałam/powiedziałem ci, że chcę mieć dziecko i na BOGA PRZYPOMNIJ MI JAK TO WTEDY ARGUMENTOWAŁEM/AM!!!?. Albo: Kolka. Kolka. Kolka. Chyba dostałam ataku kolki mózgowej, bo nie potrafię sobie przypomnieć jak się nazywam. Jest wesoło ;] Oczywiście z perspektywy czasu wesoło. Że tak powiem... nie tęsknię do mojego maciupkiego bobaska, który jeszcze nie widzi, nie wie po co ma ręce, a większość funkcji życiowych kumuluje mu się w okolicach gardła i strun głosowych. Pamiętam, że w tym ciężkim okresie pomocy szukałam w mojej ulubionej książce "Dzieciozmagania" Kaz Cookie (tak na serio: książka jest fantastyczna, niestety sprawiła, że nie mam po co się brać za pisanie poradników dzieciowo-porodowych. Lepszej książki bym w życiu nie napisała). Jest tam taki podrozdział "Kolka". Czytamy więc:

Jeżeli twoje dziecko wciąż płacze, a lekarz w czasie badania twojego malucha nie wykrył żadnych problemów ze zdrowiem, to diagnoza najczęściej brzmi: kolka. Co to znaczy? Że masz dziecko, które bez przerwy płacze. Niektórym pomaga nazwanie tego co ich gnębi. Na kolkę nie ma lekarstwa, ale diagnoza przynajmniej mówi rodzicom, że to nie ich wina - po prostu wyciągnęli krótszą zapałkę i mają dziecko, które "boli brzuszek" (...)

Grejt. Po tej lekturze miałam ochotę wyłącznie nakryć się kołdrą i obudzić 2 miesiące później. Aż tu nagle nadeszło wybawienie! Jednak sfrustrowani ojcowie, po 9 godzinach w biurze, zrobią wszystko, aby móc w spokoju posiedzieć w toalecie po pracy i to bez wrzeszczącego dziecka na rękach. Także mąż mój, przypomnijmy jego pseudonim, bo jest dla tej sytuacji adekwatny i nobilitujący - Niebiański Skoczek - wymyślił sposób na "arszenikową godzinę". Owinął dziecko nasze szczelnie w rożek, przytulił do piersi, uruchomił na komputerze piosenki amerykańskich Marines i marszowym krokiem przemierzał mieszkanie kołysząc dziecko i szumiąc mu do ucha. Aż tu w pewnym momencie chmury za oknem się rozpierzchły, usłyszałam anielski śpiew, a promień słońca oświetlił mego męża i słodko śpiące w jego ramionach niemowlę. Była godzina 17:00, Skoczek osunął się na kanapę i uciął sobie drzemkę wspólnie ze śpiącym Kajtusiem. O godzinie 20:00 dziecko z zadowoleniem ziewnęło, otworzyło oczy, pomachało łapkami, a po kąpieli zostało oddelegowane do swojego łóżka na właściwy spoczynek. Od tego dnia marszowe podskoki z dzieckiem na ręku otrzymały dumną nazwę "męskiej drzemki", która już wkrótce zatraciła stricte męski charakter, bo nauczyliśmy się jej wszyscy i stała się drzemką rodzinną. Rytuał wymagał codziennego powtarzania mniej więcej do ukończenia 3 miesiąca życia, do 4 zdarzał się jeszcze co kilka dni, aby zaniknąć po ukończeniu 5 miesiąca zastąpiony późnopopołudniową zabawą. Interesujące jak zgadza to się z opisem "kolki". Nie twierdzę, że nie istnieje coś takiego jak bolesna niedyspozycja jelitowa u niemowląt. Twierdzę jednakowoż, że u nas było to nic innego jak zmęczenie życiem pozamacicznym. Polecam wypróbowanie naszej metody zanim udamy się w podróż do Niemiec w poszukiwaniu legendarnego lekarstwa na ... płacz :)
A oto krótki filmik w hołdzie dla "Męskiej drzemki".


środa, 23 listopada 2011

Dzikusek

Muszę się do czegoś przyznać. Tak naprawdę ojcem mojego dziecka jest Tarzan. No i mam takiego małego dzika ;)


Gdyby ktoś się zastanawiał co można robić w domu z 5-miesięczynym dzieckiem, aby kreatywnie wykorzystać czas, to właśnie znalazł odpowiedź. Ładniejsza część naszego tandemu pozuje, starsza i mniej urocza chowa się za obiektywem.


A tak na marginesie, właśnie wykończyłam jeden obiektyw (dobrze, że nie aparat, jak początkowo myślałam). Na szczęście mam jeszcze jeden, stałoogniskowy. Robienie zdjęcia takim obiektywem plus jednoczesne wykonywanie manewru "a kuku" z wyskokiem zza aparatu powoduje, iż obiekt nie zawsze do końca zmieści się w kadrze :)


wtorek, 15 listopada 2011

Jesienią w parkach spotkać można łosia

Łosiątko takie. Błąkało się po parku, to przygarnęłam. Okazało się, że jesienna aura go nie przeraża, wręcz przeciwnie - zmusza mnie nieustannie do dwugodzinnych spacerów. Wygląda przy tym tak:


lub tak:

(oczywiście nie mam wątpliwości, że każdy zwrócił na to uwagę, ale dla pewności położę na to akcent: Ja, łoś, siedzę w wózku. Siedzę. Co prawda z podpórką, ale od czegoś trzeba zacząć.). Jak ja wyglądam po dwóch godzinach łażenia w temp. 0 st, to sobie każdy może wyobrazić. Po prostu pod klatkę doczołguje się niebieska bryła lodu z dłońmi w kolorze buraczkowym. Kiedy ostatkiem sił, zamiast paść przed klatką i czekać na ratunek, wyciągam zgrabiałe dłonie, aby wyciągnąć z wózka dziecko, wspomniany bobas otwiera jedno oko udając cyklopa i uśmiecha się do mnie rumianymi cieplutkimi policzkami zapytując dziąsłowo "Oho, odpoczęliśmy na spacerku, nie mama?". Łe, no pewnie...


Ale muszę oddać sprawiedliwość matce naturze. Do połowy listopada było tak:



A teraz oczekujemy na najradośniejsze św. Bożego Narodzenia od lat! :)

ps. od tygodnia Kajetan próbuje dać mi do zrozumienia, że jest już dorosłym mężczyzną, który potrzebuje wyłącznie dwóch drzemek w ciągu dnia (a nie trzech, jak przez ostatnie 2 miesiące). Wciąż próbuję z nim negocjować tymi słowy: A pamiętasz, jak po twoim urodzeniu przyszliśmy ze szpitala i spałeś 20 godzin na dobę? Może pobawilibyśmy się raz w tygodniu w zabawę Jestem Malutkim Noworodkiem i pokazałbyś mi jak to się robiło? Nie? :( To może pośpisz do 8:00 rano, jak jeszcze tydzień temu? Też nie?! :( No dobra, zakładaj łosia, w wózku powieki stają się taaaakie ciężkie. Tu następuje gromki wiedźmowaty śmiech buahahahaha, który milknie w momencie uderzenia pierwszego arktycznego podmuchu wiatru na dworze. Bobas zasypia, matka pcha pod wiatr. Kurtyna, oklaski! ;)

niedziela, 6 listopada 2011

Pięć miesięcy!

To już pięć miesięcy. Co tu dużo mówić - minęło jak 5 dni. Z nowości rozwojowych - Kajtek ma wstręt do leżenia. W ostateczności posiedzi, ale też bez przesady. Ostatnimi czasy najbardziej lubimy stać! A że stać samodzielnie Kajetan nie potrafi, to z reguły my kucamy za nim, a on stoi. Nie z tej perspektywy miałeś oglądać matę edukacyjną synu, nie z tej! Już tylko szkoła koleżanki Leny zdaje się być w miarę interesująca. Może chodzi o ten różowy kolor? Urocze jest również chwytanie stópek podczas przewijania i spanie na lewym boczku, jak tata. Liczba drzemek w ciągu dnia zredukowała się do 2-3 dziennie i trwają 0,5 do 2 godzin (o dwóch godzinach możemy pomarzyć wyłącznie na spacerze). Ogólnie rzecz biorąc jest coraz łatwiej i coraz bardziej wesoło.  I to jest tendencja z którą mogą się pogodzić! :)
Na pamiątkę film z ostatniego dnia przed ukończeniem pięciu miesięcy - sobotni poranek, popołudnie i odwiedziny cioci Justyny i wujka Pawcia (drugie wcielenie króla Juliana). Oraz prezentacja pięknej pieluszki wielorazowej (jest dość duża, bo włożyłam do niej 2 wkłady, dzięki czemu miałam spokój z przewijaniem na kilka godzin). Mimo że chrześniak starał się bardzo i uśmiechał dziąsłowo do cioci Justyny ile wlezie, to ostatecznie i tak postanowił zatrzeć dobre wrażenie i załadował pieluchę tak niemiłosiernie, że ciocia uciekła z pokoju i zapomniała co znaczy "instynkt macierzyński". Brawo synu, nie będziesz miał w najbliższym czasie kuzynki lub kuzyna.



I co powiesz Zosieńko na te niebieskie oczęta. No chyba się nie oprzesz ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails