sobota, 26 listopada 2011

Hołd dla "Męskiej drzemki"

Wiecie co to takiego "arszenikowa godzina"? My dowiedzieliśmy się tego w drugim miesiącu życia naszego Kaja. To taki urkoliwy moment dnia, kiedy nasze dziecko spogląda na nas z cierpieniem w oczach, a potem uderza w niewyobrażalny ryk, który trwa mniej więcej od godziny 16:00 do 20:00. Z reguły wtedy, kiedy z pracy wraca tata i zanim jeszcze zdąży zdjąć buty, już w rękach ma upłakane po kostki niemowlę. Towarzyszą tej pięknej chwili myśli w stylu: Przypomnij mi ten dzień, kiedy powiedziałam/powiedziałem ci, że chcę mieć dziecko i na BOGA PRZYPOMNIJ MI JAK TO WTEDY ARGUMENTOWAŁEM/AM!!!?. Albo: Kolka. Kolka. Kolka. Chyba dostałam ataku kolki mózgowej, bo nie potrafię sobie przypomnieć jak się nazywam. Jest wesoło ;] Oczywiście z perspektywy czasu wesoło. Że tak powiem... nie tęsknię do mojego maciupkiego bobaska, który jeszcze nie widzi, nie wie po co ma ręce, a większość funkcji życiowych kumuluje mu się w okolicach gardła i strun głosowych. Pamiętam, że w tym ciężkim okresie pomocy szukałam w mojej ulubionej książce "Dzieciozmagania" Kaz Cookie (tak na serio: książka jest fantastyczna, niestety sprawiła, że nie mam po co się brać za pisanie poradników dzieciowo-porodowych. Lepszej książki bym w życiu nie napisała). Jest tam taki podrozdział "Kolka". Czytamy więc:

Jeżeli twoje dziecko wciąż płacze, a lekarz w czasie badania twojego malucha nie wykrył żadnych problemów ze zdrowiem, to diagnoza najczęściej brzmi: kolka. Co to znaczy? Że masz dziecko, które bez przerwy płacze. Niektórym pomaga nazwanie tego co ich gnębi. Na kolkę nie ma lekarstwa, ale diagnoza przynajmniej mówi rodzicom, że to nie ich wina - po prostu wyciągnęli krótszą zapałkę i mają dziecko, które "boli brzuszek" (...)

Grejt. Po tej lekturze miałam ochotę wyłącznie nakryć się kołdrą i obudzić 2 miesiące później. Aż tu nagle nadeszło wybawienie! Jednak sfrustrowani ojcowie, po 9 godzinach w biurze, zrobią wszystko, aby móc w spokoju posiedzieć w toalecie po pracy i to bez wrzeszczącego dziecka na rękach. Także mąż mój, przypomnijmy jego pseudonim, bo jest dla tej sytuacji adekwatny i nobilitujący - Niebiański Skoczek - wymyślił sposób na "arszenikową godzinę". Owinął dziecko nasze szczelnie w rożek, przytulił do piersi, uruchomił na komputerze piosenki amerykańskich Marines i marszowym krokiem przemierzał mieszkanie kołysząc dziecko i szumiąc mu do ucha. Aż tu w pewnym momencie chmury za oknem się rozpierzchły, usłyszałam anielski śpiew, a promień słońca oświetlił mego męża i słodko śpiące w jego ramionach niemowlę. Była godzina 17:00, Skoczek osunął się na kanapę i uciął sobie drzemkę wspólnie ze śpiącym Kajtusiem. O godzinie 20:00 dziecko z zadowoleniem ziewnęło, otworzyło oczy, pomachało łapkami, a po kąpieli zostało oddelegowane do swojego łóżka na właściwy spoczynek. Od tego dnia marszowe podskoki z dzieckiem na ręku otrzymały dumną nazwę "męskiej drzemki", która już wkrótce zatraciła stricte męski charakter, bo nauczyliśmy się jej wszyscy i stała się drzemką rodzinną. Rytuał wymagał codziennego powtarzania mniej więcej do ukończenia 3 miesiąca życia, do 4 zdarzał się jeszcze co kilka dni, aby zaniknąć po ukończeniu 5 miesiąca zastąpiony późnopopołudniową zabawą. Interesujące jak zgadza to się z opisem "kolki". Nie twierdzę, że nie istnieje coś takiego jak bolesna niedyspozycja jelitowa u niemowląt. Twierdzę jednakowoż, że u nas było to nic innego jak zmęczenie życiem pozamacicznym. Polecam wypróbowanie naszej metody zanim udamy się w podróż do Niemiec w poszukiwaniu legendarnego lekarstwa na ... płacz :)
A oto krótki filmik w hołdzie dla "Męskiej drzemki".


4 komentarze:

  1. (Nie)Takie_Straszne_Jeżyce26 listopada 2011 04:31

    Mój wujek do dzisiaj wypomina mi moje kolkowe ryki, które utrudniały mu zakuwanie do matury :D. Może gdyby rodzinka wiedziała, że wystarczy puścić pieśni marszowe (ówcześnie radzieckie, jako że innych na rynku nie było ;)), to może nie byłoby tak źle? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Taaa, ciocia z przyjemnością udostępniła swoje... zasoby ;)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale Domi, podstawowe pytanie: zdał tę maturę czy nie? Bo jak zdał, to niech nie marudzi ;)
    A co do ciotki Justyny... ma się w ciąży te zasoby, ma :D

    OdpowiedzUsuń
  4. (Nie)Takie_Straszne_Jeżyce27 listopada 2011 05:50

    Zdał i nawet został prawnikiem :D znaczy się decybele czynią cuda ;)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails