niedziela, 26 lutego 2012

Bobas lubi wybór!

Będzie o odżywianiu. Ojjjjj, ważne miejsce w naszym życiu zajmuje jedzenie, ważne. Tak ważne, że postanowiliśmy ambitnie podejść do kwestii żywienia naszego Pączka. Obiecywałam sobie, że nigdy nie będę jedną z tych matek, które rocznemu rozhisteryzowanemu dziecku ładują do buzi papkę bez smaku, a następnie piorą dywan, gdyż wdzięczny potomek wkrótce po radosnym posiłku zwrócił całą jego treść na naszego shaggiego Nie chcielibyśmy również mieć syna wybrednego lub niejadka. Sami nie znosimy, gdy ktoś wybrzydza przy jedzeniu, więc zdecydowanie takiego zachowania nie chcielibyśmy doświadczyć z naszym synem. Kochamy nad życie dobre jedzenie (przeklinamy je również skacząc wieczorami na stepperze) i od momentu narodzin Kaja rozmyślaliśmy co by tu zrobić, aby wychować małego smakosza. I tak, przy okazji innych zakupów, nabyłam książkę Bobas Lubi Wybór, którą od dechy do dechy przeczytałam dwa razy i już wiedziałam, że to jest to!
W wielkim skrócie, bo to interesujące być może wyłącznie dla rodziców niemowląt w wieku 0-6 miesięcy: metoda BLW (Baby-Led Weaning), to zaufanie dziecku w kwestii odżywiania. Zakładamy, że dziecko samo poczuje chęć do spróbowania i jedzenia stałych pokarmów, pozwalamy mu z nimi eksperymentować, pozwalamy mu wybierać, pozwalamy zjeść tyle na ile ma ochotę i jesteśmy szczęśliwi wiedząc, że dla naszego malucha taki posiłek to frajda, zabawa i wielka przygoda. Jaką przygodą jest sprzątanie po takim obiedzie, o tym później ;) Co z tego wszystkiego wynika lub ma wyniknąć? Dziecko będzie bardziej samodzielne, będzie lubiło jeść, będzie uwielbiało spędzać czas przy stole, będzie wiedziało kiedy jest czas na jedzenie a kiedy na zabawę (nie ma mowy o wpychaniu kaszki przed telewizorem), będzie ćwiczyło żucie, czyli nie tylko otwór pochłaniająco-mielący, ale też aparat mowy, co zapobiegnie w przyszłości wadom wymowy (chyba, że wada jest genetyczna) oraz przyśpieszy jej rozwój.

 Przygodę z jedzeniem rozpoczynaliśmy w stroju bojowym wykonanym ze starej zasłony prysznicowej :D Nie polecam, ciężko to wyczyścić. Ale wygląda bombowo ;) Zdjęcie słabe, bo z telefonu.

Muszę też dodać jedną rzecz. To nie jest tak, że ja sobie wynajduję jakieś offowe ekofanaberie i koniecznie muszę wprowadzać je w życie. Dziecka w mleku z piersi nie kąpałam i śpię z nim w dużym łóżku niechętnie. Ja po prostu jestem w 100% za intuicyjnym rodzicielstwem. Jak można wpychać 4 miesięcznemu dziecku papkę do buzi, mimo iż gołym okiem widać, że nie jest na to gotowe? Cofnijmy się w czasie wyobraźnią... czy w poprzednich epokach matki miały czas na mielenie dobrze zbilansowanych obiadków dla niemowląt? Nie sądzę! Raczej karmiły piersią tak długo jak się dało, aż pewnego dnia gotowe do nowych wyzwań dziecko samo sięgnęło po kawałek chleba i go zjadało. Miało już też pewnie zęby (kolejny objaw gotowości) i chciało zaspokoić głód czymś innym niż mleko. Sama natura! Takie samo podejście miałam do mojego odżywiania w czasie karmienia piersią i nie byłam na diecie nawet połowy dnia. Bo tak sobie "wytentegowałam w głowie" (pozdrawiam Króla Juliana!) że przez setki pokoleń żadnej matce nie zabroniono jedzenia czegokolwiek, wręcz przeciwnie - zachęcano do dobrego odżywiania lub też mama jadła to, co akurat było do jedzenia. Jeszcze nasze mamy jadły normalnie. Więc ja - kierując się intuicją i obserwując dziecko - robiłam po swojemu i jadłam normalnie, inaczej niż sugerowały położne w szkole rodzenia (rodzić też, jak się okazało umiałam sama i żadna szkoła nie była mi potrzebna). Kajetan nie ma żadnej alergii pokarmowej, nie wiem co to kolka. YAY! :) Dlaczego na słoiczkach napisane jest, że coś jest od 4 miesiąca życia? Bo to miliardowy biznes i przesuwanie granicy w dół, to rozpędzanie strumienia gotówki wpływającej na konto firm słoiczkowych. A z resztą, nie będę się pastwić nad słoiczkami, bo też ich kilka w życiu Kajtek zjadł (czasami nie chce mi się sprzątać po samodzielnym jedzeniu, a poza tym Kajtek uwielbia przeciery owocowe). Dzisiaj jednak, przy próbie zaoferowania mu "Pysznego dyniątka z tłuczonymi ziemniaczkamki i cielęcineczką" urządził taką histerię, że natychmiast podałam mu na łyżce to co sama  miałam na talerzu. Dramat zakończony! ;)   A najlepsze w BLW jest to, że wiele matek tak właśnie karmi swoje dzieci, tylko nie wiedziały że ktoś nadał temu mądrą nazwę ;) W ten oto sposób zwierzyłam się Wam (i całemu internetowi) z moich rodzicielskich przemyśleń i chciałabym serdecznie podziękować każdej osobie, która dotrwała do tego momentu i nie zasnęła z nudów kilka razy po drodze ;) Przejdźmy do konkretów!
W ramach dobrego rozpoczęcia kulinarnej przygody ściągnęłam ze strychu cioci Reni moje własne osobiste krzesełko do karmienia! Boże, łza się w oku kręci. Krzesełko wykarmiło 5 dzieci i ostatnie 13 (chyba...) lat przeleżało na strychu u cioci. Było w nienajlepszym stanie i mimo że kocham tę czerwień...


...musiałam je przemalować. Ale Jasia i Małgosię idących do pieca zostawiłam! :D No co, że makabra. Ja kocham klasyczne bajki z dreszczykiem.



BLW można rozpocząć w momencie, gdy dziecko już samodzielnie siedzi. Nasze siedziało w 6 miesiącu, ale do 7 miesiąca nie było w ogóle zainteresowane jedzeniem. Dopiero na przełomie miesięcy 7/8 zainteresowało się żarełkiem. I zdecydowanie preferuje warzywa w kolorze zielonym. Oto jak to wygląda:


Minusy? Bajzel dokumentny w promieniu pół metra w każdą stronę od konsumenta. Ale ja nie z tych co są wrażliwi na bałagan ;)
Lektura dla chętnych tutaj i tutaj.
Pozdrawiam!

czwartek, 16 lutego 2012

This is madness! :)

Co tu dużo komentować, lepiej obejrzeć film. 50 sekund, a ile treści...


Ja przestaję nadążać. Skoczek przestał nadążać jakieś 2 miesiące temu i wciąż próbuje małego nosić na rękach po chacie. Kochanie, czy nasze dziecko musi cię poprosić o kluczyki do Subaru, żebyś zrozumiał, że pewne etapy w życiu naszego małego bobaska mamy definitywnie za sobą? ;)

poniedziałek, 13 lutego 2012

Wyszywanie, raczkowanie, kalorii spalanie

Zanim o raczkowaniu, słów kilka o rękodziele. Jak wszystko, nie wiedzieć kiedy, podporządkowane zostało małemu człowieczkowi. Nie chodzi o to, że czuję jakiś obowiązek, o nie. Po prostu dla tego małego gaduły chce się tworzyć. Ostatnio na przykład ozdobiłam osłonkę do łóżeczka. Była całkiem biała, a teraz ma ornamenty, które bardzo skutecznie odwracają uwagę Kaja od spania. Po co spać, skoro można szybko rzucić się na kolana i spróbować swoich sił w odrywaniu przyszytych literek ;)



A co do raczkowania... noc cóż, finał poniższego filmiku jest już moooocno nieaktualny! Już nie stawiamy ostrożnie łapki za łapką, nie przemieszczamy się w tempie kroczek/30 sek. Teraz młody człowiek biega po podłodze z napędem na cztery koła, dobiega do pożądanego obiektu (najczęściej wieża lub płyty winylowe), a następnie zapiera się rączkami i wstaje. Potem się przewraca i to jest najsłabszy punkt całego procesu ;)
Ale po kolei: z raczkowaniem było tak, że długo długo nic. Aż tu w 7 miesiącu Kajetan nauczył się klęczeć. Następnie zorientował się, że można się w tej pozycji nieźle rozhuśtać, a nawet przemieścić poprzez rzut na klatę. A potem było już z górki: najpierw prawa rączka do przodu i rzut na klatę, a już następnego dnia przyczyna istnienia lewej ręki również została odkryta. I od tamtego czasu rodzice musieli cofnąć się w rozwoju i przejść ewolucję wsteczną od Homo Erectus do Homo Czworakus i w tej pozycji gonimy młodego po mieszkaniu. Masażysta i fizjoterapeuta pilnie poszukiwany!

A oto zapis nauki (raczej dla koneserów):

A teraz zaśnij już dziecko, bo jak cię trzeci raz znajdę klęczącego i trzymającego się za szczebelki, to skaczę z okna. A mieszkam na 2 piętrze, więc jak założą mi gips udowy to ty będziesz mnie karmił. Poza tym muszę się dzisiaj japońskiego pouczyć ;)

ps. Filmy o pieluchach powoli powstają! A co tam, gorsze niż pierwszy film z tego cyklu na pewno nie będą ;)

poniedziałek, 6 lutego 2012

Najgorszy na świecie film o pieluchach wielorazowych!

To będzie post o tym jak nakręciłam najgorszy na świecie film o pieluchach wielorazowych :D A jakie miałam ambitne plany, łohoho! A plany te były podyktowane absolutną suszą i czarną otchłanią, jaką w tym temacie proponuje polskim mamom YouTube - skarbnica wiedzy wszelakiej. Amerykanki to co innego, one nie dość, że używają pieluch eko bez zażenowania i na wielką skalę, to jeszcze nakręciły o tym setki filmów. A my? Dla nas kilka filmów nakręcił np. sklep pieluszkowy. Hmmm. Pełno w tych filmach fantastycznych treści, napów, rzepów, gumek, ściągaczy, terminów typu One Size, All in One, kieszonek, otulaczy, formowanek... na głowę można dostać! Szczególnie jak biedna mama myśli sobie: Kurcze, spróbowałabym, na pewno dowiem się z jutuba o co w tym wszystkim chodzi. I ogląda taka biedna mama te filmy, mózg jej puchnie, szczęka opada, lico blednie, aż w końcu postanawia jak najszybciej włączyć sobie "Fasolki", żeby się odstresować po tej makabrycznej dawce informacji. I myśli sobie TO JEST TAK SKOMPLIKOWANE, że prędzej wyprodukuję w łazience domowej roboty rakietę i polecę nią w kosmos, niż dowiem się jak naturalnie pieluszkować tego mojego różowego potwora. I tu miałam wejść ja, cała na biało, z boskim filmem  dla normalnych dziewczyn, w którym pokazałabym co dokładnie kupić, jak tego używać i radować się zdrową pupą dziecka na łonie wdzięcznej nam Matki Natury. Hmmmmm... ale ja się chyba nie nadaję do występów przed kamerą :D Oto wynik jednego dnia pracy nad tym wiekopomnym dziełem...


Taaaaaa... no cóż, tego, ekhm. Dobra jestem, nie? Film trwa 8 minut i jedyne czego można się z niego dowiedzieć to to, że mam na imię Ola :D
No to może napiszę dlaczego warto, bo pisanie mi idzie znacznie lepiej. A warto bo:
- bo jest zdrowo dla pupy; - bo małe chłopięce jądra się nie nagrzewają i nie odparzają; - bo kupa mojego dziecka nie wsiąka w ziemię; - bo oszczędzam przy tym ok. 3000 zł; - bo przy następnym dziecku to już w ogóle oszczędzę miliony; - bo kocham wzór w małpki; - bo przestałam kupować krem do pupy bepanthen; - bo jak rozbieram Pączka i widzę go w pieluszce krówce, to jestem posikana z radości; - bo kupowanie kolejnych sztuk do kolekcji to czysta przyjemność; - bo nie zawierają polimerów i dioksyn; - bo do cholery, jak coś co jest płaskie i nie waży (jednorazówka) może wchłonąć 10 l. sików?; - bo nie ścięto żadnego drzewa, aby mój syn mógł zrobić kupę; - bo są też wzory w żyrafki i sówki; - bo jak ja się czasami zsikam w majtki, to też ich od razu nie wyrzucam do śmieci; - bo jak sobie wieczorem usiądę i wkładam wkłady do otulaczy, to mnie to bardzo relaksuje; - bo do wyprodukowania wielorazówki nie używa się ropy; - bo pieluszka "tygrysek", nie była testowana na tygrysach; - bo jak spaceruję po markecie z pełnym wózkiem i zabłądzę w dział niemowlęcy, gdzie jest cała ściana pieluch jednorazowych i uświadomię sobie, że nie muszę ich kupować, to moja dusza zachowuje się wówczas tak:


To by było na tyle :) Jeżeli ktoś byłby zainteresowany tematem, to chętnie odpowiem na wszelkie pytania, rozwieję wątpliwości i podpowiem co robić, żeby się nie narobić ;) Jestem w tym dobra! Mój adres e-mail widnieje na pasku z lewej strony.

I jeszcze szybki przegląd moich polecanek!
Moje ulubione pieluszki z Allegro. (user: lulajbaby_com)
Moja ulubiona pieluszka zagraniczna. (zastrzegam, że zagranicznych mam tylko 3 i jeżeli następne pobiją tę, to dam znać!)
Moje ulubione papiórki do chwytania kupy. (marka: Imse Vimse)
Najlepszy proszek oraz proszek, którego obecnie używam i też jest dobry.
To kilka z moich pieluszek:


Ja używam najbardziej wygodnickiej formy pieluch, czyli tzw. kieszonek (są jeszcze bardziej wygodnickie: bez wyjmowanych wkładów, taki eko - pampers ;)).
Przykładowa pieluszka wygląda tak:


Składa się z nieprzemakalnej, acz oddychającej warstwy zewnętrznej oraz polarkowego wnętrza, które wciąga wilgoć do środka, ale na zewnątrz nie wypuszcza, więc dziecko ma uczucie suchości. Jest też kieszonka, do której wkładamy wkłady:


A tak wyglądają wkłady (te są już wiele razy wyprane):


Ten system został zatwierdzony przez moją małpkę!


Na koniec apel do dziewczyn, które również pieluszkują naturalnie i wiedzą na ten temat więcej niż ja: odezwijcie się proszę i napiszcie co lubicie! Uwielbiam eksperymentować z produktami, których nie znam! :)
Z eko pozdrowieniem! Ola (gdyby ktoś po obejrzeniu filmu nie pamiętał jak mam na imię) i pan Małpka :)

piątek, 3 lutego 2012

O poetce

Zainspirowana pięknym postem Marchewki Dracooliny napiszę coś i ja. Nie jestem z tych, co przeżywają każdą  śmierć kogoś wielkiego. Ale myślałam, że Wisława Szymborska będzie żyła wiecznie. Jak moje babcie, rodzice i wszyscy krewni. Jak się dowiedziałam? Skoczek mnie obudził gramoląc się do łóżka. - Ola, umarła Szymborska, - O Boże, na co?, - Na starość. I mimo, że mąż mój tego nie zrozumie, to muszę to napisać: uwielbiam jej poezję. I jako nastolatka kartki urodzinowe kleiłam z wycinkami z gazet, jak ona. I pewnie nie będę oryginalna wybierając mój ulubiony wiersz, który oby nigdy nie był o mnie.


Jestem za blisko, żeby mu się śnić

Wisława Szymborska

Jestem za blisko, żeby mu się śnić.
Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu
pod korzeniami drzew. Jestem za blisko.
Nie moim głosem śpiewa ryba w sieci.
Nie z mego palca toczy się pierścionek.
Jestem za blisko. Wielki dom się pali
beze mnie wołającej ratunku. Za blisko,
żeby na moim włosie dzwonił dzwon.
Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,
przed którym rozsuwają się ściany.
Już nigdy po raz drugi nie umrę tak lekko,
tak bardzo poza ciałem, tak bezwiednie,
jak niegdyś w jego śnie. Jestem za blisko,
za blisko. Słyszę syk
i widzę połyskliwą łuskę tego słowa,
znieruchomiała w objęciu. On śpi,
w tej chwili dostępniejszy widzianej raz w życiu
kasjerce wędrownego cyrku z jednym lwem
niż mnie leżącej obok.
Teraz dla niej rośnie w nim dolina
rudolistna, zamknięta ośnieżoną górą
w lazurowym powietrzu. Ja jestem za blisko,
żeby mu z nieba spaść. Mój krzyk
mógłby go tylko zbudzić. Biedna,
ograniczona do własnej postaci,
a byłam brzozą, a byłam jaszczurką,
a wychodziłam z czasów i atłasów
mieniąc się kolorami skór. A miałam
łaskę znikania sprzed zdumionych oczu,
co jest bogactwem bogactw. Jestem blisko,
za blisko, żeby mu się śnić.
Wysuwam ramię spod głowy śpiącego,
zdrętwiałe, pełne wyrojonych szpilek.
Na czubku każdej z nich, do przeliczenia,
strąceni siedli anieli

czwartek, 2 lutego 2012

Zupełnie nie mam weny i ochoty...

... na blogowanie. Zapadłam w letarg, czekam na wiosnę. Zamiast tekstu, kilka zdjęć zrobionych przez ciocię Złotowłosą Migawkę :)


... a tu z pewnym zaprzyjaźnionym brzuszkiem:

i jego szczęśliwą właścicielką :)


A podobno dzieci nie lubią pozować. Ściema :)
Dzięki za sesję dziewczyny! 

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails