środa, 27 czerwca 2012

Samodzielne jedzenie w miesiącach 9-12

Na tym polu notujemy wiele sukcesów i kilka porażek. Największym sukcesem jest ciągłe zainteresowanie warzywami! Alleluja, Bogu niech będą dzięki. Im bardziej zielone, tym lepiej (coś jak obecna dieta cioci Kasi :)). Z dziwactw: potomek lubi rzeczy pikantne oraz kwaśne. Maliny vs. porzeczki (0:1), słodki serek vs. kefir/maślanka (0:1) itd. To piękne. Lubi pieprz i inne przyprawy, lubi suszone śliwki, uwielbia makaron z sosem pomidorowym (moja wersja przewiduje w składzie wyłącznie przecier pomidorowy, pomidory świeże lub z puszki, sól, pieprz, cukier brązowy i ewentualnie jakieś kuleczki z puszki np. groszek). Kajetan wciąż nie zna smaku batoników, cukierków, ciastek z czekoladą itp. 
Największą porażką jest całkowite odrzucenie ziemniaków, marchewki oraz połowicznie jajek. No i to, że jeżeli Kaj czegoś nie zje, bo nie ma na to ochoty lub tego nie lubi, to wyrzuca to za siebie :D Ewentualnie bokiem, niczym dyskobol i z takim impetem, że za rok swoją ścianę z salonu sprzedam jako wybitne dzieło posmodernistycznego prywitywizmu. 

Z ciepłym przyjęciem spotkała się również tarta brokułowo-parówkowa (wybitne dzieło kulinarne powstałe z tego, co znalazłam w lodówce, hih)





Natomiast przy sushi, które pewnego dnia w ramach niespodzianki przywiózł tata było kupę śmiechu.

A TO TO? (czyt. A co to?)

No dobra, wygląda dziwnie, ale dam temu szansę...

Mamo, tato, polubiłem to!

Tylko się nie przyzwyczajaj, bo na co dzień, to co najwyżej zapiekane parówki i gotowana włoszczyzna ;)
A tak generalnie to kocham jak sam je i jestem przeszczęśliwa :) I cieszę się, że się nie poddałam na żadnym etapie. Dopiero teraz widzę, dzięki poniższemu filmowi jaka różnica jest pomiędzy stylem jedzenia z poprzednich miesięcy, a stanem obecnym (ostatnia sekwencja filmu). Wszystkim mamom niezmiennie to polecam, czy nazwiecie to BLW, czy Bobas Lubi Wybór, czy po prostu samodzielnym jedzeniem - nie ma to znaczenia, to po prostu dawanie wolności zarówno w wyborze jedzenia, jak i stylu spożywania oraz ilościach, jakie dziecko przyjmuje. Na końcu osiąga się ten cudowny efekt: jedzenie to frajda, a nie obowiązek :)



środa, 20 czerwca 2012

Wiewiórkowy wtorek

Pojechałem w konkury do dziewczyny, tyle że mama jak zwykle wlekła się za mną. Próbuję i próbuję, ale nie mogę jej zgubić. A dziewczyna tylko mi stopy pokazała. Dzięki Zocha, ładna stópka dobra rzecz, co prawda liczyłem na więcej, ale potem znalazłem akwarium i też było ekscytująco!




Szybko się zorientowałem że flirtu tu nie będzie, więc zająłem się tym co lubię robić najbardziej. Jedzeniem! Ciocia-babcia Janinka była taka miła, że w zasadzie pozwoliła mi zjeść wszystko, co tylko uznałem za jadalne. Zaczynam podejrzewać, że wszędzie jest łatwiej z jedzeniem, niż w domu!




Posilony zająłem sie sprawdzaniem jakości ziemi w donicach i na rabatkach. W zębach chrzęszczy tak jak trzeba, zatwierdzam!


 Niestety nie pozwolono mi przeprowadzić tak samo dogłębnej analizy, jak u mnie w ogródku działkowym:

Byłem też na spacerze, ale nie wiem czy jestem usatysfakcjonowany. W drodze do Wiórka mama mówiła, że będzie wielka woda płynęła, a dostałem jeno latawca. Czasami mama mnie strasznie ściemnia. A najbardziej tam gdzie są ci ludzie w białych kitlach z słuchawkami na szyjach. Tam to już tak kłamie, że jak wychodzimy, to nos ma do ziemi i para jej bucha z uszu.


Ale ogólnie było super, trenowałem pływanie synchroniczne na sucho na bujanym przewijaku! :)


I pozwoliłem się sfotografować z wujkiem i ciocią, żeby mieli pewność, że z dwójką naprawdę im do twarzy ;)


Ciociu, było ekstra, niedługo wracam i ewentualnie wezmę ze sobą mamę, żebyście mogły pogadać, kiedy będę próbował wyłowić glonojada z akwarium!



niedziela, 17 czerwca 2012

Szzzz... Hania śpi!

Mamusia Hani do tablicy! To śliczne (mam nadzieję, że śpiące a nie płaczące) dziecię narodziło się kilka tygodni temu, a miny robi jak mama, fryzurę ma jak tata. Za piękne zdjęcia, pięknie dziękuję Dominiko. A taki będzie podarek dla Hani, jeśli tylko mama wyśle mi na maila swój domowy adres, bo jeśli nie, to wyślę do firmy adresując "na biurko" i nie odbierzesz przez następne 6 miesięcy :P


Można powiesić na drzwiach do pokoju, na łóżeczku, na wózku. Wszędzie tam, gdzie znaleźć się może jakiś admirator, gotowy zbudzić śpiące dziecię i tym samym zaskarbić sobie dozgonną niechęć mamy. Gościu pamiętaj: sen dziecka rzeczą świętą!



Mamo Dominiko, czekam na kolejne zdjęcia i wieści z frontu! Trzymaj się dzielnie, buziaki :)

sobota, 9 czerwca 2012

Tęczowe przyjęcie

Zaczęło się tak: zobaczyłam tęczowy tort i oszalałam. I pomyślałam: tak! to ten tort upiekę mojemu Pączkowi na urodziny. Potem moja wyobraźnia ruszyła z kopyta i zaczęła podsuwać mi wizję niezliczonych dodatków, oczywiście z motywem tęczy. Mój mózg został na miesiąc pofarbowany na 6 kolorów (ustawionych we właściwej kolejności). A potem była jeszcze koleżanka Sabina, dzięki której trafiłam do Mai i... ach, cóż mogę dalej powiedzieć, tort upiekłam, zapakowałam do samochodu tenże oraz siebie, kawalera i Tatę Skoczka i 3 tygodnie temu nasze tęczowe fantazje urzeczywistniły się dzięki talentowi, energii i artystycznej duszy Mai, czyli Mimiphotography. To ona wnet zrozumiała moją kolorową wizję, doznała tęczowego objawienia i zamieniła nasze szczęście w tęczowe dzieła sztuki fotograficznej. Dziękujemy Maju!










Było słoooodko. Nie, serio, tak słodko, że wszystkich nas zemdliło, tort jest niejadalny :D A jest w nim dużo mniej cukru niż w przepisie oryginalnym made in USA.

A przy okazji naszej roczkowej sesji zrobiliśmy również wiele zdjęć rodzinnych!







Ahoj tam, szczury lądowe! [kocham stylizację na marynarza!!!]




... i na koniec moje najulubieńsze (bo wszystkie są ulubione, dlatego tyle ich wrzucam, bo nie potrafię się powstrzymać, ot co, nie potrafię!). TA MINA! :D


Och gdyby każdy wiedział, jak bardzo się pohamowałam i ilu jeszcze fantastycznych zdjęć nie wrzuciłam! To by był pod wrażeniem ;) Stópki w nagłówku bloga też oczywiście made by Maja!
***
A teraz kończąc historię nieszczęsnego tortu: był tak niedobry (Maja, ja naprawdę umiem piec, nie sądź mnie na podstawie tego paskudztwa!), że postanowiłam go nie piec na tęczowe party. I w ten sposób wychodząc od tortu, zostałam bez niego na sam koniec, a za to z milionem kartonowych tęcz (jedną z ważnych lekcji, jaką wyniosłam ze spotkania z Mają - och dziewczyno, jaką jesteś inspiracją! - była ta, że karton to nie śmieć!). Jak każda racjonalnie myśląca mama, cierpiąca na brak wolnego czasu oraz posiadająca młodzieńca u spódnicy z rękami wyciągniętymi "weź mnie apa", gdy tylko staję przy blacie kuchennym, postanowiłam outsourceować tort do profesjonalistów, czyli do babci Bożeny. Babcia Bożena natomiast, jak każda zapracowana babcia przyjęła zlecenie do wiadomości, wzuła obuwie i poszła na ul. Św. Marcin, aby outsourceować zlecenie do kolejnych profesjonalistów :))) czyli kto inny się męczył, ja tylko finalne dzieło ozdobiłam. To było genialne posunięcie! Rainbow party było wspaniałe i wesołe, mimo że mój kochany maluch akurat dzisiaj postanowił obudzić się z podwyższoną temperaturą. Plus był tego taki, że jak nigdy skory był do przytulanek ;) Dziękujemy za to, że byliście, że kochacie, pamiętacie i macie świetny gust do prezentów! Tęczowe buziaki!
Zdjęć tylko kilka, bo skupiliśmy się na kręceniu filmów, a poza tym kawaler w gorączce nieskory do pozowania z rodziną. Ale zaproszenia wystosował!


 Trochę dekoracji...




 Hall of fame ;)


Panie, którędy na imprezę?

Stroje mieliśmy takie, że nikt z dziewięciorga gości nie miał wątpliwości, kto jest kim w tej drużynie! Tylko taty nie sfotografowaliśmy w jego koszulce :(

Prezenty były trafione bardzo! :D


I tak to właśnie było 9 czerwca, na tęczowych urodzinach pana Kajetana. Pierwszy uczczony z przytupem rok już za nami... Co przyniesie przyszłość, zobaczymy, a tymczasem stawiamy sobie realne cele na najbliższe dni: nie dać się gorączce!








LinkWithin

Related Posts with Thumbnails