czwartek, 26 lipca 2012

Romans w jednym akcie

Życie bobasa jest pełne niespodzianek. Czasami dżentelmen idzie sobie grzecznie spać na drzemeczkę (2 godziny JAK NIGDY, syn wiedział, że mama chce chwilę w spokoju pogadać z ciotką!) i nawet nie wie, że może obudzić się w łóżku z dziewczyną...

Kajetan: - O niebiosa wielkie! Pamiętam, że wiele mleka polało się przed południem z mego pucharka, ale żeby tyle, aby nic nie pamiętać???
Zofia: [cóż to za wielkiej urody i błyszczącej glacy młodzieniec?!]

Kajetan: - Dobrze, przyjrzyjmy ci się bliżej moja panno. Zacne masz legginsy!
Zofia: [Jakież on ma oczy błękitne! Niczym niebo nad Grecją, niczym tafla Świtezi o poranku (zanim turyści pobudowali domki letniskowe) , niczym ... moja bluzeczka dzisiaj! To znak.]

Kajetan: Ach otrzyj łzy Zofio! Cóż cię wzruszyło tak bardzo, że łzy twe niczym diamenty spadają na moje poplamione mlekiem prześcieradło?
Zofia: [Bliska jestem omdlenia, on rękę ku mnie wyciągnął i smyra mnie królikiem po policzku...]

Kajetan: Och Zofio... Zatkaj nosek swój zgrabny, bo puściłem bąka.
Zofia: [Chyba puściłam bąka. W takiej chwili podniosłej!!!]

Kajetan: Już pierwsze lody za nami, niechaj przysunę się odrobinkę. Czy mogę? 
Zofia: [Stary,to twoje łóżko, rób co chcesz, tylko pozwól że wezmę cię pod rękę].

Kajetan: A wy tu tak zamierzacie sterczeć i się na nas gapić? Zaprawdę powiem ci Zofio, kawałka siebie dla siebie zachować nie sposób, bo w każdy zakamarek duszy i pieluchy ci zajrzą... Ech, takie są już matki.
Zofia: Ach mój piękny, nie zważaj na nie, w mą spójrz stronę. Mimo że tłum w tym pokoju niemały, ja czuję że sami jesteśmy we wszechświecie!

Kajetan: Patrzę.
Zofia: Fajny mam palec u stopy?

 Kajetan: Mamusiu, przyznać muszę że ubaw to większy niż "Małe myszki" na Baby TV. Zofio, nie odchodź.
Zofia: Kiedy czuję, czuję że... MAMO JEEEEŚĆ.
Chór: [Wielkaż to radość dziecię mieć w domu, a dwójka to już szaleństwo]. Kurtyna.
***
Mama Akacja: I jak mysikróliku, fajna panna? 
Kajetan: Bombowa! Piąteczka!


A na koniec mały baby switch!




sobota, 21 lipca 2012

Nowe pieluszki, nowe pieluszkowe rozwiązania

To post dla wszystkich zainteresowanych tematem pieluszkowym. Mamy 3 nowe okazy w kolekcji i nie zawahamy się ich obsikać! :) A potem zameldujemy, czy warto w nie inwestować (na razie noszą się świetnie i zaskakująco szybko nabrały chłonności). Gdybym drugi raz kompletowała stosik pieluch, inwestowałabym wyłącznie w kieszonki. Wszystko co kieszonką nie jest sprzedaję właśnie na Allegro, tylko nie wiem, czy Wam polecać, bo skoro ja tego nie lubię i sprzedaję, to chyba nie polecam :D Cóż za reklama własnych aukcji!

Po pierwsze amerykańskie śliczności, czyli  Charlie Banana z serduszkiem:



oraz My Little Cupcake marki FuzziBunz w przepięknym miętowym kolorze. Była jeszcze wersja z napisem "Does this diaper make my butt look BIG?". Cha cha, przy następnym dziecku na pewno! Teraz się powstrzymam, gdyż za 3 tygodnie młodzieniec rozpoczyna w żłobku trening korzystania z nocnika! Marzyłam, aby zdjęto ze mnie ciężar tej nauki ;)




Trzecia pieluszka to prezent na roczek (i na "jezusowe" urodziny taty również). Tata przewija dzielnie, praleczkę również dzielnie nastawia, więc niech ma z tego trochę przyjemności. Moro pielucha od Maylily dla synka i tatusia!



Czy to ja jestem szalona, czy ten mały drań pozuje na tych zdjęciach niczym David Bekham w reklamie męskich slipów?


Oferta Maylily poszerzyła się również o urocze maty do przewijania noworodków w najmodniejszym wzorze sezonu - w sowy. Chciałoby się położyć bobasa na sowach, takie są mięciutkie. Ale żal, żal, trzeba kłaść na nieprzemakalnym odwrocie.


A teraz ciekawostka i moje ostatnie odkrycie, którym podzielę się chętnie z tymi, którzy jak ja nienawidzą widoku suszącego się w dużym pokoju prania. Już od jakiegoś czasu suszę wszystko w suszarce  bębnowej, ale niestety otulaczy do pieluch (kieszonek) w tak drastyczny sposób traktować nie wolno. Znalazłam więc coś genialnego - suszarkę nawannową. Można suszyć na 3 różne sposoby i nie trzeba oglądać suszarki w sypialni lub też potykać się o nią w przedpokoju. Opcja nie tylko dla pieluchujących naturalnie mam. Minusem jest to, że jeżeli chciałybyście używać jej do normalnego prania, to zmieści go ona o połowę mniej niż suszarka tradycyjna ze skrzydłami. Ale jest świetna, można ją znaleźć na Allegro szukając pod hasłem "suszarka nawannowa". A wygląda tak:

(ta piękna łazienka jest nie moja, bo moja jest oczywiście dużo czyściejsza i dużo bardziej lśniąca! dziękujemy za zdjęcie producentowi suszarki :))

I przepraszam, jeżeli to nie jest dla nikogo żadna nowość i tylko ja się podniecam, jakbym odkryła w mojej spiżarni tajemny składzik ze słoikami z Nutellą :)

środa, 18 lipca 2012

Goście, goście

Pewnego wieczoru postanowiłem, że nie pójdę spać. Mama zachowywała się podejrzanie cały dzień. Normalnie nie myje lodówki i nie żongluje pościelą po całym domu. A tego dnia gotowała i myła kuchenkę jednocześnie. PODEJRZANE! Postanowiłem sprawdzić dokąd to wszystko zmierza i zrobiłem wszystko, aby nie zasnąć w ciągu dnia. Chyba dopiero o 13:00 straciłem czujność i przytomność. Grunt, że się wyspałem i miałem pewność, że nie pójdę do łóżka tradycyjnie o 19:30.
Wieczorem mama się wymknęła i wtedy tata próbował mnie uśpić. Bez jaj! I nie żartuj :) Moje przeczucia były słuszne, godzinę później mama przyprowadziła wujka i taką oto ciocię!




I ta ciocia, możecie sobie wyobrazić, zamiast wysyłać mnie do łóżka przeczytała mi Lokomotywę. Od deski do deski i jak w teatrze!  Uwielbiam tę ciocię! Łaziłem za nią z Lokomotywą całe 4 dni :) Okazało się również, że zamiast zwiedzania Poznania tropem nazistów, jak obiecywał tata, wykonaliśmy podróż w czasie szlakiem piastowskim. Też fajnie!


(Gniezno)



Tata mówił: "Nie, nie, nie! Mieczem obusiecznym koronacyjnym się nie bawimy!!!"





Ciężar dominacji kościoła katolickiego w całej historii Polski wykończył ciocię Edzię. Poległa przed pałacem kardynałów.




Jakem pół krwi poznaniok, z Marychem się znam, koziołki próbowałem zabrać do domu!





Do tych koziołków się wspinałem po schodach, ale mama straciła cierpliwość po pierwszych 10 stopniach. Mówiła, że zanim dojdziemy na górę, to zdążę wejść w okres dojrzewania, a ona się zestarzeje. Foch.




Dzięki wujek, gdyby nie Ty, to bym się w życiu w jeziorze nie wykąpał...






Jeszcze tylko chwilka w wodzie, jeszcze pięęęęććć miiiinuuuut.... Zzzzzzzzzz.....




Ciocia, nikt mi nie czyta Lokomotywy. To znaczy coś tam dukają, ale tak jak Ty to nikt nie potrafi. Wujek, kąpią mnie tylko w wannie, nikt nie rozumie, że w wannie nie ma piachu! Wracajcie, bo życie bez Was jest nieznośnie monotonne! 


Kajetan


ps. klocki Lego, dostałem, jak obiecano i kocham!

poniedziałek, 16 lipca 2012

Misja: KOŃ

Kilka tygodni temu, jadąc z Długorzęsą do kliniki, w której mieli jej zrobić zabieg na oku, a konkretnie na powiece (A te oczy! Świat by wiele stracił, gdyby chirurgowi omsknęła się ręka. Dość powiedzieć, że kiedy razem byłyśmy u kosmetyczki, to ta - doświadczona przecież - przez 10 min próbowała Długorzęsej zmyć tusz z oka, nie przyjmując do wiadomości, że owego już tam nie było. Tak! Ta dziewczyna naprawdę ma takie rzęsy i takie niebieskie oczy!). Aby rozładować nerwową atmosferę paplałam sobie swoim zwyczajem o wszystkich pierdołach świata, aby te złowrogie myśli o pijanym/niewyspanym/niedoświadczonym chirurgu oka rozgonić. Między innymi opowiedziałam Długorzęsej o tym jakie mam szczęście do zdobywania przedmiotów, które sobie wymyślę i wymarzę, choćby nie wiem jakie były udziwnione. I że na przykład teraz wymyśliłam sobie dla Kaja drewnianego konia na biegunach, po którego zamierzam się udać do Czacza. W niedzielę ten cudowny plan zrealizowałyśmy z Mamusią Akacji. O tym, że czuję się w Czaczu jak dziecko pływające w basenie z cukierkami, jak Staś i Nel kiedy w końcu dotrali do wodopoju, jak Antek, któremu w końcu udało się przydybać Jagnę w stogu siana, jak Niebiański Skoczek, który po całym dniu wsiada do czołgu i wyrusza na misję rozwalenia Tygrysa... o tym później :)

Tak więc przeszedłszy połowę z jakichś 200 folii/stodół/chlewików miałyśmy już z Mamusią samochód wypełniony po dach (cały bagażnik i tylne siedzenie i dzięki Bogu, że Dlugorzęsa jednak z nami nie pojechała, bo musiałaby biec za samochodem, albo osiąść w Czaczu i na przykład zająć się uprawą  pomidorów w folii, co byłoby szczytem dekadenckiego życia jak na tę wieś :D). Zakupy szły nam REWELACYJNIE! Co chwilę jakaś perła wpadała nam w ręce i zaczęłyśmy się opamiętywać dopiero w momencie, kiedy już nie czułam rąk od dźwigania płaskorzeźby Matki Boskiej przypominającej ozdobę zabytkowych nagrobków wykonanej z czegoś w rodzaju cementu. Ale konia nie miałam... Wybiła 13:00 i już zaczynałyśmy odczuwać presję czasu (chłopaki zostali sami), głód (żołądka) oraz dotarła do  nas smutna prawda, że już nic nam się nie zmieści do samochodu i czas zainwestować w Żuka. Wróciłyśmy do samochodu, wyładowałyśmy go, aby ponownie załadować w sensowniejszy sposób (Matka Boska jechała na kolanach...) i wtedy powiedziałam do Mamusi: Jak już tu stoimy, to ty się baw w tego samochodowego tetrisa, a ja jeszcze wejdę do tej ostatniej folii - może będę miała szczęście. Folię obeszłam dookoła i już miałam wychodzić, kiedy pod nogi zaplątał mi się konik...  Niechaj to będzie puenta i nauka na całe życie: nie tracić wiary :) Konik kosztował mnie całe 40 zł (pytając o cenę udawałyśmy z Mamusią Akacji, która do tego czasu już zapakowała furę, całkowitą chłodną obojętność), po czym po wyjściu z folii oddałyśmy się wielkiej radości i całkowicie spełnione zakupowo wróciłyśmy do domu. Otóż i on, jest cudownie niedoskonały i nie ma jednego ucha...


...pan właściciel znalazł go w pokoju następnego dnia rano. A TO TO???






Mamusiu, jest piękny! Tylko trochę jakby rozczochrany. Załatwię to.



Teraz już jest godzien, abym na nim jeździł!



W następnym poście dotyczącym zakupów w Czaczu pokażę wam, co jeszcze zdobyłam (tylko muszę trochę odnowić i/lub powiesić) i przygotuję dla Was test psychologiczny niczym z Bravo na temat "Czy powinnam jechać do Czacza na zakupy?" :D 

ps. Tak, na podłodze w kuchni leżą resztki śniadania ;)

wtorek, 10 lipca 2012

30

Jeden przystojny lekko siwiejący mąż, jeden równie przystojny mały człowieczek, któremu przez gardło nie przechodzi słowo "mama", jeden kredyt hipoteczny na tetrazylion lat, jeden bulgoczący półterenowy wóz z naklejkami świnek na lusterkach i jedno stuletnie audi, które tylko wygląda na combi, nie dajcie się zwieść! (nie może być to combi, bo nic się w środku nie mieści). Poza tym tysiąc koralików, 3 kartony przyborów artystycznych, jedna maszyna do szycia, jeden stary aparat fotograficzny, który ma guziczek samowyzwalacza dokładnie tam gdzie ja czubek nosa, tysiąc różnych pamiątek, schowany w woreczku odświeżacz powietrza z pokoju, który wynajmował Skoczek, kiedy rodziła się nasza miłość, ulubione "Noce i Dnie" w pełnej wersji i złote serduszko od męża oraz marzenia o tym, jak jeszcze będę szczęśliwa, kiedy w końcu będę miała pewność co w życiu robić zawodowo i tą świadomością będę się rozkoszować w moim własnym ogrodzie. Z takim dorobkiem kończę 30 lat. Roweru się nie dorobiłam, piwnicy w której mogłabym go schować również. Ale generalnie jestem szczęśliwa.


Aha, z okazji urodzin śpiewał dla mnie Kermit. Kto jeszcze może to powiedzieć o swoich 30-tych urodzinach?!
***
Od 29 lat kolejne urodziny przyjmuję ze stoickim spokojem...


Tak było i tym razem. A co tam, niech się rodzice martwią, że mają taką starą córkę :D Pozdrawiam z tajemniczego ogrodu...

... i zza kratek. Tylko pamiętajcie - prison is a state of mind! :D Oczko do tych, którzy widzieli pewien satyryczny obrazek.


wtorek, 3 lipca 2012

Na wsi u prababci Stasi

Powiem tak, kotka nasza zwana Starą jest naprawdę stara, ale ostatniej niedzieli futro wyraźnie zaczęło jej siwieć ;) A oto w wielkim skrócie dzień z życia szczęśliwego bobasa, spędzony u prababci i wujostwa  na wsi. Było cudownie, dziękujemy! I chcecie, czy nie - wrócimy! ;)


Ps. Chcę mieć nysia. Nysię. Hmmm, pani Jarmuszczakowa, niezależnie od tego jak to się odmienia, to ja poproszę tego w ciapki!

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails