wtorek, 29 stycznia 2013

Depresja zabawkowa

We wtorek zeszłego tygodnia, będąc w domu z dzieckiem w ramach tzw. "opieki", doznałam załamania nerwowego w związku ze stosem zabawek, które od 19 miesięcy walały się w kącie za kanapą, aby zawsze być w zasięgu małych rączek. Dokonałam dogłębnej analizy zachowania syna na przestrzeni ostatnich miesięcy i stwierdziłam, że się nimi nie bawi, więc co one do cholery robią za tą kanapą? Wygospodarowałam więc w pokoju Pączka półeczkę, z pietzymem ułożyłam na niej zabawki przeniesione z kąta (oprócz nich są również dwie skrzynie z zabawkami, mała i większa), ustawiłam książeczki i cieszyłam wzrok widokiem.


A po 5 minutach.....
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
15 minutach, godzinie, dniu, 3 dniach, 6 dniach czyli po weekendzie spędzonym W DOMU ( minus półgodzinne wyjście na sanki) półka wyglądała tak:


Konia z rzędem temu, kto dostrzeże jakąkolwiek różnicę. NIE MA! Nie ma, nie tylko dlatego, że to to samo zdjęcie (po co robić dwa zdjęcia czemuś co wygląda identycznie...), ale przede wszystkim dlatego, że przez te wszystkie dni Kajetan nawet do półki nie podszedł. Nie zajrzał też do żadnej ze skrzyń i oficjalnie zignorował wszelkie zachęty do zabawy. Jedyne zabawki, jakie obdarzył przez te wszystkie dni zainteresowaniem to dwa metalowe samochodziki - karteka i wóz policyjny - oraz przez 5 minut bawił się klockami.

Historia jest prosta. Od jakiegoś miesiąca mój syn oficjalnie przestał interesować się dziecięcymi zabawkami. Nie mogę też powiedzieć, aby kiedykolwiek był nimi szczególnie zainteresowany, ale jednak czasami jakiś samochód przeciągnął po mieszkaniu, jakąś układankę złożył, Lokomotywę kazał sobie przeczytać. Były to chwile rzadkie i efemeryczne, ale byliśmy przekonani, że z wiekiem mu się to zmieni. Oj zmieniło się! Teraz intersuje go wyłącznie robienie prania, gotowanie, przelewanie wody z dzbanka do czajnika i przynoszenie do pokoju suszarki na pieluchy. Wiele czasu spędza też na próbach wybłagania swojego kubeczka z wodą. Na pytanie "Ale będziesz pił?" odpowiada "Tak", które brzmi jak przysięga na Biblię, a następnie wypija łyk i pędzi z kubkiem do pokoju, aby zdążyć choć kroplę wylać na kanapę. Lubi też włamywać się do szafki z DVD, trenować operowanie pilotem TV, oraz doskonalić umiejętności w dziedzinie akrobatyki kanapowo-fotelowej. Zimowy weekend to sztuka przetrwania i wierzcie mi, że stajemy ze Skoczkiem na rzęsach, aby zainteresować go jakąś dziecięcą zabawą. Chyba nie ma drugich takich rodziców, którzy by się tyle nabiegali po domu z kredkami i piłką. Oficjalnie przyjmę każdą radę w tym temacie, każdą podpowiedź i będę wdzięczna za każde słowo otuchy :)

I dzięki Bogu, że kota nie mamy, bo już by przeżył kilka wirowań!

Kiedy dzisiaj łaskawie 5 minut pobawił się klockami Duplo, które  tata mu złożył w finezyjną konstrukcję, byłam tak szczęśliwa, że od razu chwyciłam za aparat. Ze zdjęć wyłania się oczywiście całkowicie fałszywy obraz naszej domowej rzeczywistości ;)


Mamu, ale o co ci chodzi? Dlaczego tak o mnie piszesz, jakbym nie był grzeczny? Przecież byłem, pomagałem ci przy obiedzie... troszkę porozlewałem i faktycznie rozżalony byłem bardzo (we łzach, można powiedzieć...) kiedy nie pozwoliłaś mi kręcić pokrętłami przy płycie grzewczej, ale ja tylko bardzo chciałem pomóc. No i odkurzałem, i przełączyłem wam kanał tv, bo co tam będziecie oglądać nudy, kiedy na Baby Tv leci Bam Bam? Ja naprawdę jestem aniołem. Czy te oczy mogą kłamać? Czy ja mógłbym serce złamać itp?

No i masz szczęście, że posiadasz te piękne oczy ;)


niedziela, 27 stycznia 2013

Królowa leśnych elfów informuje

... że skończyło się jej wieczorne wylegiwanie na kanapie z książką Little Paris Kitchen oraz Woodym (dla zainteresowanych: łaknę obecnie skompletowania całej filmografii Allena, a posiadam wyłącznie Wszystko gra oraz Życie i cała reszta ;). Teraz muszę iść na wojnę. Mimo wielu usilnych prób nie udało mi się namówić Skoczka do pokojowego rozwiązania konfliktu...


(Tak, Kłapouchy, to się dzieje naprawdę...)




... ani też nie zadziałało zaproszenie Armii Chaosu na podwieczorek w moim zamku. Okazało się, że trzeba walczyć. Taki mój los: jeden Pomiot Chaosu został spacyfikowany i ululany do snu, a tu kolejny do rozwalenia.

Rozważałam obudzenie tego większego, który szybko doprowadziłby do zakończenia wojny, ale dowódca sił chaosu się nie zgodził. Do czasu zastąpienia mnie przez syna - muszę walczyć w takt epickiej muzyki. No lepsze to niż polskie seriale ;)

Hmmm, nie posiadam tagu "czy jest na sali doktor?!", więc tag "Zabawki" musi wystarczyć ;)

niedziela, 20 stycznia 2013

Laurki dla pięciu babci i jednego dziadka

Cóż może być słodszego i piękniejszego (w kategorii Dzień Babci, Dzień Dziadka, Dzień Matki, Dzień Ojca itd.) niż laurka? Przysięgam, że będę zbierać każdą, którą dostanę, założę na to specjalną teczkę, następnie segregator, karton, a potem kupimy większe mieszkanie, aby pomieścić kartony. Trudno będzie też znaleźć lodówkę pod ścianą obrazów i będę męczyła wszystkich czytelników mojego bloga skanami wszystkich genialnych prac mego Pabla (jak mi Skoczek naprawi skaner...). Bójcie się ;)

Właśnie wspólnymi siłami stworzyliśmy pierwszą w życiu laurkę dla babci i dziadka. Pączek niestety tego doniosłego wydarzenia nie zapamięta, ale od czego jest narośl na mojej twarzy zwana aparatem fotograficznym? Zabawa była super, chociaż o ile umazana tuszem rączka była ekscytującą niewiadomą, o tyle zielona stópka wzbudziła ewidentny niepokój mojego artysty. Zaraz po dokonaniu uroczystego odbicia wręczył mi ściereczkę i kazał sobie umyć stopę :)





Efekty wspólnych wysiłków:

 Jeszcze kwiatki wręczyłem oprócz laurek. Czyż taki widok nie rzuciłby każdej babci na kolana?


Reszty całusów, uścisków i przytulasów nie uwieczniono, bo ciasnota, wariujący aparat, ciasnota i aaaaaa... Buziaki dla moich babci :*

A tak było w zeszłym roku.

ps. Jeszcze przepraszam siebie i wszystkich za nieostre zdjęcia. Przy tak ruchliwym dziecku i/lub egipskich zimowych ciemnościach (nie używam prawie w ogóle lampy), nie jestem w stanie za każdym razem zrobić ostrego zdjęcia. Co mnie dobija, bo nic mnie tak nie wkurza jak nieostre zdjęcie ;)



środa, 16 stycznia 2013

Gość w dom, dzieć w dom!

Zaprosiłam synową na obiad. Z rodzicami, no już trudno - wleką się wszędzie za dziewczyną. A jeszcze mi ją próbowali przymrozić pod blokiem. Że niby spała i nie chcieli budzić, czy coś. Ja tam nie wiem, ale podejrzewam, że tata nie chce córki wydać za pierwszego lepszego i próbuje ochłodzić jej uczucia do Kajetana poprzez trzymanie w lodówce zwanej samochodem.
Zostawmy to jednak. Zrobiłam dla synowej Zofii pyszne brokułki, brukselkę (a fuj! - rzekł mój syn ze wstrętem i podając mi nadgryzioną kulkę z wykrzywioną miną zapytał "co to?") i małe marchewki podsmażone z masłem i czosnkiem. Jednak dziewczę, obserwując posilającego się kawalera, było tak przejęte, że cokolwiek nie brała do rączki, od razu podawała chłopakowi mówiąc "Daj!". Kochane dziecko, od ust sobie odejmie, żeby oblubieńca nakarmić! Jedno jest pewne, czuła się jak u siebie w domu, bo nogi trzymała na stole :D
 ***
No i kto powiedział, że w dzisiejszych czasach nie ma już rycerzy na koniach?! Jak się dobrze poszuka, to można swojego znaleźć!
Hmmm, jaki to będzie rozmiar pierścionka?

Gdzie on się schował, ladaco. A tu jest!!!
Mamuśki :)
Rewanż się zbliża, tym bardziej, że mama Justyna zapowiedziała przystosowanie mieszkania do potrzeb małego dziecka. Czyli co? Ława na balkon, DVD pod łóżko, wzmacniacz do szafy, lustro z przedpokoju do lodówki, piloty TV poupychane w wazonach, a kwiatki do ogrodu zimowego, czyli na trawnik przed blokiem :D Jak tak, to przyjeżdżamy! Małemu będzie smutno, że najlepsze zabawki pochowane, ale spróbujemy go zainteresować nudami w postaci dziecięcych gadżetów.

niedziela, 13 stycznia 2013

Zimowa niedziela


Wczoraj był przemiły dzień, który minął szybko i przyjemnie, dzięki odwiedzinom malinowej rodzinki,  a dzisiaj z grubsza rzecz ujmując... walka o przetrwanie. Wiochę nam zasypało i decyzja: zostajemy w domu. Jak zostać w domu z 19-miesięcznym dzieckiem i nie zwariować? Nie wiemy, bo chyba zwariowaliśmy. Mnie się jeszcze wciąż lekko trzęsą ręce, ale to nic w porównaniu do tępego bólu głowy w skroniach, a Skoczek trzyma pada od PS3 do góry nogami stojąc przed otwartą lodówką, a do tego ma bardzo dziwny wyraz twarzy i powieka mu niepokojąco drga. Chyba nie wyszliśmy z tego bez szwanku. Dość powiedzieć, że (pomijając 45-minutową drzemkę) nasze dziecko NIE SIEDZIAŁO ani przez chwilę na swoim szanownym wypielęgnowanym zadku. Hitem dzisiejszego dnia było wciśnięcie się za duży fotel, aby wyczłogać się zza niego tyłem, wskoczyć na skrzynię, ze skrzyni zrobić wyskok w stylu Lary Croft na fotel, aby móc za niego wrzucić łabędzia, co da nam pretekst do kolejnego wciśnięcia się za fotel... I tak 10 razy. Bo po co robić coś fajnego tylko raz, skoro można to powtórzyć jeszcze 10 razy?! Bez sensu. 


Aby jakoś dotrwać do 19:00 i nie osunąć się w otchłań szaleństwa jeszcze przed obiadem, wymyśliliśmy więc (nie żeby to wymagało jakiegoś większego wysiłku intelektualnego i kreatywności) sanki. Przygotowanie wyprawy: 30 min, czas spędzony na dworze: 60 min. Bilans końcowy: nie opłaca się! No chyba, że policzymy to sobie jako fitness, którego nie uprawiamy, zapasy, których nie oglądamy, lekcję negocjacji, której nie potrzebujemy, bo negocjowanie z półtoraroczniakiem mamy w jednym palcu (- "E!E!E!; -"Nie! Nie! Nie, nie możesz zjeść płonącej świeczki! Bo nie, bo nie zawiera białka!"), sesję jogi (jedną ręką zakładam sobie but, drugą wciskam młodemu czapkę, a stopą ściągam z wieszaka kombinezon) oraz wrestling, kiedy już poubierani jak pajace przepychamy się w korytarzu do wyjścia próbując spacyfikować uciekające dziecko. Tak to właśnie spala się kalorie i to jest prawdziwa tajemnica zrzucania kilogramów po ciąży, a nie jakieś tam karmienie piersią ;P
No więc wyszliśmy. Kiedyś nie wypędzili by mnie na ten ziąb za żadne skarby! Razem z psem z kulawą nogą zabarykadowalibyśmy się w szafie, byle nie wyjść na dwór. Dzisiaj takie wyjście to odpoczynek. Wszystko, co nie jest wciskaniem się za krzyczącym chowańcem za fotel (kto pierwszy do kontaktu i modemu?! Cha cha, matka znowu nie zdążyła! Internet wyłączony! A z resztą, po co wam w ciągu dnia internet :P) jest relaksem. Człowiek inaczej patrzy na zimowe plenery: świeże powietrze, cisza, spokój, dziecko grzeczniejsze, idzie przed siebie, potem w bok, do tyłu, przed siebie, na kolanach do zamarzniętej kałuży, na brzuchu po śniegu, potem znowu przed siebie, ale da się to jakoś ogarnąć. A jeśli tata rzuca śnieżkami, to dziecko rozpływa się w zachwycie.

 Dawaj stary! Do boju!


 No dobra, było śmiesznie, ale muszę iść. Tam jest jakieś zamarznięte bajoro, a mam wrażenie, że ja i takie zamarznięte bajoro - włażenie na lód, balansowanie na granicy wszelkiego ryzyka - to się wszystko jakoś tak łączy. Pasuje, tak, pasuje, idę, nara.

 No wleczecie się za mną czy nie?!
No dobra, ciągnąłeś, dostaniesz buzi :*
Tylko niestety te zimowe spacery mają jedną wadę, są krótkie. Po godzinie czerwone nosy i przemoczona druga para rękawiczek już niechybnie zbliżają nas do klatki schodowej, która wiedzie wprost do klatki zwanej naszym mieszkaniem. Ech, oby do wieczora, jutro odpoczniemy w pracy, a panie w żłobku zajmą się pacyfikowaniem naszego triatlonisty. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy nie zażądają podwyżki ;)  
Aha, i pomniki dla samotnych matek! I renta!

*EPILOG*
O godzinie 18:45 potomek doczłapał się do drzwi swojego pokoju i kategorycznie zażądał smoczka oraz szmaty do przytulania. Moje umiejętności negocjacyjne okazały się niewystarczające. Następnie smętnym krokiem dotarł do kanapy, wdrapał się na nią zająwszy miejsce koło swojej matki i po raz 3 tego dnia poprosił tonem rozpaczy (już na wszelki wypadek, gdybym chciała odmawiać) "Baba!", co oznacza bajkę z Baby TV, w której występuje Bam Bam (i Billy). Oglądamy. Jakoś tak za spokojnie siedział, więc zerkam mu w twarz, a tu wzrok mętny, powieka na półprzymknięta. Podskoczyłam więc w panice, wrzasnęłam KĄPIEL!, czym zafundowałam mężowi kilka kolejnych siwych włosów, a dziecko postawiłam na baczność. Uradowani, że wieczór będzie dłuższy wrzuciliśmy dziecko do wanny razem z toną klamotów do zabawy i odbyliśmy rytualną kąpiel. Potem tata przejął marudę, który na przewijaku leżał już krzyżem (tyle, że na plecach) - taki był wycieńczony. Po 5 minutach układania do snu tata Skoczek wyślizgnął się zadowolony z pokoju. Piąteczka! Zaczynamy wieczór! :D Rzuciliśmy się na kanapę uradowani, zrelaksowani, aż tu nagle z głośnika elektronicznej niani... "PAPA!". No cóż, to w dialekcie kajetańskim znaczy tylko dwie rzeczy. Albo "do zobaczenia". Albo "kupa"... Pozdrawiamy wszystkich rodziców, jesteśmy z Wami ;)

ps. 2 - I pomniki dla samotnych matek!!!

czwartek, 3 stycznia 2013

Migawki z przełomu 2012 i 2013

Czyli co się u nas działo w grudniu i styczniu... Jak zwykle dużo. Jakże by inaczej z dzieckiem, które ma tylko dwa tryby życiowe: spanie i bieganie? Ależ dziękujemy ci synu za ten prezent świąteczny, najlepszy z możliwych: 3 dni przed Bożym Narodzeniem postanowiłeś przestawić wewnętrzny budzik z godziny 5:50 na 7:50. My to doceniamy, uwielbiamy, szanujemy i... trochę jesteśmy przestraszeni, bo przyzwyczailiśmy się do tych luksusów w 1 dobę i blady strach na nas pada na myśl o powrocie do starych zwyczajów.
Acha! Zapomniałam, jest jeszcze tryb jedzenia. Dumna chodzę jak paw na myśl o tym jak i co je mój syn. I będę sobie taka dumna chodziła, a co, zasłużyłam na to ciężką pracą przy myciu podłogi w pierwszych miesiącach BLW ;) W grudniu nic nie przebije barszczu zabielanego z makaronem. Młody przy Wigilii wiosłował przy misce tak, że spalał ten barszcz na bieżąco. Ponadto hitem był ryż zasmażany z groszkiem i kukurydzą polany tzatzikami oraz kasza gryczana na sucho (zanim zdążyłam coś z niej zrobić, to mały wyjadł część łyżką... tak, taką suchą kaszę, z lodówki, nie pytajcie). Potem umotałam z niej kotleciki, dołożyłam fasolki (w oliwie i soku z cytryny) i sos jogurtowo-czosnkowy do ryżu. Am mniam!




 W kwestii jedzenia dziecko moje jest jednak silnie nieprzewidywalne. Zasadniczo lubi wszystko, ale co zechce zjeść danego dnia: zagadka. Dzisiaj wydarł babci siłą różyczkę surowego brokuła i chrupał ją po cichu w kąciku, ale już ugotowanego z zupy nie tknął. Generalnie uwielbia makaron, ale wczoraj nie miał na niego ochoty, mimo że był głodny. Codziennie jakaś niespodzianka.

Można odnieść wrażenie, że bardzo dużą wagę (graniczącą z obsesją) przykładam do jedzenia. Tak, tak właśnie jest, to dobre wrażenie. Wszystkie inne kwestie typu: picie z butelki ze smoczkiem czy ze szklanki, spanie z rodzicami czy samodzielnie, oduczanie smoczka czy dawanie smoczka itd. uważam za drugorzędne i mało istotne w kontekście całego procesu dbania i wychowywania dziecka. To są problemy, które prędzej czy później same się rozwiążą i żadne z nich nie ma wpływu na zdrowie dziecka (może poza trzymaniem smoczka w buzi 24h do 3 roku życia). Ale odżywianie jest MEGAważne! Bo nie chodzi w tym wszystkim o ilość (a w naszym kraju to zdaje się być priorytet nr 1, żeby zjadło coś, cokolwiek, nieważne, byle zjadło), ale o jakość i wartość odżywczą. Dzieciom rosną kości, rozwijają się mózgi, budują mięśnie. Każda czekoladka, każde słodkie kupne ciastko, każda chrupka to jest dla mnie strzał kulą w płot i wyrzut sumienia. Lepsze dwa gryzy warzywa niż pół paczki ciastek, lepsza łyżka zupy warzywnej niż pół białej bułki, lepsza mandarynka niż czekoladka. Nauczenie dziecka jedzenia jogurtu naturalnego to nie rocket science, wystarczy po prostu nie zapoznawać go z jogurtem słodkim :) Kwestii negatywnego wpływu cukru na organizm dziecka, psuciu się zębów, energetycznym kopie już nawet nie rozwijam, bo to chyba oczywiste. Więc proszę mi pozwolić na moją małą obsesję, bo wiem, że to zaprocentuje (już procentuje). Wiem, że mózg mojego malucha jest dobrze odżywiony, wiem, że kości sobie spokojnie rosną i wierzę, że w wieku przedszkolnym i szkolnym będę zbierać żniwo mojej pracy, yay! :) I nie myślcie sobie, że jestem fanatyczką, moje dziecko też je ciasto, kiedy ja jem. Ale tylko wtedy, kiedy wcześniej zjadło normalny zdrowy posiłek. Nie jakieś kosmiczne dziwactwa z książek pt. "100 dań z kaszy jaglanej i otrębów", normalny obiad czy śniadanie.


A teraz do rzeczy mniej poważnych i zupełnie niepoważnych. Dlaczego nie warto inwestować w zabawki dla dziecka w wieku 18 miesięcy? Albo nie, bez sensu, na innych blogach widzę, że jednak są dzieci, które się bawią zabawkami. No chyba, że blogi kłamią ;) Inaczej więc: dlaczego nie warto inwestować w zabawki dla Kajetana?  Bo na koniec i tak okazuje się, że najlepsza zabawa to uruchamianie zmywarki i szary papier do pakowania, z którego można zrobić tunel. Aż żal ściska na myśl ile kartonów dzisiaj w pracy wywaliłyśmy ;)


Kilka dni temu przypomniałam sobie też o zabawce, którą kupiłam już jakiś czas temu i czekałam aż mały podrośnie. Chodzi o kredkę do malowania po wannie. Boże, gdybym ja miałam w dzieciństwie taką kredkę, to bym była najczystszym dzieckiem na świecie. W zasadzie resztkami siły woli powstrzymuję się przed tym, aby nie wziąć jej ze sobą do kąpieli! Picasso w akcji:



 Czyściochy pozdrawiają! :)

ps.  W zeszłym tygodniu obejrzałam odcinek Superniani, w którym matka karmiła 5-letnie dziecko zupkami chińskimi. Musielibyście widzieć moją minę i słyszeć komentarz! Niestety wyżywać mogłam się tylko na Skoczku, który umówmy się, nie rozegrał w tym momencie swojej życiowej partii w WoT. Ma żonę przeszkadzajkę ;)

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails