środa, 27 marca 2013

Nadeszła wiekopomna chwila...

... a nawet trzy! Nasze życie obfituje ostatnio w przełomy. Pierwszy - symboliczne przejście z wieku niemowlęcego w chłopięcy. I chociaż tata Skoczek byłby skłonny jeszcze wiele lat przewijać chłopaka na przewijaku, to jednak nie mógł zignorować ewidentnych przesłanek świadczących o tym, że syn nam wyrósł z przewijaka. Otóż wspomniany mały chłopiec już kilka razy solidnie walnął się w głowę próbując pod nim przejść. No bo nikt nie sądzi chyba że przesłanką do demontażu było to, iż nogi wisiały klientowi z przewijaka na całej długości, kiedy na nim leżał? Nieeee, to się załatwiało tak, że tata kładł sobie te długaśne szkity na klacie. Tak więc nadeszła wiekopomna chwila, zdemontowano przewijak. Było to fascynujące przedstawienie...

























Ja tam się nie znam panie majster, ale ta śrubka tu nie pasuje chyba.






















Genialne szwedzkie mózgi przewidziały sytuację, że dziecko może rosnąć i umożliwiły przekształcenie przewijaka w regalik na książki i zabawki. Co prawda nasze dziecko ani jednym ani drugim się nie interesuje (dzisiaj interesował się zamiataniem kuchni uprzednio rozsypawszy po niej słonecznik), ale ja też muszę gdzieś trzymać kosze z przyborami do scrapu (pan lisek to dzieło cioci Misi, a kotwica na body to moje dzieło ;).


Drugą wiekopomną chwilę zawdzięczamy Babuni, czyli Babu. Gdyby nie moja babcia, dziecko do dziś nie wiedziałoby co to basen. To ona zarządziła wycieczkę. Jak to możliwe, że chowaniec ma prawie 2 lata i nie był na basenie? Ja nie wiem. Ja, wodne stworzenie, Rak w zodiaku, drugie wcielenie małej Syrenki, umywam ręce w wodzie chlorowanej. Pytania "Jak to możliwe?" proszę kierować do tego szczura lądowego, z którym dzielę łoże, życie i dziecko, na adres: dermatolog-amator@malpa.pl. Buziaczki ;*
Jak było? No cóż, było obłędnie! Mały okazał się totalną basenową kaleką i pluskając się w brodziku wskazywał mi roczne bobasy w pływaczkach, dzielnie przemierzające brodzik, pytając "CIO TO?!". No, jakby ci tu wyjaśnić ;) W basenie dla większych dzieci najwyraźniej uznał, że mityczne "pływanie" jest wtedy, kiedy się leży jak kłoda na tafli wody, a mama trzyma pod brzuchem i przesuwa mną po wodzie, a ja wskazuję kierunek i komenderuję: "TU!". 
Najśmieszniej jednak było, kiedy żaba nasza orientowała się, że któreś z nas jest w dużym basenie. Biegł wtedy wzdłuż toru (w asyście) i ścigał się z pływającym krzycząc "papa!" i machając rączką. Dostałam też kilka słodkich całusków, kiedy wynurzałam się z wody jak syrenka, a synuś się nachylał, aby mnie pocałować. Ogólne wnioski: było super, szczur lądowy przekonany - będziemy uczęszczać! Babuniu, dziękujemy!
Zdjęcia fatalnej jakości, bo byłam w emocjach i mi się ręce trzęsły, kiedy trzymałam telefon:


Trzeci przełom był taki, że Kajetan dostał pierwszą w życiu kostkę gorzkiej czekolady. Miał niemożliwe rozwolnienie po tranie i w akcie desperacji uznałam, że może to pomoże. Legenda rodzinna głosi, że gorzka czekolada jest właśnie na związanie kupy, ale... głosi również, że jest to remedium na wiele innych schorzeń, więc nie wiem na ile jesteśmy wiarygodni jako szamani ;) W każdym razie podszedł syn do sprawy nieufnie, ale jednak dał się skusić, wziął kostkę do buzi i  O RANY. Niebo się nad nim rozstąpiło, radość pojawiła się na buzi pomieszana z wyrzutem, który zdawał się wokalizować w pomlaskach i mruknięciać jako "i ty to przede mną ukrywałaś?!". Pomazał się cały przy konsumpcji, bo oczywiście czekolada zaczęła się topić, ale cóż to. Szczęście wypełniało tę młodą duszę i nawet brudne łapki go nie zagłuszyły. 
Kilka dni później oglądaliśmy książeczkę o jedzeniu. Na dwóch stronach widniały rysunki dzieci jedzących różne posiłki. Na jednym dziewczynka jadła chyba ciasto, a obok talerza leżał mini-tyci kawałek czekolady. Czytelnik dostrzegł, ożywił się i orzekł stukając paluszkiem w kartonową stronicę: "O to to!". No tak, to właśnie to. Poczekaj aż odkryjesz istnienie Nutelli, coli i rozpuszczalnych gum do żucia. Ale ja jestem złą matką, będę to wszystko ukrywać tak długo, jak tylko się da ;) Wydarzenia nie uwieczniono, bo w domu były egipskie ciemności. Na koniec więc myszon w obiektywie swojej mamy ...



...i z tąże mamą choć raz na wspólnym zdjęciu!










czwartek, 21 marca 2013

Marcowe tulipany i waga

Marzec mój jest nostalgiczny, pełen zmian, wyzwań, a przez to i nerwów. Na szczęście za oknem wiosna, więc jest mi chociaż trochę lżej ;)
Z oswajaniem zmian w moim życiu radzę sobie jak każda prawdziwa kobieta. Poprawiam sobie nastrój udając się na zakupy. Ponieważ ostatnio zakopałam się w kuchni z moim pomocnikiem i oddałam się pieczeniu ciast - najpierw pożegnalnych, a potem powitalnych - uznałam, że najwyższy czas na zakup wagi. Najpierw chciałam taką za 15 zł w Realu. Zrobiłam więc gigantyczne zakupy produktów niezbędnych do upieczenia ciast, dotoczyłam się do działu ze sprzętem (szybko, szybko, szyyybko, bo tata z synem cały dzień, a tak w sumie to tydzień, sami w domu i już na pewno któryś dostaje na głowę, któryś próbuje się utopić w wannie, a któryś skacze na główkę z kanapy!). Jeszcze tylko waga. I co? No jasne, w Realu są do wyboru dwie wagi elektroniczne. Co to, to nie! Drugi raz nie kupię ani wagi łazienkowej, ani kuchennej na baterie! Gdzie się do cholery takie baterie kupuje i kiedy?! Ja nie mam głowy do baterii! Wszystko co w moim domu wyładuje się raz, już na wieki pozostaje w stanie spoczynku. Patrzę na ceny: 70 i 69 zł. Powariowali, wagi w Realu za prawie 100 zł i jeszcze do tego na baterie.
No nic, biegnę do kasy, aby przepuścić przez nią wszystkie najcięższe rzeczy, jakie były w sklepie: kilogram cukru, kilogram mąki, słoik wiśni w kompocie, 4 kostki masła, mleko, jajka i tak dalej... razem tona. Dwie wielkie siatki, moja kurtka puchowa, pół tony w każdej dłoni, zegarek tyka. Już, już prawie podjęłam rozsądną decyzję o powrocie do domu, kiedy to odezwała się we mnie mała dziewczynka. Zaczęłam w swojej wyobraźni tupać małą nóżką i płakać w głos przed wejściem do Media Markt krzycząc "Nie, nie, nie pojadę do domu! Plosę o wagę! Buhuhu". No i pobiegłam do MM, palce już mi się prawie pourywały, wpadłam w alejkę z wagami, zobaczyłam tę jedyną i decyzję podjęłam, jak nigdy, w 1 sekundę! Nie wiem co to za firma, nie wiem, czy dobra, nie wiem czy starczy na długo. Ale wyglądała pięknie i solidnie i zakochałam się od pierwszego wejrzenia :) Jest moja, stoi w kuchni na widoku. Spełniła swoją rolę, nie tylko kulinarną - uszczęśliwiła mnie bardzo i ukoiła nerwy!

Poza tym dostałam piękne kwiaty w tym miesiącu...


A dzisiaj mam wieczór porównań. Zrzuciłam zdjęcia z aparatu i niektóre aż proszą się o mały kolaż. Na przykład w ostatnią niedzielę zrobiłam zdjęcie moich chłopców dosypiających na kanapie. To znaczy, młodszy dosypiał po drzemce, a starszy robił za żywą podusię.
 Generalnie uwielbiam porównania i retrospekcje. Uwielbiam też dokumentowanie kolejnych zmian. Wciąż robię małemu zdjęcia na fotelu, to już drugi rok. Każdy miesiąc jest inny, wyjątkowy. Niektóre śmieszne, niektóre skupione, niektóre płaczliwe. Dziś zrzuciłam z aparatu zdjęcie marcowe i... czemu by nie, zestawiłam z tym samym miesiącem zeszłego roku. To niesamowite. Ten sam, ale jaki inny!
Choć akurat to nie jest idealne porównanie, bo minka 9 miesięcznego Kajetana była cudna i zabawna, ale zupełnie dla niego nie charakterystyczna :)
 No rośnie, jak nic rośnie. Mam na to dowody!

czwartek, 14 marca 2013

Książki, książeczki!

Jak ja kocham dziecięce książeczki! Do tego stopnia, że zaczęłam kolekcjonować serię Poczytaj mi mamo, której miałam pokaźny zbiór pacholęciem będąc (to ciemne odmęty wczesnych lat 80-tych, kiedy miało się książeczkę i pudełko zapałek do zabawy). Syn mój tej miłości nie podziela :( Serce me krwawi, a umysł staje na głowie wymyślając sztuczki, dzięki którym chowaniec jednym łaskawym okiem spojrzy do wnętrza książeczki.
Niestety, ziazia Janusz marzył, aby mieć potomka sportowca i na tym polu ponieślismy jako rodzina sromotną klęskę. Dość powiedzieć, że mając do wyboru darcie pierza, ubijanie masła, nawlekanie koralików lub też krótką serię joggingu wybrałabym opcję a,b i c razem wzięte. Jedyne sporty jakie uznaję (i to tylko w formie krajoznawczo-relaksacyjnej) to jazda na rowerze i pływanie. The end. Ale dziadka modły, w których prosił o mistrza tenisa, siatkarza i biatlonistę (najlepiej w jednym) najprawdopodobniej zostały wysłuchane i zmaterializowały się w formie naszego pięknego Lolo. Kiedy on ma czytać książki? Pomiędzy biegiem od łazienki do kanapy, czy w czasie zjazdu ze zjeżdżalni? A może w czasie zmiany biegów w samochodzie, albo podczas skakania ze skrzyni? Jak mi wczoraj trzy książeczki przyniósł z pokoju i przy mnie obejrzał, to się prawie ze szczęścia posikałam! Póki życia, póty nadziei. 
Tak więc skoro dziecko niezbyt zainteresowane, to Wam pokażę, jakie mam piękne okazy
w kolekcji :)
***
Dla starszaka - Opowiadania dla dzieci według Shakespeare'a. Każda opowieść ilustrowana przez innego rysownika, a wszystkie piękne! To prezent na roczek. Będziemy czytać klasyków, a co!
 

 To będzie jego ulubiona ilustracja :)
 Po babci - Na jagody, wyd. 1954 r.

Poczytaj mi mamo - oryginały z lat 1982 - 1987 oraz nowe wydanie Naszej Księgarni, w którym znajdziemy reprinty wybranych książeczek. CUUUUUUDOWNA sprawa! :)



Możecie ją kupić TUTAJ


Ostatnio od cioci Kajetan dostał wiersze Tuwima w wydaniu Naszej księgarni. Biorę je czasami do łóżka i podziwiam rysunki, czytam wiersze i odkrywam, że prawie wszystkie znam doskonale. Stare, zatarte czytelnicze ścieżki w moim mózgu i mej wyobraźni pokrywają się świeżymi śladami kolejnych kroczków, którę czynię cofnięta do dzieciństwa przez mojego syna. Dziękuję moim rodzicom i babciom za to, że czytali mi te wiersze. Spójrzcie na to, czy nie warto wziąć jej do łóżka i poczytać? "W aeroplanie" - mój ulubiony wiersz :)

Lokomotywa, wyd. z roku 1956. Perełka :)

Muszę przyznać, że akurat tę historię chowaniec uwielbia. Lokomotywa nigdy nas nie zawodzi. Użytkowników iPadów zachęcam do ściągnięcia dla swojego malucha aplikacji Lokomtywa. Jest niesamowita! Nawet dorosły, wrażliwy na piękną kreskę i dbałość o szczegóły, po prostu nie będzie potrafił się jej oprzeć! Do tego głos Piotra Fronczewskiego, przepiękna piosenka i atrakcje, które czekają nas na peronie! Brak słów, aby opisać piękno tej aplikacji i nasz ubaw, kiedy Pączek karmi konie, co to są w jednym wagonie albo wyrzuca banany do śmietnika na peronie. Tu Lokomotywa w wersji tradycyjnej.


Dalej jest Rzepka.























OOOOO! Taka wielka! :)
Kolejna perła, tym razem od cioci Edzi - "Bajki" Aleksandra Puszkina, stare wydanie i to z autografem jednego z tłumaczy. Antykwariaty to najcudowniejsze sklepy na świecie (Ikeo, przepraszam cię, wciąż jesteś dla mnie bardzo ważna!). 

 W tą ilustrację można wpatrywać się godzinami.
I na koniec coś niesamowicie unikatowego. Moja książka :) Dzięki Księżycowej Rysowniczce. Wciąż mnie wzrusza!


Jeśli macie ukochane książki dziecięce, takie które Wam się podobają lub waszym dzieciom - polecajcie! Ja już się pogodziłam z tym, że kupuję/zbieram je dla siebie, więc chętnie kupię coś nowego. A może spotkamy się gdzieś przy stoisku Naszej Księgarni w najbliższy weekend, kiedy to trwać będą Targi książki w Poznaniu. Będę, poznacie mnie po mętnym spojrzeniu, molach fruwających wokół głowy i wielkiej ciężkiej siatce wypełnionej po brzegi lekturą do łóżka dla mamy i taty ;)

poniedziałek, 11 marca 2013

Jedna brukselka, a tyle filozofowania!

Myszon zeżarł jedną brukselkę. To dużo czy mało? Raczej mało, no ale spróbował i to mu się chwali, bohaterowi mojemu, co ostatnio nawet syrop z czosnku łyka! Brukselkę obsmażyłam w maśle z czosnkiem i łyżeczką miodu. Boże, jaka była pyszna :)




Jeszcze kiedyś zje dwie, a potem trzy, a potem cały talerz. Mogę się o to założyć. Zje, bo widzi, że my jemy, a do tej pory nie było lepszej metody nauczania naszego dziecka dobrych zwyczajów, jak ich praktykowanie na jego oczach.Trzeba się trochę poświęcić i zrezygnować z wylegiwania na kanapie z miską spaghetti na brzuchu. Szkoda (ale robimy to czasem po kryjomu, tylko ciii, nic mu nie mówcie, przyznamy się, jak już będzie jadł brukselkę ;).
Poza tym siedzimy grzecznie przy stole, a chowaniec tyłem do tv, żeby nawet nie kusiło go sprawdzanie, czy sprzęt nie wypluwa z siebie przypadkiem Świnki Peppy. Kiedy dziecko gapi się w tv to owszem je, ale jedzenia nie polubi, bo robi to nieświadomie - to droga donikąd.
No więc poświęcamy się. Osiem godzin przy biurku w pracy i jeszcze godzina w domu przy stole. Z głośników płynie muzyka i nie za głośno, bo jak będzie za głośno, to jakby zaproszenie do tańca dla naszego Patricka Swayze. 
Na szczęście jedno nie wymaga od nas poświęceń - jedzenie :) Kto nas zna, ten wie, że pomidorowej za kołnierz nie wylewamy! Jemy z tak wielką chęcią, że zielenizna wiruje na talerzach, a likopen chlupocze w jelitach. Pączek obserwuje to wszystko z fascynacją, dumny, że uczestniczy w tym wielkim show na pełnych prawach konsumenta i chętnie bawi się z nami w żarłoka. Dziś próbował sobie łososia spryskać octem balsamicznym w sprayu. Macza makaron w keczupie, goni oliwki po stole, wybiera kaszę gryczaną po ziarenku (skrupulatnie omijając ukryte w niej kawałki kurczaka) i zabarwia się na czarno jagodami ze słoika. A my podziwiamy siedząc z boku i wypełniając żołądki, karmimy jednocześnie oczy tym pięknym widokiem. Tylko rano nie ma czego podziwiać, gdyż śniadanie nie jest mocną stroną tego pana.

Często słyszę, jak mamy mówią:
Moje dziecko w życiu by tego nie zjadło.  A Ty byś to zjadła? Bo jeśli nie, to dziecko pewnie dobrze wie, że coś z tym jedzeniem jest nie tak.
Dziecko nie chce siedzieć przy stole. A rodzice siedzą? 
Dziecko generalnie nie lubi jeść. A wy lubicie, czy zmuszacie się dla tego, albo nie przywiązujecie do jedzenia żadnej wagi? Dzieci mają lepszą intuicję, niż nam się zdaje. 
Dziecko zaczyna płakać już na etapie zapinania w pasy. Przypinanie do krzesełka?! O zgrozo, to chińska  tortura, czy obiad? ;) Choć niektórym dzieciom to w ogóle nie przeszkadza.
Ja muszę dać mojemu dziecku chrupka, żeby zjadło cokolwiek. Nie musisz ;)
Ostatnio w książce "Łatwo kochać, trudno dyscyplinować" przeczytałam, że dziecko należy nasycić widokiem pozytywnych zachowań. I tak sobie myślę, że gdybym do tej pory odżywiała się niezdrowo, nieregularnie i w sposób mało urozmaicony, to to byłby najlepszy moment, aby zrewolucjonizować swoje życie i zaprowadzić pozytywną zmianę. No i jeszcze sobie myślę, że skoro tak, to trzeba się dużo przytulać i całować :) Każdego dnia można rozpocząć rewolucję, bo jak wiemy z Ani z Zielonego Wzgórza: Jutro jest zawsze czyste i wolne od błędów
No, a jeśli będziemy mieć drugie dziecko i stosując te same metody wychowamy niejadka, to jak Boga kocham, wszystkie powyższe teorie odszczekam, szczek szczek i przyznam, że nie wiem nic o dzieciach! Na razie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie wiem nic o budowaniu odporności dziecka i o tym co zrobić, aby wolało bawić się klockami niż mąką i kaszą. Pozdrawiamy i zapraszamy na krótki film, w którym występuje nie tylko pan Pączek, ale również nowa Gwiazda youtuba, koleżanka Zofia :)







LinkWithin

Related Posts with Thumbnails