niedziela, 28 lipca 2013

Lato, na jakie czekałam



Chyba z 11 miesięcy czekałam, a może już ponad rok. Wymarzłam, zbladłam i czekałam. I się nareszcie doczekałam. Lato idealne nadeszło w zeszłym tygodniu, ale dopiero w ten weekend mogliśmy to wykorzystać. Lato w mieście jest możliwe, jeśli tym miastem jest Nowy Tomyśl. To, ile radości sprawiły nam strażackie węże podpięte pod hydrant, trudno sobie wyobrazić. I jakie to szczęście, że mam z kim tym latem się cieszyć i że rodzice (pseudonim operacyjny: babu, ziazia, babu, ziazia) nic sobie nie robią ze złowrogich komunikatów atakujących z paska TVN24 "Uwaga, upały" (za chwilę będą "Uwaga, wichury", potem "Uwaga, przymrozki", potem "Uwaga, śnieg" i tak cały okrągły rok terroryzowania pogodą). Poprawcie mnie, jeśli takich pasków ostrzegawczych na ekranie nie było, nie oglądałam tv ani przez minutę. Za dużo było do zrobienia, za dużo  wody do ogarnięcia. Cieszyłam się tym ciepłem, jak Pączek prysznicem w środku miasta. Upał spływał po mnie jak gęsty karmel i świecił się na mojej skórze. Wdychałam gorące powietrze i czułam jakbym nareszcie wtopiła się w LATO. Chwilo trwaj, jesteś piękna i pozwalasz zapomnieć o życiowych zakrętach, które właśnie przed nami. Ale latem, latem wszystko dla mnie jest jedną wielką obietnicą szczęścia i błogostanu.






Żeby nie było wątpliwości: skakałam niczym Janosik przez ognisko, przez te ściany wodne, gdyż mnie syn brał za rękę i zachęcał do biegu. Tylko nikt tego oczywiście nie uwiecznił! Piszczeliśmy z radości oboje! A potem po mieście chodziłam jak zmokła kura, bo dla potomka miałam ciuchy na przebranie, ale dla siebie już nie :)
Tak więc po godzinie szaleństw przebraliśmy rowerzystę w suche przyodzienie i ruszyliśmy na lody.





 A tu już duża syrenka w swoim żywiole. Wychowa się tu pływaka, oj wychowa!


A na koniec coś zupełnie z innej beczki, na pamiątkę wielkiego wydarzenia: odsmoczkowania naszego dziedzica pruskiego! Odbyło się to jakieś 2 czy 3 tygodnie temu, trwało jeden wieczór i było łatwiejsze niż mogłabym przypuszczać.  Cieszmy wzrok widokiem, bo na żywo już go nie uświadczymy :) Punkt dla mnie!





środa, 17 lipca 2013

KI-JAN-KA!

- Kajuś, a kogo uratowałeś w jeziorku?
- Ki-jan-ka!
Po tym jak ją uratował, to również ją nadepnął, ale raczej przeżyła ;)
Mamy też wiele innych nowych słów: gagon (wagon), tory, pieś (pies), czarny kojol (jak przystało na dziecko urodzone 6.6 o godz. 6). Mamy też wspomnienia z cudownego weekendu u prababci Stasi, tym bardziej, że znowu udało się trafić w pogodę. A jest to wyczyn opatrzony niemalże znamionem cudu. Porzeczki, czereśnie, suszone kwiaty i całe dnie na dworze. Kocham życie unplugged :)







 Wnuczki jednej babci i zero podobieństwa ;) Ale tak samo uwielbiamy wylegiwać się pod orzechem.
























Fot. Ciocia Martusia (w środku) vel. Emigrantka.  Oczywiście nie dot. ostatnich dwóch fotek, te autorstwa Skoczka! Postarał się jak nigdy :)

czwartek, 11 lipca 2013

Pocztówka z wakacji 2013

Muszę się przyznać, że uwielbiam ten film. Skończyłam go montować przedwczoraj i od tego czasu oglądam go w kółko. Na pewno w dużej mierze jest to zasługa podkładu muzycznego - jednej z moich ulubionych piosenek w ogóle (Moloko "Familliar feeling"). Ale też tych kadrów, tych kolorów, tych dzieci. W jednej ze scen na pierwszym planie pojawia się przypadkowy plażowy przechodzień. Taki z kijem i kundlem, co to się wspólnie po plaży wałęsają. Dziarskim krokiem zmierzają w stronę Ustki. Nigdy bym tego lepiej nie wyreżyserowała, a przecież to nie było według scenariusza. Od tak, wydarzyło się.
Inne ulubione sceny to oczywiście te z przytulasami i jak mój maluch wystawia dziób do całusa. A ten rekin? To nie byle jaki rekin, to bardzo ważny członek naszej wycieczki. Wzbudzał ekscytację i niepokój i wszędzie się z nami przemieszczał. 
Po raz pierwszy wysiliłam się na tyle, by kadry były pocięte zgodnie z frazowaniem w piosence. Nie było to trywialne, ale na końcu muszę przyznać, że się opłaciło. 
A mama Asia z tulącym się synkiem, ech... no rozczula, rozczula za każdym razem tak samo :)
(dobra wiadomość, dla aktorów spektaklu: kochany mój mąż zadziałał i udało się film załadować w widoku  niepanoramicznym i już nie wyglądamy na filmie jak rodzina Tyriona Lannistera ;)


I jeszcze kilka wspomnień w obiektywie Złotowłosej Migawki:








A ponieważ film nie do końca opiera się na zasadzie prawda czasu, prawda ekranu, to należy wspomnieć, że mieliśmy też gorsze dni. Jak to nad polskim morzem - czasem słońce, czasem deszcz. Trzeba przyznać, że tytuł książeczki czytanej przez tatę dość dobrze oddaje warunki atmosferyczne panujące w tym momencie ;)




Pozytywne jest to, że dwu i trzylatkom jest chyba całkowicie obojętna temperatura powietrza ;) W sercach zawsze lato w pełni!

poniedziałek, 1 lipca 2013

Wróciliśmy znad morza

Jesteśmy :) Filmy się montują, zdjęcia obrabiają (tak podejrzewamy), zaległości piętrzą, urlop był za krótki! Wciąż zdrowi, a nie jest to oczywiste, odrobinę opaleni i na pewno bogatsi lingwistycznie. Wspomnę chociażby takie nowe słowa przywiezione przez syna z wakacji jak: Pan, Pani, konień (korzeń), ogień, goń!, pcham, siaja (fala), las, Asia, Damian, Kania (Kasia), Siaś (Jaś) i oczywiście przywoływany dziesiątki razy dziennie: Ojo (Olo :)


























 No i okazało się, że mamy morsa na stanie :)
A teraz odgrzebmy się z zaległości, jak spod chałdy morskiego piachu, otrzepmy i wyjdźmy na prostą.

Aha, no i sto lat dla mnie :) Karolinie i mamie należą się szczególne podziękowania za smsy minutę po północy z naprawdę przepięknymi życzeniami. Tego drugiego przeczytałam rano, a smsa od Karoliny na śpiku w środku nocy, a że nie miałam jej numeru, to potem we śnie próbowałam dociec, kto do mnie napisał. Przez chwilę podejrzewałam nawet Carolinę Wozniacki :D Rano okazało się jednak, że nie mam znajomości w świecie sportu, co znacznie ułatwiłoby karierę naszego syna! Damn! A z resztą, już wolę znajomych, którzy takie ładne smsy piszą :)

ps. To najzimniejsze urodziny, jakie kiedykolwiek przeżyłam!

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails