niedziela, 8 września 2013

Tucia!

Tata alias Dziadek Świnka przestrzegał mnie w samolocie powrotnym do PL, żebym nie pisała na blogu wiesz o czym, bo na dużą część naszej opowieści wakacyjnej świat nie jest gotowy. No więc nie zagłębię się w temat wirusów (a szkoda w sumie, bo dzisiaj jak o tym opowiadam, to boki zrywam), które zabraliśmy ze sobą do Turcji, z gorącymi pozdrowieniami od naszego żłobka, i zastanówmy się, o czym tu pisać :) Może tylko jeszcze złożę oświadczenie: nie poczuwam się do odpowiedzialności za wybuch epidemii bostonki w ZSRR!

Co do samych wakacji, to niestety nie dowiedzieliśmy się o Turcji niczego więcej poza tym, że ma dostęp do morza, gdzie jest brodzik i którędy do hotelowego spa. Przepraszam wszystkich Turków, to nie ignorancja, to dwulatek. Takie podejście zupełnie nie jest w naszym stylu, bo uwielbiamy zwiedzać, ale rys kulturalno-oświatowy nie zainteresował naszego dziecka, więc szybko przyjęliśmy to do wiadomości i przestawiliśmy się w tryb RELAX (co z resztą co chwila powtarzał mi masażysta i zaczęłam się nad sobą zastanawiać, czy ja przypadkiem nie jestem zbyt spięta?).  Było to możliwe tylko dzięki babci i dziadkowi, którzy już pierwszego dnia pojęli na czym polegają wakacje z naszym synem: łopata i kopamy dół, dziadzia, kopamy dół. Ewentualnie: Mamusia, kopamy zamek! Babunia, kopamy! Również przyjęli to do wiadomości, podjęli łopatę i wiaderko i zaczęli kopać.

A ten nasz mały szczur lądowy ani razu nie wykąpał się w morzu, mimo wielokrotnych deklaracji: Atkiem mo mozu! Pojedziemy atkiem mo mozu! Oto i wspomniane atko:


 Jak widać mieliśmy dość odmienne wyobrażenie o tym, czym jest "mozie". No cóż, jak wspomniałam, dziecko nasze, ku mojej rozpaczy jakem syrenka, rak w zodiaku, jest szczurem lądowym. Fal się boi, na plaży kopa dół, a basen wybierał taki, w którym wody miał po kolana i mógł godzinami spławikować na materacyku. No ale oddać mu trzeba: był przy tym przegrzeczny i zajmowały go te czynności na całe godziny...


No dobra, może raz się zainteresował morzem i falami i postanowił zaryzykować kąpiel. Tak biegłam po aparat, że piach z kamieniami i ruskimi petami wykopywany i podrzucany przez moje stopy w czasie biegu do leżaka zasypywał mi oczy. Ale uwieczniłam!





Po takich wrażeniach nie pozostawało nic innego jak przydrzemać w objęciach najlepszych przyjaciół.



Otóż jest i matka. Najwspanialsze ze wszystkich są chwile szczęścia w jej opiekuńczych ramionach. W takich momentach czułości nawiązuje się między matką a synem szczególna więź, której żadne podmuchy morskiego wiatru nie są w stanie zerwać. Teraz i na zawsze - kocham Cię mamo, z nikim mi nie jest tak dobrze jak z Tobą. W skrócie: DO BAZIENU, JA CIĘ DO BAZIENU!!!


Podsumowując, było ekstra :) Dziadek Świnka wybrał idealny hotel na wakacje z małym dzieckiem, więc odpoczęliśmy, zjedliśmy kontener pomarańczy, bo tak dobrych nigdy wcześniej nie jedliśmy, popływaliśmy, poskakaliśmy na falach, pospaliśmy, poopalaliśmy się. A dołów nakopaliśmy tyle, że w PL przy takim wkładzie pracy można byłoby spokojnie położyć kanalizę w niejednej wsi!























 Ach, byłabym zapomniała! Na łeb nam spadały figi w hotelowym ogrodzie, więc oprócz lenistwa uprawialiśmy też szeroko zakrojone szabrownictwo. Bo w restauracji podawali jabłka i śliwki :) Nie tknęłam, bo śliwki toleruję w powidłach, a jabłka w szarlotce.
A fig mieliśmy dwa gatunki po drodze na plażę!




























Jeszcze słowo pocieszenia dla mam planujących lot samolotem z dwulatkiem: da się! I pamiętajcie drogie dziewczyny, 250 zł za odtwarzacz DVD i 19,90 zł za siedem odcinków Peppy to nie są ceny wygórowane! To się naprawdę zwraca. Trzy godziny z dzieckiem, które oka nie zmrużyło z ekscytacji (a lot do Tuci mieliśmy w godzinach 20:00 - 23:00) przetrwaliśmy dzięki: naklejkom, kolorowankom oraz przede wszystkim: dziadkom, ich iPadowi oraz naszemu odtwarzaczowi DVD. Bożesztymój, ile ja się Peppy naoglądałam w te wakacje ;) Mój ulubiony obecnie odcinek: Peppa jako pomocnik na przyjęciu urodzinowym Edmunda słonia. Przy starcie potomek darł się na cały samolot: Mamusia!!! Lecimy do góly! Siosioko! Do góly, siosioko!!! Sikaliśmy ze śmiechu. Mniej śmieszne były ostatnie 20 min. lotu do Poznania, kiedy wrzeszczał i płakał, żeby go wypuścić. Przysięgam, że czułam podobnie, tylko mnie nie wypadało ryczeć i krzyczeć ;)

13 komentarzy:

  1. :)) duzo usmiechu czytajac.
    My akurat tez wakacjujemy na cieplutkiej wyspie i zeby nie bylo ze standardowi turysci,co to tylko plaza i lezaki,to i dwunocny pobyt w szpitalu zaliczylismy z dzieciem.
    No a lot da sie da.w ubieglym roku mialam dwulatke i godzin 10 w jedna strone w samolocie pokonalismy.Szczegolnie lecac TAM bylo idealnie (dodatkowe miejsce przed fotelem.Polecam!),az do dzis pojac nie moge.
    Ech,teraz trzeba bedzie jakos przezyc do wiosny...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przyjeździe dowiedziałam się od koleżanek, że urlop bez choroby/wizyty u lekarza nie może być uznany za zaliczony! Jedna z moich koleżanek wylądowała z chorym synem w bałkańskim szpitalu, inna w ostępach mazurskiej puszczy próbowała zbić 40 st. gorączkę, że już nie wspomnę o przygodach zaprzyjaźnionych chłopców na wakacjach w Poddąbiu. Kolejny level macierzyńskiej mądrości zaliczony ;) Miłego wypoczywania i podziwiam za lot 10 godzinny! Serio: podziwiam! Po 5h wystrzeliłabym się do oceanu ;) No chyba, że jakoś udałoby się to przespać. Sciskam! :)

      Usuń
    2. ps. Turcję wybraliśmy głównie ze względu na krótki lot :)

      Usuń
    3. Wiesz,ta choroba to wlasciwie pierwszy raz:) No i nie wspominam tego bardzo negatywnie (wiem.moze glupio zabrzmi) bo chyba nikt jeszcze tak szczegolowo nie badal mi dziecka:) Moze gdybysmy byly u nas to przechodzilaby zlekcewazona?Naprawde achy i ochy jesli chodzi o opieke,choc od razu dodaje ze wyladowalysmy w prywatnej klinice;nie wiem zatem jak sluzba publiczna.Lekarz zjawil sie w hotelu,potem chcial wzywac ambulans by przetransportowac nas do kliniki (z powodu goraczki...),na miejscu zadna tam nora tylko zadbany pokoj z balkonem w centrum klimatycznego miasteczka;lozko dla rodzicow...No niemal jak na wakacjach;) Wszystko dobrze sie skonczylo,mala po dwoch nocach pod kroplowka skacze i szaleje jakby nigdy nic.
      Nasz ubiegloroczny lot,wiem,mialam szczescie.Wtedy byla pokorna jak baranek.Jako 3 latka juz nie jest;)
      A co tam,pochwale sie ze wtedy obejrzalam 3 filmy,serial bo ona bawila sie na podlodze pod moimi nogami!Miala tez takie niesamowite wyczucie ze za kazdym razem,na chwile przed roznoszeniem jedzenia,kladla sie i zasypiala.Cud:)
      Jejku,zeby nie bylo ze u nas zawsze tak sielankowo to dodam ze potrafi byc tez upierdliwa;)
      Dodam ze po tych 10 dniach jedzenia w restauracji,czasem chcialabym wyjsc i zjesc bez niej;)

      Usuń
    4. Na fotelach obok nas lecieli rodzice z trzylatką, która cały lot, poza lądowaniem, które w skupieniu przetrzymała, SPAŁA. Tak, spała, a rodzice sobie drzemali i czytali gazetki. Shoot me ;)

      Usuń
  2. A posta czytalam dwa razy i dwa razy boki zeywalam:) can' help it..;) a filmik bedzie??

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziadek dostał świnki na wakacjach? Nooooł...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by dopiero było :D Ale nawet bym się nie zdziwiła... Kajetan dostał nowe odcinki Peppy i wałkował je w kółko przed drzemką i kiedy szykowaliśmy się na kolację. Poza tym ma maskotki Peppy i Dżordża, do których się tuli i generalnie już mi się wszystko w głowie miesza i każdy jest dla mnie Kimś Świnką. Dziadek na szczęście uchował się w dobrym zdrowiu (ja i babcia też, a te dwie pozostałe marudy chorowały).

      Usuń
    2. "(...) Dziadek Świnka przestrzegał mnie w samolocie powrotnym do PL, żebym nie pisała na blogu wiesz o czym, bo na dużą część naszej opowieści wakacyjnej świat nie jest gotowy. No więc nie zagłębię się w temat wirusów (a szkoda w sumie, bo dzisiaj jak o tym opowiadam, to boki zrywam), które zabraliśmy ze sobą do Turcji, z gorącymi pozdrowieniami od naszego żłobka (...)"

      No po takim wstępie to jak nic myślałam, że Twój tata złapał świnkę i nie chciał, żebyś pisała o tym na blogu, bo to dla niego krępujące. :D

      Jednak dobrze żeście w 60% uchowali się od bostonki... Bo to bostonka była jak mniemam?

      Usuń
    3. ano, wirus bostoński, bardzo modny ostatnio, szczególnie wśród młodzieży przedszkolnej i żłobkowej ;)

      Usuń
  4. Moja córeczka przeszła bostońską, gdy miała zaledwie 1,5 miesiąca :-( Najważniejsze, że dziecku praktycznie nic nie dokucza (nie licząc gorączki :P). Najlepsze, że później ja załapałam wirusa... U mnie już tak bezboleśnie nie było :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak zwykle świetny post! uwielbiam Twoje poczucie humoru i ironiczny ton. Szacun ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tucia zdecydowanie rulez w tym roku ;) I jeszcze paaalmy i fale. I "statik" ;) No i te ich "abuby" - mniaaaaam :DDDDDDD Kocham zdjęcie z Pepą i Dżordżem i tego uśmiechniętego chłopczyka z buźką od piasku :*

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails