poniedziałek, 28 października 2013

Jesienią 2013

Jeździ na dziowerku, je maladynki, zbiera gzibki, pije siorypki. Jest trochę chory i pani doktor badała jak Masza misia. Mówi poplosze kiedy chce pić i dziekuje, kiedy skończy jeść. A jak mi daje kwiatki to domaga się buziaki, buziaki, Mamusia buziaki! Aha, no i wielki sukces: nie nosi już pieluchy :)




















































I jeszcze z rodzicami w parku...


























Piękny październik :)

środa, 16 października 2013

Jabłecznik sypany

Jak ktoś wpadł na pomysł takiego ciasta? Zagadka. Jak to możliwe, że się udaje? Też zagadka. Nie wymaga miksowania, ucierania, wyrabiania, a wszystko odmierza się na szklanki. Jedno jest pewne: jest wspaniały, ma chrupiącą skórkę jak Crème brûlée i jest nieprawdopodobnie prosty w przygotowaniu. Jedyna trudność to starcie na tarce 2 kg jabłek (daję pół kg więcej niż w przepisie, z którego korzystałam). Jedyny warunek, który bezwzględnie trzeba spełnić, aby wyszła to... prawdziwe i dobre kwaśne jabłka. Pierwsze lepsze rady nie dadzą.


Na tę okoliczność przytargałam z działki wspaniałe jabłka z baaaardzo starych ogromnych jabłoni. Niech im ziemia żyzną będzie i niech jeszcze trochę pociągną. To chyba szare renety (ale zbierałyśmy spod trzech jabłoni, więc może być mix). Jeśli jednak ktoś zna się lepiej niż ja na jabłkach, to mile widziane sprostowanie :)
Najpyszniejsza jest na ciepło, parująca, prosto z pieca. 

Przepis znajdziecie m.in. na blogu Moje wypieki.

niedziela, 13 października 2013

Sztuka przetrwania odc. 2 (kartonowa zjeżdżalnia)

Fajne są zabawki, które można z czystym sumieniem po 1 dniu wyrzucić na śmietnik. Częściej zdarzają się zabawki, których już dawno dziecię nie używa, zbierają tonę kurzu, ale wyrzucić ich nie ma jak bo: 
- to prezent od pradziadka; 
- kupiłam to, kiedy miał 2 miesiące i jakoś nie mam serca; 
- biłem się o to na aukcji z 12 osobami; 
- to unikat, seria dla kolekcjonerów; 
- jest w dobrym stanie, może zostawimy dla drugiego dziecka?; 
- muszę zrobić zdjęcie jak się tym bawi, bo ciocia pytała, czy się bawi; 
- na plastiku pojawił się wizerunek Matki Boskiej, ja tego nie wyniosę na śmietnik; 
- to jest tak ciężkie, że to ty musisz wynieść, ja nie uniosę (dobra, wyrzucę jutro ze śmieciami, i tak przez rok); 
- dam małemu Kubie, jak przyjedzie; 
- może jeszcze nie dorósł do tej zabawki, zostawmy ją; 
- kurcze, to jest takie fajne, no szkoda; 
- jak przylecą kosmici, to ta zabawka będzie dobrze charakteryzowała naszą cywilizację, warto zostawić; 
- jutro wystawię na Allegro, obiecuję.


:D Brzmi znajomo? Jeśli użyłaś/użyłeś 3 spośród wymienionych wyżej "mądrości", najwyższy czas, abyś zainteresował się zabawkami z kartonu. Jednego dnia powstają, a drugiego dnia lądują tam, skąd przyszły - w pojemniku na segregację papieru. I nie żartuję, naprawdę przytargałam tę bazę ze śmietnika, a raczej wzięłam to, co było oparte o pojemnik. W sam raz dla mojego dziecka, który traci zainteresowanie zabawką po 1 dniu :)
A i mama ma przyjemność z tworzenia! Nie traktujcie tych zdjęć, jako tutorialu, raczej inspirację. Gdyż samochodziki wylatywały z moich zjazdów, jak z wyrzutni (wykorzystałam tu tuby po ręcznikach papierowych). Muszę tę konstrukcję jeszcze przemyśleć, zamontować następnym razem jakieś stopery. Coś tam jeszcze pamiętam z Donkey Konga!
Tworzymy...













































I bawimy się. Najlepsza jest ostatnia prosta i zjazd tubą.














































Te niebieskie szlaczki po lewej to oczywiście chmurki. Widać od razu, że Picasso malował!

piątek, 11 października 2013

Sztuka przetrwania odc. 1 (rower, stempelki, kasztany)

Jakie szczęście, że ktoś wymyślił rowerki biegowe. Jaki to jest cudowny wynalazek. I przy okazji ja poprawiam kondycję, bo dogonić rozpędzonego dwulatka nie jest łatwo. No wiadomo, że mi się nie chce biegać! Ale takie zrywy do sprintu na pewno robią mi dobrze na serducho, gorszy byłby trucht ;)


Wiedzieć trzeba, że moje dziecko nudzi się szybko. Nie ma mowy o zabawkach, którymi bawiłby się tygodniami, czy miesiącami. A jeśli już jakąś zabawkę upatrzy sobie do codziennego stosowania, to z każdym kolejnym dniem czas przy niej spędzany się skraca. Tak było ostatnio z piętrowym parkingiem. Bawi się nim codziennie, ale czas spędzony przy zabawce skraca się o 5 min każdego dnia. Startowaliśmy z pułapu ok 30 min ciągłej zabawy. W tej chwili 5 min to huk, a 2 minuty łaskawa norma.
Co to oznacza? Że mój mózg pracuje na wysokich obrotach wymyślając zabawy. Oczywiście nie mogą to być zabawy, które kosztują, bo już dawno żylibyśmy pod mostem. Na szczęście jedno go nie nudzi, rowerek.



Dzisiaj nazbieraliśmy kasztanów, a następnie bawiliśmy się w ich układanie, ubieranie w czapeczki i rozpoznawanie smutnych i wesołych minek.

Potem sięgnęłam do moich przepastnych walizek i wyciągnęłam stempelki. To było prawdziwe odkrycie! Kilkanaście zł w emipku, a zabawy na dłuuugi czas (w kontekście mojego dziecka oznacza to godzinę podzieloną na dwie części). 


Ja się też dobrze bawiłam, uwielbiam stempelki :) To moje ukochane akcesoria scrapowe.
Oprócz dobrej zabawy było też dużo jęczenia, marudzenia, braku subordynacji i trochę frustracji, kiedy to z ust mego dziecięcia wyjęłam któryś z kolei kamień.  Wiele razy liczyłam do 10, gdyż przyrzekłam sobie, że głosu swego nigdy nie podniosę. Jestem twarda! Jestem cierpliwa. Jestem kim?! Wiadomo ;)
(żeby to było zrozumiałe za 10 lat: klik)
Zasadniczo po 3 dniach spędzonych z moim dzieckiem w domu (7:00-17:00) chciałabym uroczyście oświadczyć: kocham moją pracę! I przepraszam cię, droga praco, jeżeli kiedykolwiek miałam chwile zwątpienia. Wybacz, będę w poniedziałek, już się nie gniewaj!
Twoja Ola


Ps.  W następnych postach kolejne moje pomysły na zabawy.
Ps.2 Czy on to doceni, że ma taką fajną mamę? ;)
Ps.3 Ostatnio wiele się rozwodziłam nad tym, jakie cudowne jest życie z dwulatkiem. Chyba nie wzięłam poprawki na to, że od marca jest w świetnej kondycji i chodzi do żłobka na cały dzień, gdzie z jego uzależnieniem od jedzenia kamieni, potrzebą rzucania żwirem w samochody oraz energią zmagają się Ciocie. Proszę o niepodejmowanie decyzji prokreacyjnych na podstawie moich wywodów oraz naszych sielankowych popołudni i wieczorów!

środa, 9 października 2013

Wieniec

Muszę przyznać, że bardzo lubię Święto Zmarłych. Zapach zapałek, zamiatanie pomników, gorączkę w jaką wpada moja babcia na targu ze zniczami. Spadające na groby liście i taki wewnętrzny niepokój "idzie zima". Oczywiście wolę kiedy świeci słońce, ale chłód znoszę w miarę godnie (jak na mnie). Uwielbiam wieczorny spacer na cmentarz i kolację w ciepłym i przytulnym babcinym domu.


Nigdy wcześniej wieńców nie robiłam. Jak to możliwe? Jakieś niewiarygodne zaniedbanie. Albo lenistwo ;) Tegoroczny zrobiłam w przypływie oburzenia. Tak, oburzenia! Idziemy sobie w sobotę przez miasto, patrzę na wieńce wystawione przed kwiaciarnią. Widzę jeden na bazie serca z mchu, ładny pomyślałam. Cena: 119 zł. WHAT?! 
Tego samego dnia zrobiłam zakupy w genialnym centrum ogrodniczym (które szczęśliwie mam po drodze) na kwotę 36 zł i poświęciłam 30 min na właściwe spożytkowanie tej kwoty. Powstał wieniec dla mojej prababci.
 ***
Wykorzystałam wszystkie elementy kupione w sklepie. Już na miejscu próbowałam je mniej więcej dopasować, ułożyć na bazie. Nie chciałam kupić niczego, czego bym nie wykorzystała.

 Oprócz tego co na zdjęciu powyżej, użyłam też drucika, który miałam w domu. Drucik służył oplataniu elementów, które umieszczałam na bazie. Zamiast drutu można byłoby użyć mocnych nici, jednak drut jest łatwiejszy w stosowaniu. Na pewno można go kupić dużym centrum ogrodniczym.























Same kwiaty mają łodygi z drutu, tak więc układając elementy na bazie można od razu starać się je przeplatać, aby konstrukcja była jak najbardziej zwarta. Kto wianki plótł jako dziecię, nie poczuje się zagubiony przy tej czynności :)


Kwiaty i inne ozdoby już ułożone, ale jeszcze widać drut. Do ukrycia drucika posłuży wstążka (nota bene zostało mi jej na 3 kolejne wiązanki, chyba założę kwiaciarnię). Zaczynam od spodu i oplatam bazę wstążką. Uwielbiam kokardki, więc musi się znaleźć miejsce co najmniej na jedną. Po jej zawiązaniu należy podkleić ją klejem przeźroczystym, aby się nie rozwiązała.
























Jeszcze tylko dowód na to, że ta zabawa naprawdę kosztowała mnie 36 zł :)


I efekt końcowy.

Spodobało mi się, mogę zostać kwiaciarką (rzekłam w dniu, który spędziłam w domu i w którym doszłam do wniosku, że w sumie bardzo lubię swoją obecną pracę i nie chcę jej zmieniać). I słowo na koniec: każdy potrafi coś takiego zrobić, zachęcam do spróbowania, bo to duża satysfakcja. Szczególnie w kontekście zaoszczędzonych pieniędzy ;)


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails