poniedziałek, 29 września 2014

Piknik na pufie

Jedno z moich bardzo miłych wspomnień dzieciństwa jest takie, że kiedy mieliśmy wakacje, mama czasami robiła nam śniadanie na dywanie. Było kakałko (hih), chleb z miodem i oczywiście Czterej pancerni i pies (zaczynali się o 9:00). Uwielbiałam takie odstępstwa od normalnych zasad funkcjonowania domu i pikniki na dywanie. Bo ja generalnie zawsze lubiłam jeść :)
Czterej pancerni i pies również odcisnęli się na całym moim życiu i teraz nie mogę za bardzo oglądać filmów typu Róża (niestety, nie mogę również zapomnieć) czy Miasto '44 (nie poszliśmy, chciałam podjąć rękawicę, ale Skoczek ubłagał, żebyśmy zamiast zdołować się na randce poszli na sushi).
No więc kiedy chłopcy moi postanowili mi zrobić przyjemność i poszli sami na spacer, relaksowałam się jakieś 1,5 godziny. Było genialnie. A potem już się zaczęłam zastanawiać, czy nie za zimno, czy dziecko nie za lekko ubrane, czy coś do picia dostało, gdzie oni są, co tak długo...? Jedna gazeta przeczytana, druga przeczytana, nie ma co czytać!
No to się wzięłam za jedzenie. Niespodzianka, piknik na pufie z tego co znalazłam w lodówce :) No niewiele znalazłam. I czekałam w ekscytacji, i mały był taki zaskoczony i szczęśliwy, i tak dużo zjadł! Ja się chyba nie nadaję do samotnego życia.


A rzecz się działa przed wakacjami i jak widać - przed pierwszą wizytą u fryzjera!
I zaprawdę pamiętajcie, po białym serze mnie poznacie ;)

poniedziałek, 22 września 2014

Korfu, czyli wakacje, które wciąż nas zaskakiwały

Zaczęło się w autobusie, który odbywa tę oszałamiającą podróż lotnisko-samolot. Jadę sobie tym autobusem i tradycyjnie analizuję w głowie listę rzeczy, których zapomniałam wziąć. Jakbym jechała z niemowlakiem, to pewnie na tej liście znalazłyby się pieluchy. Ale nie, tym razem znalazło się na niej coś znacznie gorszego. Przeszłam samą siebie... zapomniałam aparatu fotograficznego. Przyznaję, że rodzina okazała wsparcie i zamiast mnie dobić, zaczęli się śmiać i pocieszać "mamy telefony". Niemniej jednak ja się załamałam i zanim jeszcze dojechałam do samolotu podjęłam decyzję o  dokonaniu próby samobójczej, Skoczek na szczęście odwiódł mnie od pomysłu rzucenia się w wir silnika samolotu. Zrezygnowana wyciągnęłam telefon i zaczęłam robić zdjęcia. Nie omieszkałam również poinformować o swojej głupocie kilku bliskich koleżanek, bo przecież nie mogę dźwigać tego ciężaru sama. Otrzymałam falę zwrotną smsów pocieszających i jakoś się otrząsnęłam :)


Po wszystkim muszę przyznać, że wakacje bez aparatu miały zasadniczy plus: było lżej na plaży i w czasie zwiedzania oraz generalnie więcej uczestniczyłam, a mniej dokumentowałam. Nie musiałam "wychodzić z chwili". Polecam :) No choćby raz. Ale na następne wakacje jednak spakuję aparat w pierwszej kolejności. Tylko czego zapomnę w zamian? Paszportu? Dowodu osobistego?

Kolejne zaskoczenie to zapoznanie się z nieznanym dotąd słowem "overbooking". Hmmm, że co? Czy to znaczy, że hotel, który rezerwowaliśmy w styczniu nie ma wolnych pokoi? Ja się tylko pytam: jakiego oprogramowania do bookowania pokoi trzeba używać, że sprzedaje się te same miejscówki kilka razy??? No cóż. No więc zamiast dwóch pokoi i 45 m2 mamy jeden pokój z trzema łóżkami, a do łazienki przeskakuję przez łóżko małego. Oczywiście brzuch ciążowy dodaje dramatyzmu całej sytuacji. Plus jest taki, że mieszkamy prawie na plaży.

Kiedy już myślałam, że nic mnie negatywnie nie zaskoczy i może być tylko lepiej, Bóg postanowił mi przypomnieć co jest najważniejsze na wakacjach. Pogoda. Więc zaczęło lać :) Ale nie tak tam sobie mżyć.. PADAĆ. 3 burze pod rząd. Od 11 do 18 wieczorem. To na greckich wyspach pada deszcz? Szybka konsultacja z wujkiem Googlem i ups... mamy najbardziej zieloną z wszystkich greckich wysp. Nie bez przyczyny :)
Takie widoki są dopuszczalne tylko i wyłącznie w Azji, kiedy temp. nie spada poniżej 30 stopni. Ale nie w Europie, na wakacjach, przy  temperaturze 19 stopni. Niech mnie ktoś przytuli...



No więc wtedy już było mi wszystko jedno, byle tylko nie padało :) No i postanowiłam przemyśleć swój stosunek do wakacji oraz przeorganizować oczekiwania i zacząć się cieszyć wszystkim, a w szczególności ładną pogodą. Która zaczęła się następnego dnia po burzach i po tym, jak trafiliśmy do właściwego hotelu. Korfu nie przestało nas zaskakiwać do samego końca, ale dalszy ciąg to tylko miłe niespodzianki. Wyspa jest urocza :)
Po 3 dniach wszyscy już potrafiliśmy odśpiewać czołówkę do Strażaka Sama, a Kaju z dziadkiem  pielęgnowali idealną opaleniznę robiąc za słoneczny patrol i biegając godzinami z jednego końca plaży na drugi. Komenda brzmiała: To co dziadku? Biegniemy? Dla przypomnienia: dziadek sam sobie zgotował ten los. Przysięgam, że naprawdę doceniamy ze Skoczkiem wakacje z rodzicami i JEDNYM dzieckiem :)))


 No czasami się dziadkowi udawało ukryć na leżaku:

























Góry w tle to Albania.

A to spacer do miasta po całych godzinach deszczu. Boże, co za radość. Świeci słońce! Jest ciepło!

Wakacje potrafią wykończyć każdego :)




Z mamą i bratem :)
Pozwiedzaliśmy też trochę i to w bardzo miłym towarzystwie Doroty, historyczki sztuki i zarazem Polki która osiadła w Grecji, a teraz łączy wykształcenie z pasją i oprowadza turystów. Warto zajrzeć na jej bloga Sałatka po grecku (tam również znajdziecie wskazówki jak to zrobić, aby z nią właśnie zwiedzić wyspę). Zobaczcie nas na zdjęciu z facebookowego fanpage'a Doroty :) Przemiła, z pasją, z wiedzą. Niesamowicie opowiadała, a słyszałam tylko połowę z tego, co mówiła! Druga połowa komunikatu to była seria:
- Mamusio, kiedy będziemy zwiedzać ten pajacyk?
- Cy to jest ten pajacyk?
- Cy wejdziemy do środka? Kiedy wejdziemy do środka?
- Cy pójdziemy tymi schodami? Ja cem iść tymi schodami?
- A dlacego ten statek nie jest na łodzie?
- A czy mogę dotknąć tego fotela?
- Czy mogę dotknąć tego łózka?
- Czy mogę dotknąć tego lustra?
- Mamusio, ale CO JA MOGĘ DOTKNĄĆ?
- A gdzie tu jest oglódek?
- Idziemy do oglódka?
- To oglódek?
- O, ten pan ma gołą pupę!
- To co mamusio, biegamy?
Krew mnie zalała w pałacu Sissi, bo na tym zależało mi najbardziej! Trzeba wiedzieć o mnie, iż zostało mi z dzieciństwa wiele dziwactw, a jednym z nich jest zamiłowanie do hagiograficznego filmu o Elżbiecie Bawarskiej, którą grała prześliczna Romy Schneider. Tak naprawdę chodziło o włosy Romy, wiadomo :) No niestety! Właśnie tam moje dziecko postanowiło wejść w tryb Kocham moją mamusię ukochaną i nie odstąpię jej na krok. No i nie zrozumiało idei muzeum, w którym niczego nie można dotknąć. Obwiniam wujka Cypriana i to niesamowite muzeum (?) czy też centrum interaktywne w Gdańsku, w którym można było dotknąć absolutnie wszystkiego! W pewnym momencie nerwy mi lekko puściły, bo docierało do mnie co trzecie zdanie wypowiadane przez naszą przewodniczkę i oddelegowałam dziecko do ojca sycząc przez zęby "Błagam Cię, weź go na dwór". Skoczek kochany zawinął chowańca i uciekł do ogrodu. Wracam do sali, słucham o nałogach mojej (idealnej dotąd) Sissi i słyszę pod oknem:
- Ale dlacego ja tu jestem?
- Ale ja cem do mamusi!
- Ja jus będę gzecny!
- Ale tato, plooooose, ja będę zwiedzał pajacyk.
- Gdzie mamusia?
- Mogę tu wejść?
No cóż. Pozwiedzam sobie na emeryturze :)
A tymczasem przenosimy się do stolicy, która zgodnie nas zachwyciła i cała nasza czwórka miała tylko jedną myśl: dlaczego byliśmy tam tak krótko?! Gdybyśmy wiedzieli, jak będzie wyglądało stare miasto Korfu, to pojechalibyśmy na wycieczkę, której celem jest zwiedzanie stolicy. Może innym razem i bez dzieci ;)




























I migawki z innych części wyspy



Pierwsze w życiu selfie w drodze powrotnej do hotelu :)

Czy wspominałam już, że bardzo doceniamy wakacje z  rodzicami? Tu na randce wieczorem w mieście. Uprzedzając skandal: nie, z bólem piszę, że nie piłam tej retsiny.


Leżąc na plaży uznałam, że wszystko wygląda dużo wyraźniej w moich okularach. Stąd też powrót do czasów sprzed Picassy i jej działu z efektami specjalnymi. Stara dobra metoda robienia zdjęć przez okular też dobra :)





Acharavi. Chyba jedyny zabytek ;) Mocną stroną miasteczka były raczej restauracje.

A teraz czas na THE BEST OF zdjęcia z telefonu!
Jedno z trzech ulubionych zdjęć z wakacji pt. Komuś tu się nie chciało wstać z leżaka, żeby wielorybowi (z rodziną) zrobić zdjęcie :D

I drugie ulubione pt. Jak wykończyć nawet najbardziej energetycznego trzylatka w jeden dzień :D Odpowiedź: zwiedzanie :)






















I ostatnie pt. Robię zdjęcie synowi, patrzę, a tu babcia Stasia. :))))))

Jeszcze kilka wskazówek dla tych, którzy chcieliby się wybrać na Korfu. Ostrzeżenie pogodowe: we wrześniu może padać! Po raz drugi wybrałabym sierpień na zwiedzanie Korfu. Ale ja kocham tropikalne upały, przy których większość ludzi traci przytomność, a wszyscy w pracy marudzą, że gorąco (siedząc w klimie). Po deszczu przychodzi ciepło, a wraz z nim komary. Bez środków owadobójczych jak do dżungli amazońskiej nie jeźdzcie! Kolejna sprawa: odległości. Wyspa jest malutka, odległości teoretycznie niewielkie, ale nie planujcie wycieczek po wyspie opierając się na kilometrach. Wszędzie jedzie się dłużej ze względu na kręte górskie dróżki (ale jakie tam są widoki!!!). 
Jeżeli lubicie figi poczujecie się umęczeni.Setki drzew figowych z pękniętymi gotowymi do pożarcia owocami... i wszystkie w czyichś ogródkach. No a nie jedziemy przecież szabrować.
Na leżaczek polecam książkę Geralda Durella "Moja rodzina i inne zwierzęta". Cudowna, bardzo lekka i odrobinę "dziecięca" książka, której akcja dzieje się na Korfu. Dzięki, Misiu!
Plaże są wszelakie.Tylko nasza posiadała pasmo piaszczyste, pasmo żwirowe i pasmo kamieniste. Trzeba być przygotowanym na wszystko. Morze ma codziennie inną temperaturę, również należy być przygotowanym na wszystko :)
Punkty widokowe zapierają dech w piersiach. Lotnisko 3x za małe na obsługiwany ruch. I ogólnie  - warto :)

I na koniec ku pamięci, nasze ulubione słówka Kaja z jego wybitnego słownika trzylatka:
- mależadka (oranżadka), 
- wachłelek ozechowy , 
- zobac, jak się nuruję pod łodą!
- ale wielka głizda!
- nie psikotaj mnie! (nie psikaj mnie sprayem na komary)

  
Cały album.

poniedziałek, 8 września 2014

Idealne przedpołudnie z samą sobą

Tak na szybko potrafię wymyślić 2 wspaniałe sposoby na relaksujące przedpołudnie.

1. Jestem sama. Chłopcy poszli robić fajne rzeczy (no bo przecież nie będzie to pełnia szczęścia, jeżeli będę mieć świadomość, że jeden obgryza paznokcie w pracy, a drugi w przedszkolu). Zostałam w domu, leżę na kanapie z widokiem na drzewo na podwórzu, piję kawę, jem śniadanie, czytam książkę/gazetę.

2. Jestem sama. Chłopcy robią fajne rzeczy. Jestem w City Center Poznań lub innym centrum handlowym lub w rodzinnymi mieście biegam po ulubionych sklepach. Generalnie: shopping.

W ostatnią sobotę chłopcy postanowili podarować mi scenariusz numer dwa :) Misja brzmiała: kostium kąpielowy i wyposażenie kosmetyczki na wakacje. Po ponad 2 godzinach przymierzania kostiumów, zapoznawania się z ofertą H&M Home oraz powolnym, bardzo powolnym, a nie wyścigowym, zwiedzaniu chyba największego istniejącego Rossmana (z działem dziecięcych ciuchów, salą zabaw i fryzjerem!) udałam się na zwieńczenie tego idealnego przedpołudnia. Usiadłam przy stoliku w kawiarni i jeszcze raz, w powolnym tempie obejrzałam wszystkie zakupy, przeczytałam etykiety, powąchałam kosmetyki... Ach :)
Na marginesie dygresja: kocham Rossmana za serię Aletrra - naturalnych kosmetyków. Krem pod prysznic, który kupiłam zawiera Bio Olej sojowy, Bio Wanilię, Bio wyciag z pomarańczy. NIE zawiera: barwników, aromatów, koserwantów, silikonów i parafiny. I to za mniej niż 10 zł. BOMBA! A pachnie tak, że można oszaleć :)


Potem przylazły trolle, jeden zlizał mi gorzką czekoladę z eklera, a drugi zeżarł eklera.


Ale ten pierwszy jest niestety tak piękny, że wszystko można mu wybaczyć. Drugiemu też od kilku lat nie mogę się oprzeć ;)

No i zabrali mnie na spacer na Stary Rynek, więc zasadniczo byłam kontenta, bo dostałam nowy deser :)


Kończę pisać, zamykam walizkę i idziemy z bobasem nr 2 spać! Skoczek spać nie idzie, bo jego mama nie pozwoliła mi dziś wyjść od siebie bez kilograma jabłek za nic mając tłumaczenie, że tydzień nas nie będzie. Karol zje! No to ja idę spać, a Karol, no cóż, niech je jabłka!

ps. I jeszcze cytat weekendu:
Wies mamusio, na tej benzynie jadłem z dziadkiem hot-dogi z kepczuchem!
Przede mną nic się nie ukryje :)

ps. 2 I jeszcze dygresja na koniec. Niebieskooki trzylatek w koszulinie z kołnierzykiem i koszyk grzybów to ni mniej ni więcej, ale + 10 do charyzmy i dodatkowy czar "Zauroczenie starszej pani". Na krótkim odcinku 300 metrów zaczepiło nas kilka Pań nie mogąc się oprzeć takiemu zestawowi zapytując uprzejmie, czy te piękne grzyby zbierał ten piękny chłopiec ;) Bez grzybów nikt się nami tak nie zachwyca, więc to chyba głównie one!

poniedziałek, 1 września 2014

Pierwszy dzień w przedszkolu

Trzy refleksje dominują dzisiaj w mojej głowie. 
Pierwsza to taka, że wydaje mi się, że mój mały Pączek jest już taki duży, wyrośnięty i ... doświadczony. Zachowywał się w nowym przedszkolu tak profesjonalnie. Odnaleźliśmy jego szafkę, założył paputki, poszliśmy do sali. Dla mnie on dzisiaj był jak prawdziwy bohater. Wydaje mi się, że jest taki dojrzały. A w czasach kiedy ja chodziłam do przedszkola, to 3-latki były dla mnie (5-latki) jak niemowlaki. Mało który trzylatek w ogóle szedł do przedszkola. Wśród moich rówieśników najczęściej słyszę "poszedłem/poszłam dopiero do zerówki". Zerówki? Teraz to się nazywa szkoła podstawowa! Kajetan jest weteranem placówek opiekuńczo-wychowawczych i dzisiaj mocno to zaprocentowało :)

Po drugie, po raz kolejny zasłużyłam na tytuł Matki Roku: zapomniałam wziąć piżamy. Jako skarbniczka Klubu Złej Matki niniejszym powołuję do życia fundusz zapomogowo-wspierający. Co miesiąc będziemy wybierać najbardziej żenującą historię z serii  Porażki Macierzyństwa, a matka która wygra, otrzyma zapomogę w postaci herbaty i pamiątkowego zdjęcia.

Po trzecie, chyba spuchliśmy dzisiaj z dumy z tatą Skoczkiem, bo tak spokojnego dziecka jak nasze ze świecą można było szukać w tym chaosie.
No i jeszcze mam nadzieję, że mi go nie zepsują w tym przedszkolu, że opiekunki będą dla niego dobre, że pozwolą mu się rozwijać i nie stłamszą jego silnego charakteru, że pojeździ na tych samochodzikach na patio, że nie wypije za dużo "herbatki wiśniowej", że w ogóle coś zje, że będzie mu tam dobrze...
Ale wiem, że sobie poradzi, bo ma silny charakter po swoim tacie :)
Taka jestem dzisiaj z niego dumna, że trudno to opisać.
I pyta mnie:
- Mamusio, cemu ten chopiec płace?
- Chyba jest smutny.
- Wies, bo on może nie wie, że mama z tatą psyjdą po podwieczorku.

Wczoraj (ponieważ zasnął w samochodzie o 17:15 i spał do 6:15 dnia następnego) miałam wieczór relaksu. Haftowanie imion na pościeli i koncert Stanisławy Celińskiej śpiewającej piosenki o Warszawie.
Zdjęcia z telefonu.





LinkWithin

Related Posts with Thumbnails