piątek, 28 listopada 2014

Nagroda, która mi się nie należała

Świecką tradycją stała się w naszej rodzinie wycieczka do kawiarni po wizytach lekarskich (moich, dziecka, obojętnie), aby uczcić dobre wieści. W tej ciąży mam niskie wymagania: brak złych wieści oraz informacja, że "nie jest gorzej" jest dobrą wieścią. Więc choć nie zasłużyłam według ojca moich dzieci, bo mogłam sobie podarować przyniesienie przedwczoraj do domu chemii do zmywarki, to wieści są takie, że nie jest gorzej, a więc jest co świętować :) Nadal muszę leżeć ile się da, nie wolno mi prawie nic i Duphaston będę łykać do samego końca, ale nie jest gorzej! :)
Nagroda:


Na szczęście to nie wymaga podnoszenia rąk, dźwigania, schylania się i prowadzenia samochodu. Bo bez tego to już bym się nie obyła :)




niedziela, 23 listopada 2014

Statek kosmiczny

(czyli zabawa na dwie godziny!:)
Kiedy byliśmy mali, to budowaliśmy z moim bratem dom z krzeseł, puf, stołu i koca. Był doskonały, miał nawet okna. Dach naprawialiśmy dachówkami z książeczek z twardą oprawą. Tego typu kryjówki były jedną z moich ulubionych zabaw.
Kajetan długo nie interesował się budowaniem tego typu konstrukcji. Jedno indiańskie tipi z tesco już przewinęło się przez nasz dom. Tyle, że teraz już byśmy się do niego nie zmieścili. Poza tym po wyjściu z niego nasze naelektryzowane włosy (czyt. pióra) stały dęba :)
Zbudowaliśmy więc coś całkiem autorskiego, kiedy taty nie było w domu...





Był nawet niskobudżetowy catering pokładowy:

Oraz przynajmniej jeden doświadczony kosmonauta.























Najbardziej podobało mi się kiedy Kajetan przykrywał kocykiem Prosiaka i Kłapouchego, całował na dobranoc i mówił "No dooobla, tlochę was pogłaszczę. Ale tylko chwilkę!". No jest jakaś szansa, że mi ktoś poda szklankę wody na starość :D

piątek, 21 listopada 2014

Jeszcze tylko róż na policzki...

... i już jesteśmy gotowi poznać Bognę. Zapraszamy na kawę w sobotę :) Oczywiście z rodzicami, przyjaciółmi i całym bobasowym majdanem!


czwartek, 20 listopada 2014

Co bawi 2,5 latka?

Ustalono już dawno temu, że może dziecko nasze nie odziedziczyło włosów po tacie, może oczu nie odziedziczyło, może też nie odziedziczyło zębów, ale jedną rzecz z całą pewnością ma po ojcu. Poczucie humoru :) No nie jest to poczucie humoru dla wymagających ;)


Mnie najbardziej cieszy to, że jeszcze kilka dni i będę na bieżąco z montowaniem filmów. Przede mną największe wyzwanie: montaż filmu z wakacji nad Bałtykiem, potem obrobienie tego co na telefonie i... jestem na bieżąco! Jupi :) 


środa, 19 listopada 2014

Korfu cz. 2

Tym razem rejs statkiem, oczywiście kilka pięknych plażowych budowli, zabawy w wodzie oraz tata Skoczek zjeżdżający na wielkiej zjeżdżalni. Dlaczego nie zjechał drugi raz? Niech sam się wytłumaczy. A końcówka tradycyjnie sentymentalna, a zaczyna się od fragmentu, w którym dziadek wykazuje się refleksem godnym młodzika, a nie emeryta :)


poniedziałek, 17 listopada 2014

Korfu cz.1

Film z wakacji zmontowałam 2 miesiące temu, zapisałam projekt i... przy każdej próbie zapisania filmu na dysku dostawałam w twarz komunikatem o błędzie. Pliki tymczasowe, które tworzy WMM przy edcyji filmów dłuższych niż 15 min paraliżują mi komputer. Nic dziwnego, że do kolejnej próby musiałam ochłonąć. Teraz mam jednak silną motywację do wyjścia z zaległości i zaczynam dziś! 
Pierwsza część filmu pamiątkowego z wakacji, czyli plaża, kąpiele, strach przed wodą falującą i kapiącą, odkrycie nowego hobby jakim jest jogging, budowanie zamków z piasku.  Szczurek lądowy zaprasza na film :)



piątek, 14 listopada 2014

Pokochać PKP

Już się nie da :) Nie w moim przypadku, po tym jak już się kilka ekstremalnych historii przeżyło. Na przykład wycieczkę na pielgrzymkę papieską, kiedy to prawie oknem wypadłam, bo ludzie pchający się do WC wypychali tych na korytarzu oknem. Szczytem była oczywiście podróż pewnego 30 września (roku 2007?) na trasie Nowy Tomyśl - Poznań, kiedy to cudem wcisnęliśmy się ze Skoczkiem do pociągu, a kolejne 40 min spędziliśmy w objęciach w pociągowym WC, bo tylko tam było miejsce. Oprócz nas w tym samym WC były jeszcze dwie inne osoby i pies. Pamiętam, że wtedy z przedziału ktoś zaczął się pchać do kibelka, a jakiś chłopak krzyknął: "Pani! Gdzie!? Gdzie się kobieto pchasz? Chyba nie sikać, bo w kiblu są już 4 osoby i pies!". No ale wiadomo, było się młodym, biednym i niezbyt rozpuszczonym, więc można powiedzieć: przygoda.
Za przygodę do dziś nie uważam wszystkich zboczeńców-ekshibicjonistów, których również spotkałam w pociągach kilkakrotnie.
No i tym optymistycznym wstępem... :) :) :) Miałam napisać jak miło było z synem w pociągu! No bo jak wiadomo nie od dziś, największym plusem posiadania dzieci jest fakt, iż można sobie zresetować twardy dysk i zacząć życie od nowa, poznawać je z dzieckiem, cieszyć się rzeczami małymi, dla nas - dorosłych - już bez wartości. W ramach tego projektu ja postanowiłam się przeprosić z PKP, a Skoczek w zeszły weekend z korowodem na dzień św. Marcina.

Nasz piękny dziedzic, jako prawdziwy przedstawiciel swojej płci, fascynuje się środkami lokomocji, więc wycieczka do babci i dziadka pociągiem to była przygoda. Ja się tak pozytywnie nastawiłam do całości, że zapomniałam zupełnie, że inni ludzie nie jadą na wycieczkę, tylko w jakimś poważniejszym celu udają się w podróż. Normalny pociąg to nie Maltanka, zapamiętać! ;] 
Przede wszystkim nie wiedziałam, że podróżnych jest aż tylu! Kolejki do kas na 30 min stania, na szczęście pojawiły się na dworcu biletomaty. Wchodzimy do pociągu - pięknego, pachnącego, nowoczesnego, tramwaj przypominającego - i szok. Wszystkie miejsca zajęte. A ja z 3-latkiem i brzuchem... Oczywiście wszyscy ślepi, udają że mnie nie widzą. Przyzwyczaiłam się już do tego, niczego nie oczekuję w danym konkretnym momencie, ale jak już sobie to przemyślę po czasie, to trochę mi smutno. Każdy pilnuje swojego miejsca jak niepodległości. Żeby nie było wątpliwości, że NIE WIDZĘ CIEBIE * TWOJEGO DZIECKA * TWOJEGO BRZUCHA * JAK CI SIĘ NIE PODOBA, TO MOGŁAŚ JECHAĆ SAMOCHODEM należy włożyć do uszu słuchawki i studiować niczym Pismo Św. zawartość swojej pirackiej playlisty na telefonie.

Wymiękłam w ostatnim wagonie przy dziewczynach, które same zajmowały 2 fotele, a fotele obok nich zajęte były przez ich torebki i torby z H&M. Po prostu stanęłam, powiedziałam (bardziej stwierdzając niż pytając) Wolne (?) i zaczęłam rozbierać Kaja. Nie miały wyjścia.
Faktem, że moje dziecko ma własny fotel w pociągu cieszyłam się mniej więcej do Plewisk :) Potem objawiła się moja nauczycielka od fizyki i profesjonalnym zagraniem zrzuciła moje dziecko z fotela i umieściła ja na moich brzuchatych kolanach :) Wow, nie wiedziałam, że można się zwracać do dziecka jednocześnie ignorując jego istnienie. No cóż, przyjęłam to z pokorą, wciąż ciesząc się, że ja zachowałam swój fotel, bo nie pojawił się żaden ksiądz na przykład. I resztę podróży spędziłam na robieniu niewinnych min pt. "Nie, to nie ja, nie pamiętasz mnie z liceum". Powiedzmy sobie szczerze, na pewno mnie nie pamięta, tym bardziej, że talentem do fizyki nie grzeszyłam ;)

Dojechaliśmy w 38 min, jak miło! Widok taty/dziadka na peronie był jak zbawienie! A potem jeszcze babcia znalazła na wycieraczce małego podróżnika z plecaczkiem (tata i ja się schowaliśmy), a nie spodziewała się, że przyjedziemy.


Kajtek był naprawdę przejęty i szczęśliwy, więc summa summarum podróż uznaję za udaną. Najwspanialszą częścią podróży, co sobie dobitnie przypomniałam w ten październikowy weekend, jest ten moment kiedy wjeżdża się już na peron, a tam ktoś na nas czeka...

 Dialog w czasie oczekiwania na pociąg powrotny (spóźniony 20 min, ponieważ to jest Polska i pociąg jadący z Zielonej Góry, w słoneczną niedzielę ma prawo spóźnić się i godzinę i dwie).

- I byliśmy z dziadkiem w Zoo wies? Ale dziadkowi się nie podobało i mówił, że nie może patseć na te małpy, bo one mają takie gołe pupy!
- A to ci dziadek! Jakby małpy nie widział - ripostuję.
- No właśnie! A psecies one nie mają gołej pupy, bo mają ogony! I kupę robią jak siedzą na dzewie, wies?

Wiadomo, kupa, rzecz fundamentalna :)  Nad każdą należy się pochyli, każdą docenić, a niektóre nawet koniecznie POPACHNIEĆ.



wtorek, 11 listopada 2014

Sukulenty się panoszą

Pisałam niedawno, że w szale zakupów nabyłam zdecydowanie więcej roślin, niż było mi potrzebne. Chyba miałam przeczucie, że kolejny tydzień spędzę w domu, a wielkim wyczynem będzie dla mnie umycie głowy. Przebranie się z piżamy w spodnie od jogi uznaję za równoważne godzinnemu szykowaniu się z przeszłości, a wyjście na obiad do restauracji (wysadzona pod drzwiami, odebrana spod drzwi) to już był Everest moich obecnych możliwości. W czwartek muszę o tym poważnie porozmawiać z lekarzem prowadzącym tę - dużo bardziej wymagającą - ciążę.

Zajęłam się więc tym, czym ciężarna z nakazem oszczędnego trybu życia zająć się może. Uprawą mojej niedorzecznie dużej kolekcji sukulentów.  Słój przeznaczony na ten cel czekał cierpliwie około pół roku, a kamienie przywiozłam z wakacji. Skoczek skomentował je bezlitośnie: nazbierałaś najbardziej nijakich i pospolitych kamieni, jakie tylko natura mogła stworzyć. Spójrz na moje! I tym samym waga bagażu skoczyła z 13 kg na 19,5 kg. No, feta i oliwa też się do tego przyczyniły :)

Efekt jest piorunujący! Trudno nacieszyć oczy tym widokiem mikroświata zamkniętego w słoju. Nie możemy się napatrzeć, +10 do feng shui ;)
























Oczywiście trudno powiedzieć, jak to będzie wyglądało za miesiąc. Część roślin się pewnie nie przyjmie, część zacznie dominować, na pewno trzeba będzie kontrolować rozrost. Myślę, że sobie z tym poradzę. I jest to jednak dużo mniejsze wyzwanie niż dbanie o akwarium w stylu japońskim, które oboje chcielibyśmy mieć ;) Jeżeli sobie nie poradzę, to strzelam focha, bo sukulenty są podobno naprawdę łatwe w uprawie. Od kilku miesięcy mam już jedną kompozycję z tymi roślinami, prezent od Michelle i trzyma się świetnie, rozwija wspaniale. Zapowiadam również wszystkim przyjaciółkom, że w najbliższym czasie będą otrzymywały roślinne podarunki, bo moja hodowla (i szkółka służąca rozmnażaniu co ciekawszych okazów) jest tak pokaźna, że produkcja słoików nie skończy się na moim "terrarium". Jeżeli do końca ciąży będę musiała leżeć, to stawiam na rośliny, szydełko, książki i porządki na kompie!


niedziela, 9 listopada 2014

Zbyszko z Bogdańca

Uwielbiam "Krzyżaków" Forda :) Oczywiście nie wzorowałam się na żadnym kostiumie z filmu, ale kiedy dziś go oglądam (a oglądam, co tu dużo mówić), to widzę, że mieli podobne zaplecze, jeżeli chodzi o dostępność materiałów, co ja. Wygląda to wszystko jak baśń o średniowieczu albo bajka o rycerstwie, a nie poważny film o epoce. Ja tam nie potrzebuję szokującego naturalizmu, baśń mnie zadowala :)
Do rzeczy! Dziecko moje w "peckolu" świętuje dzień św. Marcina, który to właśnie rycerzem był. Do wyboru na przedszkolną zabawę były strój królewny lub rycerza. Żeby nie było wątpliwości: zapytaliśmy dziecko o zdanie w tej kwestii. Wiedzieliśmy oczywiście co wybierze, bo to jest mały rycerz, mały strażak, mały kierowca. Identyfikacja płciowa następuje u nas samoistnie, aż się czasami sama dziwię.  
Skoczek stwierdził, że strój rycerza to wyzwanie, zwizualizował sobie zbroję płytową +10 do ataku i  orzekł, że pojedzie coś kupić do Reala. Na samą myśl, co też przywiezie brzuch mi stanął dęba i powiedziałam: "O nie! Za 50 zł przywieziesz coś, co nawet w Chinach uznaliby za szmatę, a iskra od zapalniczki sprawia, że płonie to w mniej niż 5 sek".  Wymyśliłam swój kostium i dzielę się, bo jest łatwy do zrobienia. To pomysł dla wszystkich mam, które posiadają maszynę, jakieś skrawki materiału i minimalne umiejętności szycia. Uprościłam to tak bardzo, jak tylko się dało, bo nie jestem obecnie w stanie wysiedzieć przy maszynie dłużej niż 30 min. Na pasek i emblemat zużyłam materiał ze starej torebki (i co? jednak warto chomikować!), na tunikę materiał obiciowy. Pasek jest mocowany z tyłu na rzepy, a z przodu na stałe przyszyty (oprócz fragmentu pozostawionego na wsunięcie miecza).  Lamówki miałam gotowe, a tarcza i miecz to już dzieło Skoczka. Św. Marcin powinien mieć pelerynkę i taki był pierwotnie plan, ale nie dałam rady uszyć. Spodnie dresowe i biały golfik absolutnie nie zostały kupione na tę okazję, ale wygrzebane z komody ;)


Wierny giermek, jak tradycja nakazuje, pomaga się ubrać swojemu rycerzowi :))))







Prosty schemat dla prostych ludzi :) czyli najmniej profesjonalny projekt krawiecki, jaki można stworzyć, ale na tak prostą tunikę wystarcza. Może komuś się przyda :)


wtorek, 4 listopada 2014

Projekt: gniazdo

Rozpoczynam wypoczynek zwany czasem dla brzucha, czasem dla mamy, czasem wicia gniazda, czasem przeczytanej książki, czasem zmontowanych filmów i posegregowanych zdjęć. Niewiele mi zostało, może z ledwością starczy na montaż filmów. A Skoczek się dziwi, że od razu próbuję się rzucić w wir przygotowań... Projekt gniazdo rozpoczęłam od wycieczki do Jucci po zakup sukulentów, które zamierzam z powodzeniem uprawiać. Wyczytałam, że nie mają żadnych wymagań oprócz słońca i można zapominać o odlewaniu. Wybieram tylko kwiaty, o podlewaniu których można zapominać. Reszta popełnia przy mnie samobójstwo.
Storczyki ożyły po przeprowadzce. No, tak naprawdę jeden ożył, więc go rozmnożyłam. Drugi jest wciąż obrażony i żółknie jak zaklęty. Może go sukulenty zawstydzą.
W każdym razie wpadłam w amok w sklepie z kwiatami i wydawało mi się, że misa na sukulenty, którą uszykowałam jest jakieś 2x większa niż w rzeczywistości jest. Oczywiście kupiłam wszystkiego za dużo. No nic, uprawa będzie najwyraźniej na większą niż planowałam skalę. Przymierzam się powoli, mam nawet kamyki z Korfu przywiezione:




























Wycieczka po roślinki zakończyła się bólem gardła i stwardnieniem brzucha. Zamiast więc rzucić się w wir domowych przyjemności, to ja leżę pod kołdrą. W sumie też miło :)

sobota, 1 listopada 2014

Wolę TAK niż NIE

W odróżnieniu od Tuwima, wolę słowo tak.

Kiedy ktoś mnie pyta jaki jest Kajetan, to pierwsze słowo, jakie zawsze przychodzi mi do głowy to łatwy. Co mam przez to na myśli? Że łatwo jest z nim żyć normalnie, chodzić do sklepów, odwiedzać koleżanki, zapraszać gości, chodzić po zakupy, jeździć do dziadków, sprzątać działkę, iść do restauracji... i tak dalej. Nie protestuje, marudzi rzadko, nie ciągnie jak wół w swoją stronę. Nigdy nie zrobił mi histerii ani publicznie, ani w domu. Nigdy nie wlekłam go po chodniku ze spaceru. Czasami wpada w wir swoich peryferyjnych zachowań, bo najbardziej uwielbia skakać, biegać, ścigać się. Trudno mi jest go wtedy zatrzymać, ale jest to możliwe w ciągu kilku(/nastu) minut. Nigdy mnie nie uderzył, nigdy nie opluł, nigdy mi nie uciekł, może kilka razy się obraził.
Nie próbuję się chwalić, próbuję zrozumieć ten nasz przypadek. Szczególnie, że dookoła wciąż słyszę o buntach dwulatków, trzylatków, czterolatków.
Jak to możliwe?
Czytając książkę "W Paryżu dzieci nie grymaszą" doszłam do wniosku, że całkiem nieświadomie, albo zupełnie intuicyjnie, stosuję jedną z metod wychowawczych, która jest tam opisana. Pomyślałam więc, że może to jedna z cegiełek, która buduje ogólny obraz zachowania naszego dziecka.

Bo ja wolę TAK niż nie. Codziennie kilkanaście razy (jeżeli jest to dzień spędzany z dzieckiem) rozważam tę samą kwestię: powiedzieć tak czy nie? Dziecko moje ma bowiem taką właściwość, że bardzo często pyta mnie o to, czy coś wolno mu zrobić (gorzej będzie, jak przestanie pytać). Za każdym razem wymaga to podjęcia szybkiej decyzji, oceny ryzyka, ewentualnych strat lub zagrożeń i wyrażenie zgody bądź zakazanie czegoś. Staram się każdego dnia, aby stosunek zgód był miażdżący w stosunku do niezgód, a najlepiej, aby tych ostatnich w ogóle nie było.
Chcę, aby Kajetan przez większość czasu słyszał z moich ust TAK, wolno Ci. Tak, możesz. Tak, pozwalam. Czasami bilans szansa/zagrożenie wypada gdzieś po środku. Na przykład kiedy pyta, czy może skakać z pufy na kanapę. Wiem, że ryzyko, że spadnie w dziurę pomiędzy jest duże. Wiem, co to połamane kości (mój brat mnie przeszkolił w tym temacie), wiem co to wizyta na SOR. Ale wiem, też, że jest duża szansa, że doskoczy, czyli: będzie szczęśliwy, dumny z siebie, zadowolony z osiągnięcia, wybiegany i ogólnie w dobrym nastroju. Wiem, że będzie również wdzięczny za to, że mu pozwoliłam. 
Kolejny przykład. Jesteśmy w centrum handlowym z interaktywnymi mapami na korytarzach, na wypadek, gdyby ktoś nie mógł znaleźć siebie albo jakiegoś sklepu. Mapy są dotykowe.
Mamusio, czy mogę tu popisać?
Hmmm. Analizując: jestem zmęczona, w 7 miesiącu ciąży, szliśmy do samochodu, Karol niesie zakupy, hałas jest straszny, bo fontanna na dole zagłusza wszystko, marzę o tym, żeby być w domu, Kajetan miał już mnóstwo atrakcji, kolejna niepotrzebna. Co mówię? Tak, możesz.
I szukam sobie miejsca, żeby usiąść. Wiem, że nic tam nie znajdzie na tej mapie, wiem, że to będzie zmarnowane 10 min, wiem, że jeszcze bardziej będą mnie bolały plecy, wiem, że ręce Karolowi odpadają. I najgorsze: wiem, że po drodze jest jeszcze helikopter, czyli kolejny przystanek. Ale wiem też, że Kaju w ten sposób będzie miał poczucie, że "pracuje", będzie się dobrze bawił, w końcu się znudzi, ale będzie zadowolony, że się wykazał. Poczekam. Przy helikopterze powiemy tylko: już dzisiaj raz leciałeś, wiesz, że mamy tylko jedną monetę. On powie: ale ja tylko tak chwilkę poudaję, że lecę. Trudno, szukamy sobie miejsca, żeby usiąść i przeczekać :)

Ja jako dziecko czułam się często ograniczana słowem nie. Nie rozumiałam dlaczego niektóre rzeczy są mi zakazywane, dlaczego niektóre, nawet błahe przyjemności (skok w kałużę, przejście przez dziurę w płocie, zbieranie brudzących kwiatów) są mi zakazywane. Dlaczego nie wolno mi założyć ulubionej (choć poplamionej) bluzki? Każde nie mnie bolało, bo w świecie dziecka każde nie to mała tragedia. Tak to pamiętam. W związku z tym dokładam wszelkich starań, aby NIE było zarezerwowane na naprawdę szczególne okazje (i takie słuszne nie również z dzieciństwa pamiętam;  dziecko wie, kiedy przegina). Głównie są to okazje wiążące się z zagrożeniem życia lub zdrowia lub jakąś organizacyjną katastrofą. Albo kiedy już naprawdę przegnie biegając i skacząc :)
Nie chcę, aby pamiętał mnie jako osobę, która trzymała go na za krótkiej smyczy i chcę, aby miał poczucie, że dużo może.
Ta metoda ma też taki skutek uboczny, że słowo nie słyszane rzadko ma dużo większą moc, niż kiedy stosuje się je nagminnie. Jestem pewna, że dziecko tak pełne energii jak nasze szybko ustawiłoby sobie w mózgu filtr na słowo nie, szczególnie w kontekście skakania i biegania. Więc po co to w ogóle mówić.
Są rzeczy ważne i mało ważne. Amerykanie mówią: Choose your battle. I ja tak robię. Nie będę się biła o to, czy dziecko może iść do łóżka z plastikowym Neptunem w formie przytulanki, nie odbiorę mu tej przyjemności. Zaprotestuję dopiero, jeżeli w środku zimy postanowi spać na golasa, albo pewnego dnia uzna, że śpi na dywaniku, a nie w łóżku.
Prosiak ciągnięty do samochodu? Okej. Jedzenie bananów na śniadanie zamiast kanapki? Pozwalam. Podlewanie kwiatów? Będzie armagejdon, ale dobra. Samodzielne ubieranie się do przedszkola? Obowiązkowo, mimo że zajmie to 2x więcej czasu i kieszenie z pupy trafią na przód.  Rzucanie kamieniami do rzeczki? Oby kaczki miały refleks, bo jestem na tak. Bieganie wokół mieszkania i krzyki "Jestem zapylaczem"? Z góry przepraszam sąsiadów za uszczerbek na psychice. Wbieganie z rozpędu do morza o temp. 9 st. po to tylko, żeby stópki zamoczyć (wiadomo, że skończy się zamoczeniem po uszy)? Robię krzywą minę i udaję, że tego nie widzę. Łażenie po murku zamiast po chodniku? Wiadomo. 
Chyba w ogóle z natury sama jestem uczulona na zdanie: nie biegaj. I nie wynika to z doświadczeń dzieciństwa, bo ja nienawidzę biegać :D
Polecamy więc słowo tak :) Pierwszy krok w tym kierunku to spisać wszystkie ciuchy na straty, uznać że brud to nie zło, dziury w spodniach to norma i myśleć "Trudno, jak podrze wszystkie ładne spodnie, to w mieście jest milion lumpeksów, będzie chodził w haftowanych  w kwiaty". Warto też mieć coś na wytarcie rąk i buzi, lub jak ja, nie przejmować się umorusanym obliczem. Siniaki, zadrapania i skaleczenia - no cóż, to część szczęśliwego dzieciństwa. Rozczochrane włosy mnie nie dotyczą ;) No i trzeba przyjąć do wiadomości, że w domu będzie się później niż się planowało oraz wybrać dwa produkty spożywcze z serii "niezbyt zdrowe", które zawsze ma się na podorędziu, jeżeli przyjdzie do trudnych negocjacji. U nas tę funkcję spełniają lody i soczki w kartoniku (takie bez dodatku białego cukru) ze słomką. Warto też wybrać kanapy z łatwym do czyszczenia obiciem ;)
















 (Poddąbie 2014)

Oczywiście mam też pełen zestaw kategorycznych NIE. Zaliczają się do tego lizaki, cukierki, nieuprzejme zachowanie, próby dyktowania warunków w obliczu presji czasu lub zdarzeń (wizyty lekarskie, przedszkole itp.) i pewnie wiele innych, których sobie nie przypominam w tej chwili. Widocznie rzadko jesteśmy wystawiani na pokusę/stres z nimi związany.  Czasami mam wrażenie, że Kajetan mnie słucha, bo jest lekko zdziwiony, że wyrażam sprzeciw. Wysłucha choćby z ciekawości o co też może mi chodzić. Jeśli nie posłucha po kilku upomnieniach, to nie mam litości, będą konsekwencje.
Myślę, że ktoś obserwujący mnie w akcji i różnych sytuacjach wychowawczych jest przekonany, że cierpię na jakiś rodzaj rozdwojenia jaźni. Raz jestem bardzo pobłażliwa i udaję, że czegoś nie widzę, albo godzę się na szaleństwa, a innym razem jestem obrzydliwie sztywna i restrykcyjna. Być może to przypadek, ale całkiem nieźle to wszystko działa.

Zasadniczo: moja żaba jest na tak :)



ps. Wyspaliśmy się dzisiaj za wszystkie czasy. Tatuś nas obudził o 8:00 kiedy wrócił z cmentarza :) Czy to sobota idealna? Nawet prosiak wygląda na zdrowszego, a chłopcy już drugą godzinę nie wracają ze spaceru.

ps. 2 Jestem pewna, że drugi syn da nam tak w kość, że wszystkie teorie wychowawcze szlag trafi i będę wołać na pomoc supernianię! 

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails