piątek, 14 listopada 2014

Pokochać PKP

Już się nie da :) Nie w moim przypadku, po tym jak już się kilka ekstremalnych historii przeżyło. Na przykład wycieczkę na pielgrzymkę papieską, kiedy to prawie oknem wypadłam, bo ludzie pchający się do WC wypychali tych na korytarzu oknem. Szczytem była oczywiście podróż pewnego 30 września (roku 2007?) na trasie Nowy Tomyśl - Poznań, kiedy to cudem wcisnęliśmy się ze Skoczkiem do pociągu, a kolejne 40 min spędziliśmy w objęciach w pociągowym WC, bo tylko tam było miejsce. Oprócz nas w tym samym WC były jeszcze dwie inne osoby i pies. Pamiętam, że wtedy z przedziału ktoś zaczął się pchać do kibelka, a jakiś chłopak krzyknął: "Pani! Gdzie!? Gdzie się kobieto pchasz? Chyba nie sikać, bo w kiblu są już 4 osoby i pies!". No ale wiadomo, było się młodym, biednym i niezbyt rozpuszczonym, więc można powiedzieć: przygoda.
Za przygodę do dziś nie uważam wszystkich zboczeńców-ekshibicjonistów, których również spotkałam w pociągach kilkakrotnie.
No i tym optymistycznym wstępem... :) :) :) Miałam napisać jak miło było z synem w pociągu! No bo jak wiadomo nie od dziś, największym plusem posiadania dzieci jest fakt, iż można sobie zresetować twardy dysk i zacząć życie od nowa, poznawać je z dzieckiem, cieszyć się rzeczami małymi, dla nas - dorosłych - już bez wartości. W ramach tego projektu ja postanowiłam się przeprosić z PKP, a Skoczek w zeszły weekend z korowodem na dzień św. Marcina.

Nasz piękny dziedzic, jako prawdziwy przedstawiciel swojej płci, fascynuje się środkami lokomocji, więc wycieczka do babci i dziadka pociągiem to była przygoda. Ja się tak pozytywnie nastawiłam do całości, że zapomniałam zupełnie, że inni ludzie nie jadą na wycieczkę, tylko w jakimś poważniejszym celu udają się w podróż. Normalny pociąg to nie Maltanka, zapamiętać! ;] 
Przede wszystkim nie wiedziałam, że podróżnych jest aż tylu! Kolejki do kas na 30 min stania, na szczęście pojawiły się na dworcu biletomaty. Wchodzimy do pociągu - pięknego, pachnącego, nowoczesnego, tramwaj przypominającego - i szok. Wszystkie miejsca zajęte. A ja z 3-latkiem i brzuchem... Oczywiście wszyscy ślepi, udają że mnie nie widzą. Przyzwyczaiłam się już do tego, niczego nie oczekuję w danym konkretnym momencie, ale jak już sobie to przemyślę po czasie, to trochę mi smutno. Każdy pilnuje swojego miejsca jak niepodległości. Żeby nie było wątpliwości, że NIE WIDZĘ CIEBIE * TWOJEGO DZIECKA * TWOJEGO BRZUCHA * JAK CI SIĘ NIE PODOBA, TO MOGŁAŚ JECHAĆ SAMOCHODEM należy włożyć do uszu słuchawki i studiować niczym Pismo Św. zawartość swojej pirackiej playlisty na telefonie.

Wymiękłam w ostatnim wagonie przy dziewczynach, które same zajmowały 2 fotele, a fotele obok nich zajęte były przez ich torebki i torby z H&M. Po prostu stanęłam, powiedziałam (bardziej stwierdzając niż pytając) Wolne (?) i zaczęłam rozbierać Kaja. Nie miały wyjścia.
Faktem, że moje dziecko ma własny fotel w pociągu cieszyłam się mniej więcej do Plewisk :) Potem objawiła się moja nauczycielka od fizyki i profesjonalnym zagraniem zrzuciła moje dziecko z fotela i umieściła ja na moich brzuchatych kolanach :) Wow, nie wiedziałam, że można się zwracać do dziecka jednocześnie ignorując jego istnienie. No cóż, przyjęłam to z pokorą, wciąż ciesząc się, że ja zachowałam swój fotel, bo nie pojawił się żaden ksiądz na przykład. I resztę podróży spędziłam na robieniu niewinnych min pt. "Nie, to nie ja, nie pamiętasz mnie z liceum". Powiedzmy sobie szczerze, na pewno mnie nie pamięta, tym bardziej, że talentem do fizyki nie grzeszyłam ;)

Dojechaliśmy w 38 min, jak miło! Widok taty/dziadka na peronie był jak zbawienie! A potem jeszcze babcia znalazła na wycieraczce małego podróżnika z plecaczkiem (tata i ja się schowaliśmy), a nie spodziewała się, że przyjedziemy.


Kajtek był naprawdę przejęty i szczęśliwy, więc summa summarum podróż uznaję za udaną. Najwspanialszą częścią podróży, co sobie dobitnie przypomniałam w ten październikowy weekend, jest ten moment kiedy wjeżdża się już na peron, a tam ktoś na nas czeka...

 Dialog w czasie oczekiwania na pociąg powrotny (spóźniony 20 min, ponieważ to jest Polska i pociąg jadący z Zielonej Góry, w słoneczną niedzielę ma prawo spóźnić się i godzinę i dwie).

- I byliśmy z dziadkiem w Zoo wies? Ale dziadkowi się nie podobało i mówił, że nie może patseć na te małpy, bo one mają takie gołe pupy!
- A to ci dziadek! Jakby małpy nie widział - ripostuję.
- No właśnie! A psecies one nie mają gołej pupy, bo mają ogony! I kupę robią jak siedzą na dzewie, wies?

Wiadomo, kupa, rzecz fundamentalna :)  Nad każdą należy się pochyli, każdą docenić, a niektóre nawet koniecznie POPACHNIEĆ.



14 komentarzy:

  1. Oj tak tak, tak tak, pamiętam jak po przeprowadzce do Polski jechałam kilka razy z moim młodzianem autobusem (czekaliśmy jeszcze na służbowy samochód), autobus szalał na zakrętach, mój wtedy trzylatek (dziecko z chorobą lokomocyjną) płakał, ja koło niego kucałam, żeby go mocniej przytrzymywać - a wokół sami bardzo, bardzo zajęci ludzie, z kiepskim wzrokiem i jeszcze gorszym słuchem. Wstyd. To nie chodziło nawet o ustąpienie całego miejsca, ale choćby o przesunięcie się trochę, żebym mogła tę małą dziecięcą dupinkę usadzić na krawędzi fotela, jakoś tę sytuację ogarnąć. W Lizbonie to było dla współpasażerów takie oczywiste, no nie zapomnę tego...
    A tu jeszcze brzuszek... Wstyd, ludzie, wstyd.
    Jak tam idą sprawy? Wicie gniazda, segregowanie na komputerze tego i owego? :) Sukulenty - dobrze się mają? Ja w temacie wniosłam do domu z balkonu pelargonie, takie ładne były, może im się spodoba przez zimę nasze lokum, no nic nie tracę. Powkładaliśmy je z synem w ładne doniczki, parapetów u nas pod dostatkiem, także tak tu u nas ostatnio oldschoolowo :)
    Byłam na dworcu w Poznaniu rok temu, wybraliśmy się z mężem rodzonym na dwudniową wyprawę, dziecię zostawiliśmy z babcią i dziadkiem. Wycieczka przebiegła pod znakiem Borejków i tak, ogłaszam z tego miejsca, że mam bardzo cierpliwego i kochanego męża :) Dla niego to była pierwsza wycieczka do Poznania, bardzo dobrze ją wspominamy.
    Lezę się bawić z młodzianem, bo właśnie mu się wyczerpuje dzienny limit kreskówkowy :) Ściska Cię Romek, co ma w Lublinie domek!
    I ja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marchewko droga, ciąża moja niezbyt łaskawa, wicie gniazda odbywa się w tempie mocno zwolnionym. Ale posuwamy się do przodu :) Póki co leżę, odpoczywam, a dziś zabieram się za edycję filmików, których się duuuużo nazbierało.
      A jeśli jeszcze kiedyś do Poznania się wybierzecie (z dziecięciem czy bez) będę do żywego obrażona, jeżeli nie dasz znać, nie napiszesz i się nie poznamy :) Ty znasz mój @, mój mąż poznaniok zna miasto = zapraszamy :)

      Usuń
  2. (Nie)Takie_Straszne_Jeżyce14 listopada 2014 06:12

    Pamiętam jak byłam w 9. miesiącu ciąży z Jaśnie Panią i jechałam do lekarza zapchanym poznańskim tramwajem, tak zapchanym, że praktycznie wsadziłam facetowi brzuch w nos i co? I nic. Facet patrzył w prawo, w lewo, do góry, na dół i jakimś cudem nie zauważył tuż przed dziurkami od nosa wielkiego brzucha z 4-kilowym dzieckiem w środku....ale też wielokrotnie ustępowano mi miejsca i w autobusach, i w kolejkach, i obiły to kobiety, i mężczyźni, i młodzież, więc generalnie nie jest źle, tylko te najbardziej przykre sytuacje najbardziej się pamięta, niestety....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ nie spodziewałam się, że to jest taki kontrowersyjny temat, te ciężarne w miejscach publicznych. W pierwszej ciąży, to w ogóle byłam niewidzialna, ale też autentycznie nie miałam żadnych roszczeń, było mi wszystko jedno. Wręcz nie chciałam żadnej ulgi. TERAZ natomiast mam ochotę na jakąś taryfę ulgową! Bo ciążę mam trudniejszą, dużo bardziej wymagającą, po raz pierwszy wiem, co to znaczy stać i stać, i stać i mieć już wrażenie, że zaraz się urodzi. A do tego jeszcze mały chłopiec uwieszony u mojej nogi, o którego też muszę zadbać. No do cholery, trochę litości :) Kasa pierwszeństwa w Ikei - już się pcham bez pardonu. Albo pchałam, jak jeszcze byłam w stanie biegać po ikei :/

      Usuń
  3. Och, te niedostrzeganie ciężarnych...jakaś epidemia;). A co do kupy - tak - zobaczyć, ocenić, powąchać. A jak jest cała rodzina - to każdy musi w tym celebrowaniu brać udział:) Dzieciaki są boskie:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mamuuuusio! Chodź, zobac jaką zrobiłem wieeelką kupę! " - nie ma to jak radosny szczebiot dziecka w łazienki ;)

      Usuń
  4. Ustepowanie miejsca w autobusie czy tramwaju to jedno... W pl za to istnieje coś takiego, jak możliwość obsługi w sklepie poza kolejnością, a w niektórych sklepach można skorzystać z tzw. 'kasy pierwszeństwa'. W Holandii, gdzie mieszkam nikt o czymś takim nie słyszał (pewnie pozostalosci po drugiej fali feminizmu...). Czasem nawet bywało i tak, ze ja w dziewiątym miesiącu toczylam sie do kasy a ktoś ewidentnie przyspieszal i mnie mijal po to, żeby do kasy dostac się tuż przede mna....

    A co do tematu kup to polecam książeczkę o kreciku: http://www.google.nl/search?q=o+malym+krecie+ktory+chcial+wiedziec&client=ms-android-samsung&hl=nl&source=lnms&v=133247963&tbm=isch&sa=X&ei=awFnVJn2F8rKaLengvgL&ved=0CAcQ_AUoAQ&biw=533&bih=295#facrc=_&imgrc=P1Ydg08696KbTM%253A%3BFr8OhmfL2FCmoM%3Bhttp%253A%252F%252Fecsmedia.pl%252Fc%252Fo-malym-krecie-ktory-chcial-wiedziec-kto-mu-narobil-na-glowe-b-iext2854332.jpg%3Bhttp%253A%252F%252Fwww.empik.com%252Fo-malym-krecie-ktory-chcial-wiedziec-kto-mu-narobil-na-glowe-erlbruch-wolf-holzwarth-werner%252C363322%252Cksiazka-p%3B564%3B400

    Pozdrawiam,
    Kraksa

    P.S. Lubię tu zagladac! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Yyyy nie mialam pojęcia, że link będzie tak długi i lekko zaszyfrowany... Chodzi o książeczkę: o małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę :)

    Kraksa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ poradziłam sobie znakomicie z tym linkiem. Co ciekawe, szukam tej książki od tygodnia, ale nie jest łatwo, bo najwyraźniej kończy się właśnie ostatni nakład. Chyba kupię na Allegro. Ja już wiem, że to będzie ulubiona książka ;))) Dzięki!

      Usuń
  6. Proszę o szersze opisanie sytuacji z nauczycielką. Też jestem ciekawa, jak można mówić do dziecka, ignorując jego istnienie :) jak to zrobiła? :))))
    Ustępowanie miejsca ciężarnym to ciekawy temat. Osobiście miałam "przyjemność" dojeżdżać do pracy komunikacją podmiejską - w której (co tu dużo mówić) lepiej mieć miejsce siedzące. Autobusy o różnym stopniu wygody dla pasażera i droga kręta, więc rzuca etc. Każdy chciał siedzieć i pchał się do drzwi, każdy - starsze panie z siatami i młodzi studenci. Zawsze miałam obawy, czy mnie ktoś nie popchnie, bo nikt mi specjalnie miejsca nie robił, ale zawsze mnie "oszczędzili" ufff :) pozdrawiam wszystkich czytających - ustępujcie miejsca, bo chociaż ciąża to nie choroba, często kobiety czują się gorzej niż w chorobie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zasadzie trudno powiedzieć, że się do niego jakoś szczególnie zwróciła; po prostu bez większej żenady stanęła koło niego i zwróciła się do całego grona wokoło "dzień dobry" z promiennym uśmiechem. Następnie delikatnym acz stanowczym ruchem ręki skierowała moje dziecko do zejścia z fotela. Na szczęście w takiej sytuacji poczuliśmy oboje nagłą potrzebę znalezienia się w swoich objęciach. Włączyły nam się alarmy: "Intruz - uciekam do mamy!" (Kajetan), "Fizyka! Tylko nie ja do odpowiedzi, niech mnie ktoś zasłoni!" (ja) :))))

      Usuń
  7. Witam, trafiłam tu przypadkiem..... i kurcze świat jest mały.. pamiętam Cię z przedszkola Zacisza. Ja byłam w młodszej grupie i nie wiem czy rzeczywiście było coś takiego czy już mi się coś pomieszało ale coś kojarzę że przed leżakowaniem starszaki pomagały nam się przebierać i potem śpiewały kołysankę... Oj fajnie było w tym przedszkolu... A Ty coś pamiętasz? Pozdrawiam gorąco ... buziaki dla Kajtusia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o mój Boże, świat jest mały! :) wszystko pamiętam, mam pamięć jak słonica. Zacisze pamiętam w szczegółach, od szatni po każdą salę. I to nieszczęsne leżakowanie w młodszych grupach również pamiętam. I posiłki i zabawki i przedszkolanki i plac zabaw :) Mam nadzieję, że drzemka dla mojego dziecka jest mniejszą traumą niż była w latach 80-tych. Pozdrawiam serdecznie! :) i wysuwam optymistyczny wniosek: nie zmieniam się tak bardzo ;)

      Usuń
    2. oj nie zmieniłas się Olu, ale ciekawa jestem dlaczego własnie tak bardzo Cię zapamiętałam, czyżby ten śpiew... :))) ? A nasze przedszkole się zmieniło, inny rozkład pomieszczeń, inne klasy, nazwy grup, inne panie. Ale kilka jeszcze pracuje. Z posiłków najbardziej pamiętam makaron z sosem (mniam) i tartą marchewkę z jabłkiem (ble). Ale ogólnie bardzo miło wspominam p-le. Ale zebrało mi się na wspominki. Zaraz pewnie bede w zdjeciach myszkować. Pozdr. Karolina

      Usuń

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails