czwartek, 24 grudnia 2015

Wesołych Świąt 2015!

Dużo odpoczynku, dużo makowca, dużo uśmiechów dziecięcych i dorosłych. I ZERO ŚNIEGU! :))) To życzenia dla zmotoryzowanych. BUZIAKI :)


środa, 23 grudnia 2015

Jak to jest z chłopakami?

Nie lubię rozmów o płci moich dzieci. Płeć fizyczna i "mózgowa" u moich dzieci jest oczywista, o tym zaraz. A dlaczego nie lubię pytania "Chłopcy czy dziewczynki?". Bo jak powiem, że chłopcy, to następuje seria przewidywalnych reakcji.
1. "Yhymmm. No to będziesz miała przerąbane w okresie dojrzewania".
2. "Haha, to ci się trafiło!" (w domyśle punkt 1.)
3. "Ja bym chciała dziewczynkę" (osoby, które jeszcze nie mają dzieci, ale mają PLAN).
4. "Ja mam dziewczynkę i to jest jednak wspaniałe! Zupełnie inna bajka".
I moje ulubione:
5. "Za trzecim razem na pewno będzie dziewczynka!".
Za trzecim razem?! O_o
Jeżeli jest osoba, która na hasło "dwóch chłopców" nie zareagowała żadnym z powyższych stwierdzeń, to brawo, jest w jakimś 10% populacji, którą cechuje wysoki poziom epatii i kultury :)
A to ile jest z dziewczynki w moich chłopcach dobrze obrazuje poniższa relacja z jednego z ostatnich popołudni.































Dobrze, że Skoczek już tak namiętnie nie gra w WoT, bo musiałby sobie nowe konto założyć. Odkąd Kajetan działa na jego koncie, to powiedzmy sobie szczerze, nie jest gwiazdą bitew. I były już bany za strzelanie do swoich. Jeszcze kilka gier i będzie permananty ban. Potem będzie czas na statki.

Na szczęście dziewczynki przychodzą w odwiedziny populuskać się w basenie :)





























A tak całkiem na marginesie: 11 stopni na dzień przed Wigilią?! WOW :)

środa, 16 grudnia 2015

BLW - odsłona druga!

Za drugim razem w BLW wszystko jest dla mnie łatwiejsze poza jedną rzeczą. Trudniej mi znieść bałagan :) To znowu ten sam syndrom, o którym już mówiłam w ostatnim filmie na YT (link). Chciałabym przeskoczyć pewne etapy, bo wiem jak wyglądają kolejne. Wiem, że za kilka miesięcy Olo będzie używał łyżki i nie będzie tak mocno bałaganił. Z Kajem nie wiedziałam co mnie czeka za zakrętem, więc nie byłam taka niecierpliwa.  Z drugiej jednak strony za chwilę nasz bobas pójdzie do żłobka i już nie będzie tego codziennego mycia podłogi.
Tak czy inaczej z dumą rzec mogę: Olgierd ma 10 miesięcy, stałe pokarmy je z własnej nieprzymuszonej woli od 3 miesięcy, a ja nie kupiłam ani jednego "słoiczka". Olo je wyłącznie posiłki przygotowywane przeze mnie, moją babcię lub mamę.
W żadnej dziedzinie nie jestem radykałem i w tej również. Wbrew restrykcyjnej regule BLW, która zakazuje karmienia dzieci łyżeczką, ja to jednak robię. Bo gdybym nie robiła, to nie mógłby jeść np. zup czy jogurtu. Ale pilnuję, aby codziennie jadł nie tylko to co podaję mu na łyżeczce, ale również jadł warzywa, owoce, przekąski samodzielnie.  Wydaje mi się, że najważniejsze to to, aby poznawał najróżniejsze smaki.
Po tym przydługawym wstępie pragnę pozdrowić Agatę :) i zaprosić na film:


poniedziałek, 7 grudnia 2015

Przygotowania do Mikołajek 2015

- Kajtuś, musisz spać w swoim łóżeczku, bo pamiętaj, że Mikołaj spyta czy spałeś u siebie...
- No dobze.

Noc. 2:30, tup, tup, tup. Kaju stoi przy naszym łóżku.
- Kajtek! Co Ci mówiłam o Mikołaju? Do siebie proszę!

Nieszczęśliwy, ale poszedł bez protestów.
6:15.
- Tata! Tata!Taaaaaata! Pić! (pierwsze słyszę, nigdy wcześniej nie chciał pić w nocy).
Idę.
- Kajtek! Dlaczego krzyczysz?! Co to za zwyczaje? Jeśli czegoś potrzebujesz, to masz przyjść do nas, a nie krzyczeć.
- Wody chcę.
- No dobra, pij i chodź do nas, dalej.

Przyszedł, zasnął, spał do 8:30. Olgierd w pełnej ekscytacji rozpoczął dzień o 6:16, bo słyszł wyraźnie, że Kajtek woła!
Rano siedzimy na kanapie, Kaju pyta:

- Mamo, dlaczego zabrałaś mnie do waszego łóżka?
- Bo się bałam, że już nie zaśniesz i będziesz dalej krzyczał.
- No i co my teraz powiemy Mikołajowi...?

Kolejna noc.
3:30 Kajetan stoi przy naszym łóżku.
- Mamo... Potrzebuję czegoś.
- Jeeeeezu, czego potrzebujesz?
- Wejść tu do was.

No. Także takie sukcesy w odzwyczajaniu dziecka od spania z nami :) Brawo, kurtyna, oklaski.













poniedziałek, 30 listopada 2015

Be eko & beOrganic czyli update pieluchowy i testy kremu do twarzy

W końcu zebrałam się w sobie i nakręciłam krótki film z aktualizacją dotyczącą pieluch wielorazowych. Bez kozery powiem, że zajęło mi to 7 miesięcy. A już ostatnie dwa miesiące w szczególności. Tylko tak: drzemkę małego żal marnować na cokolwiek innego niż leżenie na kanapie; jak się obudzi, a pogoda jest ładna, to żal z kolei marnować pogodę na siedzenie w domu - idziemy w teren. W listopadzie w końcu zepsuła się pogoda! No i fajnie, można coś nakręcić. Tylko, hmmmm, światło fatalne do nagrywania. Jednego dnia mówię sobie "dziś jest ten dzień". Idę do łazienki zrobić makijaż, wyciągam kosmetyki do makijażu. Połowa zużyta, a druga połowa pamięta dzień mojego ślubu. No trudno, nie nakręcę filmu, muszę kupić sobie nowe kosmetyki do makijażu(a jaki sobie zrobiłam hollywoodzki make-up to same zobaczycie ... LOL :)))). I kolejne dwa tygodnie zleciały... Potem jeszcze był test kamery GoPro (nie nadaje się do kręcenia tego typu materiałów). Po  3 latach od pierwszych filmów o pieluchach, to niewiarygodne, nie posunęłam się technologicznie ani o pół kroku. Nagrałam film starym telefonem, tak jak wtedy. I oczywiście światło szlag trafił w połowie nagrywania, po tym jak wróciłam na plan z przewiniętym bobasem. No trudno, wrzucam tak jak jest! I tak najważniejszy będzie film, który dopiero nagram, czyli ten, w którym odpowiem na najczęściej zadawane pytania, a tych się bardzo wiele nazbierało przez te lata.


Poza tym w ramach powrotu do eko egzystencji testuję też krem nowej poznańskiej marki BeOrganic. Wypuścili oni na rynek serię kosmetyków z naturalnym składem. Krem, który teraz stosuję zawiera 97% składników naturalnych. W zasadzie mogłabym go zjeść ;) 



BeOrganic to marka, nad którą warto się pochylić. Naturalne kosmetyki, pięknie pakowane w kartonowe pudełeczka, bardzo ciekawy skład kosmetyków. Krem idealny dla mnie, wygładzający pierwsze zmarszczki :) A w składzie takie cuda:
  • MASŁO KAKAOWE (zapobiega utracie wody),
  • MYRAMAZE (odmłodzenie),
  • KWAS HIALURONOWY (wygładzenie zmarszczek),
  • JAGODY GOJI (pobudzenie),
  • EKSTRAKT Z WINOROŚLI (opóźnienie procesów starzenia),
  • ORGANICZNY OLEJ JOJOBA (nawilżenie),
  • ORGANICZNY OLEJ ARGANOWY (ujędrnienie),
  • KOMPLEKS WITAMIN E-C-F (odmłodzenie)

  • W konsystencji bogaty, zapach bardzo subtelny, rozprowadza się idealnie. Tutaj można poczytać o tym kremie. Dostępny jest w aptekach, w całkiem przyzwoitej cenie! A w opakowaniu, oprócz kremu torebeczka z nasionami szałwii :) Czy to nie chwyta za serce? Bardzo fajnie wyglądają również ich zestawy prezentowe. Stosuję ten krem dopiero dwa tygodnie, więc trudno orzec, czy faktycznie wygładza zmarszczki. Na pewno dobrze odżywia skórę, bo do wieczora jej wygląd jest zadowalający, mam też wrażenie elastyczności i jędrności. Zobaczymy co będzie dalej!
  • Lubię promować lokalny przemysł i lokalnych wytwórców. Jestem przykładowo największą fanką mleczarni z Nowego Tomyśla i oficjalnie chciałabym poprosić o pracę w ich dziale marketingu, bo coś tam wyraźnie nie gra. Produkty spełniają wszelkie warunki do bycia reklamowanymi jako eko (np. skład maślanki to... maślanka, a nie mleko w proszku), a nikt o tym nie wie... Oprócz Was, już teraz ;)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Lubię poranki

Bez dzieci: poziom energii narasta w ślimaczym tempie i przy drzwiach wyjściowych sięga marnego pułapu 40%. W samochodzie spada do 30%. Nie mogę dojść do siebie do 10:00, chyba że odebranie porannych maili w pracy podbija słupek rtęci i poziom stresu do stanu przedzawałowego.  Nic ciekawego rano nie robimy: wstajemy, snujemy się w ciszy, ubieramy, szykujemy, próbujemy się dobudzić.
Z dziećmi: poziom energii narasta w zawrotnym tempie 10% w pół minuty.  To zadziwiające, bo kiedy te małe trolle otwierają oczy, to wyglądają na całkowicie nieprzytomne i właściwie jeszcze śpiące. Kajetan jęczy przez sen nakrywając się kołdrą "Jesce chce pospać... plosę, jesce chwilkę". Zrzucam z niego kołdrę, stawiam do pionu i DING! już życie przyśpiesza. Siadam na kanapie, przebieram małego, a z łazienki słyszę odgłos siusiania i podkład muzyczny do tego: MAM TĘ MOC! MAM TĘ MOC! ROZPALĘ TO CO SIĘ TLIIIIIII. MAM TĘ MOC, WYJDĘ I ZATSANĘ DZWIIIII".
Wolę poranki z dziećmi :) Dopóki jestem na macierzyńskim.






wtorek, 17 listopada 2015

Zdrowy fastfood istnieje!

Wydziergałam go dla Krzysia, dziecka, które miało szczęście w boskim losowaniu i trafiło pod skrzydła wspaniałych rodziców :) I skończyło rok! 
Jednak nawet ważniejsze jest to, że jego mama ukończyła ten rok! Nie ustanę w promowaniu postawy, że po pierwsze gratulacje, kwiaty i uściski należą się tej, która na 12 miesięcy porzuciła pracę zawodową, przebranżowiła się, upchnęła swoje potrzeby w cień, obrała nowe cele, priorytety i wywróciła rytm swojego życia w dzień i w nocy (przede wszystkim w nocy!) i przeżyła ten rok najlepiej jak umiała - mamie dziecka. Po 12 miesiącach mogła z dumą zamówić tort, poinformować tatę dziecka 4 razy gdzie ma po ten tort jechać i okazać światu swojego Jasia, Maksa, Krzysia, Misia, Anię, Tosię, Zosię...
A to dziecko, jakie cudo! Ślicznie ubrane, uśmiechnięte. Trzyma łyżeczkę w dłoni i trafia nią w tort. Daje buziaka babci, pokazuje gdzie lampa, a gdzie piłka. Robi kosi-kosi, tańczy do znanych melodii, schodzi z kanapy tyłem, a nie na główkę, przynosi Misia Tulisia, jak się o niego poprosi. Mówi mama, tata, baba. Wie, jak robi konik i owca, na którym zdjęciu jest babcia Miecia, a na którym dziadek Jasiu. Cały sztab ludzi dołożył cegiełkę do tego wspólnego sukcesu, ale jednak ONA zrobiła najwięcej. A często była sama całe dnie, całe noce. Kiedy mówiła, że zajmowała się dzieckiem, to miała na myśli, że bawiła się z dzieckiem, 4 razy przebrała je w ciągu dnia, bo dwa razy się przesikało, a dwa razy ubrudziło przy jedzeniu, nauczyła wysyłać całuski, odkurzyła mieszkanie, poszła  na spacer i zakupy, a była mżawka i dziecko zrzucało czapkę z głowy co 3 minuty,  wróciła, zrobiła obiad, wstawiła pranie, w czasie drzemki przeczytała 20 stron książki, zapisała dziecko na basen i się na ten basen spakowała... i jakoś czas zleciał. To wszystko zrobiła ona, mama.   
- Co dziś robiłaś, kochanie? 
- Nic, byłam z małym na spacerze, spał 2 godziny, zjedliśmy obiad...
Nic? Jak to nic! Kochana, matko, którą znam lub nie znam, zrobiłaś kawał dobrej roboty! Najlepszej na świecie! I założę się, że na obiad nie zaserwowałaś hamburgera :) Bądź z siebie dumna jak paw i mów wszystkim: To moja zasługa, jestem świetną matką! 

Wiem, że się powtarzam, już podobny wpis kiedyś (prawie dokładnie rok temu) umieściłam. Jednak, jak w amerykańskich poradnikach, ważne rzeczy trzeba powtarzać kilkukrotnie, aby się dobrze utrwaliły ;)

Kochana Edi, wszystkiego najlepszego z okazji ukończenia roczku! A dwa lata,to dopiero będzie ubaw.






Przepis na gwiazdkę - zakładkę do książki znaleźć można TU. Haburgera robiłam niestety na oko :)



niedziela, 8 listopada 2015

Jesienne powroty z przedszkola

Uszykowaliśmy się z juniorem warstwowo. To jeszcze nie zima, a już można się naprawdę pokazowo spocić szykując do wyjścia. Ten moment, kiedy przed kamienicą Olo ląduje w końcu w wózku pod kocem, a ja nakładam rękawiczki, to mały sukces dnia powszedniego. Poszliśmy sobie spacerkiem po Kajtusia do przedszkola, odebraliśmy go i ruszyliśmy w stronę domu. Po drodze w parku mamy salę, na której Kajtek trenuje judo. Tam postanowiłam zrobić kilka jesiennych zdjęć. Oczywiście zanim wrzuciłam potomstwo w liście sprawdziłam czy nie tarza się w nich jakaś blogerka modowa :) Takowej nie stwierdzono, a ja jestem tak daleko od tematu mody jak od pomysłu, aby jeszcze kiedykolwiek się rozmnożyć! 











Czy tylko ja widzę, że dziurki w butach Kaja nie bawią się dobrze? :D
Olgierd rechotał ze śmiechu, kiedy Kajuś zasypywał go liśćmi, czego uwiecznić nie mogłam, gdyż wciąż zepsuty mam mikrofon w telefonie. Porażka.
W tym tygodniu mamy w domu szpital polowy, wszscy jesteśmy chorzy, wszyscy cierpiący. Nie śpimy, kaszlemy. Kajetan ma stan zapalny trzeciego migdałka, Olo przeszedł trzydniówkę, zapalenie gardła, a obecnie walczy z katarem. Oficjalnie nienawidzę listopada. Trzeba to kolejny raz przeżyć i powtarzać sobie w myślach podnoszące na duchu amerykańskie powiedzonko: this  too shall pass.

piątek, 23 października 2015

Strach się cieszyć, ale...

... od 7 dni, a właściwie nocy, ten oto Piękny Olo (wiek: 8 miesięcy) rezygnuje ze spożywania posiłków w godzinach 23:00 - 7:00 rano. Chciałabym już skakać z radości, wydawać przyjęcia, puszczać w powietrze lampiony, tańczyć hula na balkonie wieczorową porą, zaczepiać babcie w parku i zanudzać je moją historią, ale trochę się boję, że zapeszę! Tak więc w napięciu obserwuję, co przyniesie kolejna noc i modlę się, żeby to było już. Na razie od tego całego snu mój organizm szaleje, nie wie co się dzieje i jestem zupełnie zagubiona. Czuję się bardziej zmęczona niż miesiąc temu, tak, jakby moja podświadomość dostała impuls "O tak, tak jest fajnie, śpimy, śpiiimyyyy ile wlezie" i jakby cały organizm próbował odrobić wielomiesięczne zaległości. Dzisiaj po południu zasnęłam na kanapie, nawet nie wiem kiedy. Tak czy inaczej, z dziką radością powitam zakończenie etapu w moim życiu pt. wstaję w nocy do niemowlaka. Hohoho.

Tak, ta wanna jest umazana kupą, a godzina jest 13:00 ;)



czwartek, 8 października 2015

Pierwsze półrocze 2015 na filmie

Duuuużo się wydarzyło w 2015 roku. W zasadzie można powiedzieć, że zaliczyliśmy wielką woltę i życie układaliśmy od nowa. Wszystko za sprawą narodzin naszego Bubingtona! Do lutego leżałam i ledwo się ruszałam, wyjście do toalety było jak wejście na Śnieżkę. A od 11 lutego tempo zaczęło przyśpieszać szaleńczo. Wciąż ledwo nadążam. Teraz usiadłam, mały śpi, próbuję zebrać myśli, jakoś się spiąć, napisać te kilka zdań, ale... piszę i nie jestem pewna nawet odmiany poszczególnych słów! Mam wielką czarną dziurę w głowie! 
Obudziliśmy się o 7:25. Późno, bo od 5:00 do 6:00 Olgierd próbował rozpocząć dzień, a ja konsekwentnie odmawiałam mu wyjścia z łóżka. Wymęczeni zasnęliśmy o 6:00 i obudziliśmy się o wpół do ósmej prawie. Skoczek już jechał do Warszawy, ja wyskoczyłam z łóżka poganiając chłopaków. A żal, naprawdę żal im przerywać zabawę w łóżku, bo są tacy słodcy! Kaju z reguły rozpoczyna dzień od rozśmieszania Olka. To taka wspaniała zmiana, po miesiącach zazdrości i przystosowywania się do nowej sytuacji, że naprawdę nie chce się tego przerywać. No ale trudno, trzeba. Od tego momentu czas leci dwa razy szybciej. Kajtek: namówić do tego, aby się ubrał, dać syropy na odporność (czosnkowy i neosine), włączyć Franklina (jeśli się sam ubierze). Dzięki Bogu, że jest już na tyle samodzielny, że sam się wysika, spuści wodę itd. Olgierd: złapanie (raczkuje!!!!), przewinięcie, wycałowanie grubaśnych ud, ubranie, mleko. Okej! Udało się 7:55, zdążymy na śniadanie do przedszkola! A nie, damn! - wciąż jestem w piżamie :D Okej, biegnę do sypialni, chłopaków zostawiam w przedpokoju, Olo wcina moje sznurowadła, Kajtek ubiera buty i zaczepia małego. Wciągam dres, w myślach przepraszam ciocię Małgosię za swój wygląd poranny, bo dres jak dres, ale włosy... O zgrozo. No trudno. Oczywiście spotykam piętro niżej Kubę, wiadomo, zawsze się spotykamy kiedy mam najtłustsze możliwe włosy. Sorry Kuba. Na szczęście mój sąsiad jest w równie szampańskim nastroju i również w niedoczasie i w myślach układa plan, jak w ciągu 5 min zapakować się na rower z małym i raczej nie zwraca uwagi na mój wygląd :)))) Dobra, jeszcze 5 minut gimnastyki wyczynowej polegającej na jednoczesnym wpinaniu dwójki w foteliki z symultanicznym wciąganiem tyłka, żeby mnie nie potrącili kierowcy polujący na miejsce parkingowe i jesteśmy w samochodzie! Kuba też rusza, high five! Pierwsze sukcesy tego dnia, ruszamy :) Och, słodkie prowadzenie samochodu, jaki to relaks. Po drodze śpiewamy piosenkę ze słuchowiska o Bazyliszku, 10 min później wyładowujemy się w przedszkolu. Buba raczkuje po szatni i przekłada dzieciakom buty w przegródkach, udaję że tego nie widzę :) Kajetan studiuje stan kurtek wśród Koziołków i stwierdza przybycie ulubionych kolegów. Biegniemy do sali w podskokach. Przy drzwiach całusek, ściskamy się, żegnamy, pobiegł. Chętnie zostałabym pod drzwiami i obserwowała, ale niestety nie mogę, bo co najmniej sześcioro oczu gapi się na mnie zdziwione, że jeszcze sobie nie poszłam. No nic, Olo, jedziemy do domu na śniadanie. 
Obecnie potrzebuję jakichś 30 min na uspokojenie tętna. Po powrocie było jeszcze śniadanie, mycie głowy z raczkującym i uciekającym z łazienki gadem. Czy to nie jest fitness?! Do czego ja zmierzałam??? Aha! Już wiem. Pomniki dla samotnych matek, bo poranki bez taty Karola, to czyste szaleństwo!
Generalnie od kilku miesięcy jest dużo szaleństwa, dużo śliny, dużo śmiechu i mało spania. Za mało :) Film w dwóch częściach: pierwsza to zima i wiosna, druga to lato.


czwartek, 1 października 2015

Miesięcznica Iga

Igo skończył miesiąc. Balony w powietrze, szampan do lodówki. Jeszcze miesiąc, góra dwa i będzie okazja, żeby tego szampana wypić. Póki co, niech ładnie śpi (mam na myśli głownie mamę Anię, moją przyjaciółkę ;) Laleczki kokeshi ich utulą.  Miałam mnóstwo przyjemności z ich tworzenia. Oto więc okładka na książeczkę zdrowia dla Iga :)



środa, 16 września 2015

Upcycling (paputki i spodenki)

Chyba jestem zakupoholiczką. Takie publiczne wyznanie. No chyba jestem, bo je uwielbiam, to mój sposób na poprawę humoru, a jeszcze do tego jestem typem zakupoholiczki polującej. Nie interesują mnie ciuchy na manekinach za szybami wystaw. Interesują mnie perełki, promocje, wyprzedaże, unikatowe egzemplarze itd. A jak coś upoluję, to mi mózg zalewa mieszanka adrenaliny z endorfinami i ogłuszona docieram do kasy, nawet nie wiem kiedy. To wszystko równa się: oszczędzanie od mniej więcej drugiego tygodnia każdego miesiąca :)
W ramach biczowania się oraz oszczędzania właśnie, postanowiłam nie kupować dzieciom papci oraz spodni dresowych noszonych po domu. Bo mam mnóstwo materiałów i starych ciuchów, które można przerobić. Więc tak oto oszczędzam :) Chociaż nie wiem, czy oszczędzam, bo taka jestem upojona oszczędnością, że zaraz sobie wymyślam, na co można byłoby to wydać... :/ Shoot me.

 Za duży sweter?  Będą spodenki z rękawów!



  Paputki mi wyszły naprawdę całkiem urocze. Podeszwa z najmniej poślizgowego materiału, jaki udało mi się znaleźć w domu.





środa, 2 września 2015

Fruczak gołąbek

Przylatuje po południu i obrabia mi pelargonie. Łamie mi to serce, ale nie, to nie jest koliber. To fruczak gołąbek zwany polskim kolibrem. "Fruczak gołąbek to niewielki motyl, który swoim wyglądem łudząco przypomina kolibra. Potrafi zawisnąć w powietrzu w pobliżu zapylanego kwiatu i "stać" prawie nieruchomo." No trudno, pogodziłam się z faktem, że to nie koliber i mimo wszystko postanowiłam zrobić mu fenomenalne zdjęcie. Oto efekt w porównaniu do zdjęcia ściągnietego z interneta.

LOL. Do National Geographic mnie na podstawie tego dzieła nie przyjmą :))) Tak czy inaczej, dowiedziałam się czegoś nowego o świecie. Buba był zdegustowany moim polowaniem na zwierzaka. Żuł sobie miętkę wyraźnie zniesmaczony całą akcją.
























Ale o co chodzi, zdjęcia są fenomenalne :D W końcu robiłam je obiektywem portretowym! Na przykład to:

Fruczakowi nie da trzasnąć portretu...
Jesteś bardzo zabawna, mamo :)






















Spoko, może nie znasz się na owadach i ptakach, ale za to potrafisz zbudować czołg z kanapy i poduszek. I to się ceni, mamo. I pamiętaj: prawdziwy bobas nie pije herbatek na brzuszek, tylko żuje miętę. Podlej kwiatki, bo więcej ta ćma nie przyleci. Buziaczki ;]


LinkWithin

Related Posts with Thumbnails