niedziela, 22 lutego 2015

Olgierd Janusz

Po pierwsze garść podstawowych informacji, które zawsze - nie wiadomo w sumie dlaczego - elektryzują żeńską część publiczności. Ja sama po prostu muszę wiedzieć ile nowonarodzone dziecię ważyło, mierzyło i czy było wystarczająco różowe.

Olgierd urodził nam się 11.02.2015 o godzinie 12:07. Ważył 3760 g i mierzył 51 cm. Zawyrokowałam: budowa ciała bardziej krępa, po tacie :) 10 punktów, oczywiście wirus na pokładzie, bo jakże bym ja mogła urodzić dziecko, które w pierwszych dwóch tygodniach życia nie wie co to wenflon. Dlatego też w szpitalu siedzieliśmy dłużej niż ustawa przewiduje i jeszcze 2 dni, a byłoby dłużej niż jest w stanie znieść mój układ nerwowy. Zdrowa mama i zdrowy bobas zostali wypuszczeni do domu w poniedziałek 16 lutego.

A w szpitalu historia była krótka i treściwa. Czas trwania pierwszej fazy porodu: 2 godziny, czas trwania drugiej fazy: 7 min. Szczegóły zachowujemy dla siebie, ale mogę tylko napisać, że było wzruszająco :)

Godzina po porodzie...


I pierwsza doba życia Olusia...


Powrót do domu był naprawdę cudowny. Czekała babcia Magda z Kajtusiem i mnóstwo kwiatów oraz dekoracje, które chłopcy dla nas zrobili. Były prezenty od sąsiadów gotowych psychicznie na nowy dziecięcy rozdział... Było idealnie :)




 Oddać pluszową łódź podwodną - wielki gest.

 Pierwsze przewijanie.


W ramionach najwspanialszego taty na świecie.
























A podobno wdzianko na bobasy do 6 kg ;)
A niżej już najświeższe zdjęcia z dnia dzisiejszego. Teraz próbujemy to życie ułożyć sobie na nowo i ja, zbyt ambitnie na pewno, chciałabym już osiągnąć stan równowagi. Mam na myśli stan, kiedy dzieci nie wypełniają 100% czasu w ciągu dnia, ale zostawiają mnie i Skoczkowi czas dla Nas. Bo dla mnie My, jako para, jesteśmy tak samo ważni, jak dzieci. 
No a Olo, cóż, ukochał sobie moje mleczne piersi i tylko przy nich chce spać, więc dzień jest ciągłą walką o moją wolność i jego drzemkę. Na razie przegrywam i można śmiało powiedzieć, że przekarmiam to dziecko ;)
Szukam schematu, spokoju i harmonii. Na razie jest 20:16, dzieci (dzieci! nie dziecko, dzieci!) śpią, więc czem prędzej wrzucam ostatnie zdjęcia, zamykam kompa i idę odpoczywać z moim kochanym mężem, który w ostatnich tygodniach naprawdę dał z siebie 200%.
Jeszcze tylko dodam na koniec, że piękny jest ten nasz mały synek, do nikogo niepodobny, ale piękny na swój olgierdowy sposób.





poniedziałek, 9 lutego 2015

Kostium Robin Hooda za (praktycznie) 0 zł.

Czyli co robię, aby urodzić... Nie działa, gdyby ktoś był ciekawy :) Ale za to są materialne efekty mojego "wywoływania". Na karnawałowy balik wymyśliłam Kajowi kostium Robina, ponieważ oglądał ostatnio chętnie disneyowską wersję i chciał się wcielać w rolę. Generalnie muszę zauważyć, że przechodzi ostatnio jakąś fazę wcielania się w różne stwory, postacie itd. Ciekawy etap, muszę mieć zawsze gotową wielofunkcyjną pelerynkę :)
Wracając, za cel postawiłam sobie nie wydać na kostium nawet jednej złotówki. Jeżeli nie liczyć faktu, że kiedyś kupiłam filc wykorzystany w detalach, że kiedyś Karol nabył tę zieloną polówkę, której od dawna nie nosił i że nici oraz prąd też coś kosztują - cel osiągnęłam!
Wzorowałam się na bardzo prostym kostiumie z bajki:


Dla wszystkich mam, które trochę szyją podaję przepis na kostium Robina, może przyda się do przedszkola? Nie trzeba mieć maszyny, aby go uszyć, można to zrobić ręcznie. Potrzebna jest jednak podstawowa wiedza o tym jak np. wszyć rękawy. Projekt dla średnio-zaawansowanych :)










 Czapka według TEGO projektu.


DONE :)




LinkWithin

Related Posts with Thumbnails